A przecież… Seanchan rozdzierane było rebelią… jej pozycja w Altarze pozostawała ledwie stabilna… Cóż, może należy dać sobie odrobinę czasu na zastanowienie, trochę czasu, żeby zaczerpnąć oddech i zabezpieczyć już osiągnięte zdobycze, a czas ten wart będzie odwleczenia decyzji o ataku na Białą Wieżę?
– Generale Galgan, wyślij rakeny do naszych sił na równinie Almoth i we wschodniej Altarze – oznajmiła zdecydowanie. – Przekaż im, aby zajmowali się realizacją wyznaczonych zdań, lecz unikali konfliktu ze Smokiem Odrodzonym. I odpowiedz na jego propozycję. Córka Dziewięciu Księżyców spotka się z nim.
Generał Galgan skinął głową, po czym skłonił się głęboko. Najważniejszy w świecie jest porządek. Jeżeli w celu jego zaprowadzenia będzie musiała odrobinę spuścić oczy i spotkać się ze Smokiem Odrodzonym, niech tak się stanie.
Dziwne, lecz równocześnie poczuła żal – znowu – że Matrima nie ma przy niej. Jego wiedza na temat tego Randa al’Thora ogromnie by się przydała w trakcie przygotowań do spotkania.
„Niech ci się wiedzie, dziwny człowieku” – pomyślała, zerkając w przestrzeń balkonu, na północ. „I nie pakuj się w kłopoty tak głęboko, abyś później nie potrafił się od nich uwolnić. Teraz jesteś Księciem Kruków. Pamiętaj, aby zachowywać się stosownie do tytułu”.
„Gdziekolwiek jesteś”.
20.
Na zniszczonej drodze.
– Kobiety – oznajmił Mat z grzbietu Oczka, jadąc po zakurzonej, mało używanej drodze – są jak muły. – Zmarszczył brwi. – Czekaj. Nie. Kozy. Kobiety są jak kozy. Tylko że każdej jednej przeklętej wydaje się, iż jest jak klacz i to na dodatek wyścigowa klacz najszlachetniejszej krwi. Rozumiesz, Talmanesie?
– To czysta poezja dla moich uszu, Mat – odparł Talmanes, zajęty właśnie nabijaniem fajki.
Mat delikatnie ściągnął wodze, Oczko powoli wlókł się dalej. Po obu stronach kamiennej drogi rosły wysokie, trójiglaste sosny. Poszczęściło im się ze znalezieniem tej starożytnej drogi, która musiała biec tędy jeszcze przed Pęknięciem. Strzaskane w wielu miejscach kamienie zarastała zieleń, spore części drogi najzwyczajniej nie istniały.
Między kamieniami i na obu poboczach wyrastały małe sosenki – miniaturowe wersje sięgających ku niebu rodziców. Choć nierówny, szlak był szeroki, co dobrze wróżyło dalszej podróży. Mat miał ze sobą siedem tysięcy żołnierzy – samą jazdę – i narzucał im ostre tempo przez tych ostatnich kilka dni, które minęły od odesłania Tuon z powrotem do Ebou Dar.
– Dyskusja z kobietami jest niemożliwa – kontynuował Mat, wbijając spojrzenie w dal przed sobą. – Taka dyskusja przypomina… Cóż, przypomina przyjacielską grę w kości. Tyle że kobieta nie zgadza się na respektowanie przeklętych reguł gry. Mężczyzna będzie skłonny oszukiwać.., ale będzie to robił uczciwie. Podłoży obciążone kości tak, żebyś myślał, że przegrałeś z woli losu. Skoro okazałeś się nie dość bystry, żeby go przyłapać, wówczas może faktycznie powinieneś mu oddać swoje pieniądze. I o to chodzi. Kobieta jednak usiądzie do tej samej gry i będzie się uśmiechać, jakby miała zamiar grać uczciwie. Tylko że kiedy przyjdzie pora na jej rzut, ciśnie swoje własne kości, które będą puste na wszystkich sześciu ściankach. Nie będzie nawet jednego oczka. Potem przyjrzy się swoim wynikom, spojrzy na ciebie i powie: „najwyraźniej wygrałam”. A ty będziesz siedział, drapał się po głowie i patrzył ogłupiały na kości. Potem spojrzysz na nią, potem znowu na stół. Powiesz: „Ale przecież na tych kościach nie ma żadnych oczek”. „Oczywiście, że są”, odpowie ona. „Na obu kościach wyszło po jednym oczku”. „To dokładnie tyle, ile musiałaś wyrzucić, żeby wygrać”, powiesz jej. „Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności”, odpowie, a potem zacznie zgarniać twoje monety. A ty będziesz tak sobie siedział, próbując ułożyć w głowie, co właśnie zaszło. I nagle coś zrozumiesz. To mianowicie, że para jedynek wcale nie daje jej zwycięstwa! Bo przecież ty wyrzuciłeś w swoim rzucie parę szóstek. Z czego wynika, że jej potrzebna była para dwójek! Podniecony, zaczniesz jej wyjaśniać, co właśnie odkryłeś. Tylko że wtedy… wiesz, co ona zrobi?
– Nie mam pojęcia, Mat – odparł Talmanes, żując ustnik fajki, z której unosiła się cienka smużka dymu.
– Ona sięgnie po kości – ciągnął dalej Mat – i przetrze swoje kości. A potem ze zmarszczonym czołem powie: „Przepraszam. Na tej kości była plamka brudu. Sam widzisz, że tak naprawdę wyszły mi dwójki!”. I będzie wierzyć w to, co mówi. W każde swoje przeklęte słowo!
– Niemożliwe – oświadczył Talmanes.
– Na dodatek nie ma temu końca!
– Na twoim miejscu, Mat, przyjąłbym, że nie ma i mieć nie będzie.
– Następnie zabierze wszystkie twoje pieniądze – kontynuował niezrażony Mat, gestykulując jedną dłonią, ponieważ drugą przytrzymywał wsparte o siodło ashandarei. – A potem wszystkie obecne w pokoju kobiety podejdą do niej i pogratulują cudownego wyrzucenia pary dwójek! A im bardziej się będziesz uskarżał, tym więcej kobiet stanie po jej stronie. W pewnej chwili okaże się, że wszystkie są przeciwko tobie, a każda będzie ci tłumaczyć, że naprawdę wszyscy widzieli, że kości wyrzuciły parę dwójek, a ty powinieneś przestać się zachowywać jak dziecko i nauczyć przegrywać z honorem. Każda przeklęta kobieta będzie przekonana, że widziała parę dwójek! Nawet ta pruderyjna baba, która od urodzenia nienawidziła twojej kobiety… bo jej babcia ukradła jej babci przepis na ciasto miodowe, kiedy obie były razem służącymi… nawet ona wystąpi przeciwko tobie.
– To zaiste niegodziwe istoty – potwierdził Talmanes głosem całkowicie pozbawionym wyrazu. Talmanes rzadko się uśmiechał.
– A zanim z tobą skończą – puentował Mat, lecz już w taki sposób, jakby mówił wyłącznie do siebie – nie będziesz miał grosza przy duszy, za to długą listę obowiązków do wykonania… nie, kilka list.., wyczerpującą wiedzę na temat tego, jak powinieneś się ubierać i zabójczy ból głowy. Będziesz siedział przy stole, wpatrywał się w blat i zaczynał zastanawiać, czy przypadkiem naprawdę nie wyrzuciła pary dwójek. Choćby tylko po to, żeby uratować resztki rozumu, jakie ci jeszcze zostaną. Na tym właśnie polega dyskusja z kobietą, zważ na moje słowa.
– A ty w coś takiego się właśnie wdałeś. I to na całego.
– Nie kpisz sobie ze mnie, co?
– Jakżebym śmiał, Mat! – obruszył się Cairhienianin. – Wiesz, że traktuję cię z całą powagą.
– To niedobrze – mruknął Mat, zerkając na niego podejrzliwie. – Dobrze byłoby się czasem pośmiać. – Obejrzał się przez ramię. – Vanin! Gdzie my, na spalony grzbiet Czarnego, jesteśmy?
Były koniokrad spojrzał na pytającego. Jego gruba postać kołysała się na grzbiecie wierzchowca niedaleko za Matem, przed sobą miał mapę przemierzanego obszaru rozwiniętą na drewnianej podkładce, która umożliwiała odczytywanie mapy podczas jazdy. Przez większą część ranka nie odrywał od tej przeklętej mapy wzroku. A przecież Mat prosił go tylko, aby bez większego hałasu przedostali się przez Murandy, a nie wędrowali miesiącami po górach!
– To jest Szczyt Oślepienia – oznajmił Vanin, wskazując grubym palcem na górę o płaskim wierzchołku, ledwie widocznym sponad szczytów drzew. – A przynajmniej tak mi się wydaje. Bo może to być też góra Sardlen.
Przysadziste wzgórze nie bardzo wyglądało na jakikolwiek szczyt, na wierzchołku poniewierały się mizerne resztki śniegu. Oczywiście wszystkie „góry” na tym obszarze ledwie zasługiwały na swoje miano, przynajmniej w porównaniu z Górami Mgły, górującymi nad rodzimymi Dwoma Rzekami. Tutaj, w najdalej na północny wschód wysuniętym krańcu łańcucha Damonów, krajobraz składał się głównie ze zwartych formacji wzgórz. Teren był trudny, lecz możliwy do pokonania, jeśli się postarać. A Mat był zdecydowany dołożyć wszelkich starań. Zdecydowany nie dać się znowu dopaść Seanchanom, zdecydowany nie dać się zobaczyć żadnym niepowołanym oczom. Zbyt wielka była danina, którą dotąd musiał złożyć rzeźnikowi. Chciał wreszcie wydostać się z tej pętli kata, jaką był ten kraj.