Talmanes ponownie wycelował w niego ustnikiem fajki.
– Zaskakujesz mnie, Mat. Zaczynasz mówić jak prawdziwy mąż swej żony.
Na te słowa Mat się wzdrygnął. Odwrócił się w siodle Oczka.
– O co ci chodzi? Co to niby miało znaczyć?
– Nic, Mat – pospiesznie odpowiedział Talmanes. – Chodzi tylko o to, że wciąż ją wspominasz i…
– Nie wspominam – warknął Mat, naciągając głębiej na czoło rondo kapelusza i poprawiając chustkę na szyi. Medalion przyjemnie ciążył na piersi. – Martwię się. To wszystko. Sporo się dowiedziała na temat Legionu i może komuś ze szczegółami przedstawić nasze słabe i mocne strony.
Talmanes wzruszył ramionami i pyknął z fajki. Przez czas jakiś jechali w milczeniu. Sosnowe igły szeleściły na wietrze, z tyłu, gdzie małą gromadką jechały Aes Sedai, do uszu Mata dobiegał sporadyczny kobiecy śmiech. Mimo iż specjalnie za sobą nie przepadały, dbały, aby to nie rzucało się w oczy. Lecz, jak to chwilę wcześniej tłumaczył Talmanesowi, kobiety kłóciły się ze sobą tylko do chwili, gdy pojawiał się mężczyzna, przeciwko któremu mogły razem wystąpić.
Stada chmur co jakiś czas przesłaniały tarczę słońca; już od wielu dni Mat nie widział bezchmurnego nieba. Od tyluż dni nie widział Tuon. Te dwie sprawy splatały się w jego głowie w jedno. Czy istniał między nimi jakiś związek?
„Przeklęty głupiec” – skarcił się w myślach. „Zaraz zaczniesz myśleć jak ona, szukać wszędzie znaków i zastanawiać się nad symboliką za każdym razem, gdy królik przebiegnie drogę albo koń puści wiatry”.
To wróżbiarstwo było zupełnie bez sensu. Choć musiał przyznać, że jego też przechodził dreszcz za każdym razem, gdy tylko sowa zahuczała po dwakroć.
– Kochałeś kiedyś jakąś kobietę, Talmanesie? – Przyłapał się na kolejnym pytaniu.
– Kilka – odpowiedział niski żołnierz. Wiatr towarzyszący konnej jeździe rozwiewał dym fajki za jego plecami.
– Zastanawiałeś się, czy się z którą nie ożenić?
– Nie, dzięki Światłości – odparł Talmanes. Chwilę później dotarł chyba do niego sens wypowiedzianych słów i pospiesznie dodał: – Chciałem powiedzieć, że w owym czasie nie wydawało mi się to właściwe, Mat. Pewien jednak jestem, że w twoim przypadku wszystko świetnie się ułoży.
Mat spojrzał na niego ponuro. Skoro Tuon ostatecznie zdecydowała się na to cholerne małżeństwo, to czy nie mogła sobie wybrać chwili, gdy nikogo nie było w pobliżu?
Ale nie. Ona musiała zapytać go w obecności wszystkich, włączywszy w to Aes Sedai. Co z kolei oznaczało, że Mat od początku był na straconej pozycji. Aes Sedai znakomicie potrafiły dochować tajemnicy, póki ta nie dotyczyła Matrima Cauthona. Wtedy można było być pewnym, że wieści rozejdą się w ciągu jednego dnia po całym obozie, a najpewniej również po wszystkich przydrożnych wioskach. Jego własna przeklęta matka – nieprzeliczone ligi stąd – zapewne też już wiedziała o małżeństwie syna.
– Nie zrezygnuję z gry – mruknął Mat. – Ani z picia.
– Myślę, że już mi o tym wspominałeś – zauważył Talmanes. – Trzy albo cztery razy. Podejrzewam, że gdybym zajrzał nocą do twego namiotu, usłyszałbym, jak mamroczesz przez sen: „Nigdy nie zrezygnuję z przeklętego grania! Przeklętego, przeklętego grania i picia! Gdzie mój pucharek? Ktoś chce o niego zagrać?”. – Słowa wypowiedział z twarzą całkowicie nieporuszoną, niemniej kolejny raz w jego oczach krył się cień uśmiechu, który można było dostrzec, jeśli tylko się wiedziało, gdzie go szukać.
– Nie chciałem, żeby komuś wydawało się, że jest inaczej – odciął się Mat. – Ludzie mogliby pomyśleć, że staję się miękki tylko dlatego, że… no, sam wiesz.
Talmanes obrzucił go pocieszającym spojrzeniem.
– Nie staniesz się miękki tylko dlatego, że się ożeniłeś, Mat. Z tego, co wiem, niektórzy spośród Wielkich Komendantów też są żonaci. Davram Bashere z całą pewnością. Rodel Ituralde również. Nie, małżeństwo nie uczyni cię miękkim.
Mat krótko skinął głową. Dobrze przynajmniej, że udało się załatwić tę jedną rzecz.
– Możesz natomiast stać się nudny – dodał Talmanes.
– W porządku, wystarczy – oświadczył Mat. – W następnej wiosce, do której dotrzemy, zagramy w tawernie w kości. Ty i ja.
Talmanes się skrzywił.
– Przy jakimś trzeciorzędnym winie, które podają w tych górskich wioskach? Proszę, Mat. Następnym razem każesz mi pić ale.
– Bez dyskusji. – Na dźwięk znajomych głosów Mat znowu obejrzał się przez ramię. To Olver o odstających uszach i twarzy tak brzydkiej, jakiej Mat u nikogo jeszcze nie widział, siedząc na grzbiecie Wiatra, rozmawiał z Noalem, dosiadającym wychudzonego wałacha. Przygięty wiekiem kościsty mężczyzna przytakiwał z aprobatą słowom Olvera, który wydawał się zdumiewająco poważny i bez wątpienia wyjaśniał kolejny plan dostania się do Wieży Ghenjei.
– No proszę – mruknął Talmanes. – Nadjeżdża Vanin.
Mat odwrócił się, spoglądając na zbliżającego się kamienną drogą jeźdźca. Vanin zawsze wyglądał na koniu dość absurdalnie, przykucnięty niczym melon, z nogami sterczącymi na boki. Ale jeździć potrafił, co do tego nie było najmniejszych wątpliwości.
– To faktycznie jest góra Sardlen – oznajmił Vanin, podjeżdżając bliżej i ocierając pot z czoła. – Wioska leży przed nami, całkiem niedaleko. Na mapie oznaczono ją nazwą Hinderstap. Te mapy są naprawdę cholernie dobre – przyznał niechętnie.
Mat westchnął z ulgą. Zaczynał już podejrzewać, że będą błądzić po tych górach, póki nie nadejdzie i nie minie Ostatnia Bitwa.
– Świetnie – zaczął – możemy więc…
– Wioska? – zapytał ostry kobiecy głos.
Mat odwrócił się z kolejnym westchnieniem i zobaczył trzy kobiety przeciskające się na czoło kolumny. Talmanes niechętnie dał swoim żołnierzom znak dłonią, żeby się rozstąpili i po chwili Aes Sedai opadły biednego Vanina niczym drapieżne ptaki. Grubas próbował się przed nimi ukryć w siodle i wyglądał, jakby już wolał zostać przyłapany na kradzieży koni – co oznaczało prostą drogę do szubienicy – niż być tutaj i poddawać indagacjom Aes Sedai.
Joline jechała na czele. Kiedyś, dawno temu, Mat określiłby ją jako ładną dziewczynę o szczupłej figurze i wielkich, tęsknych, brązowych oczach. Lecz teraz pozbawione śladów upływu lat oblicze Aes Sedai było dlań tylko znakiem ostrzegawczym. Nie, teraz nie ośmieliłby się nawet w myślach nazwać Zielonej siostry „ładną”. Wystarczy zacząć myśleć w ten sposób o Aes Sedai, a wkrótce owinie sobie człowieka wokół palca i każe skakać na zawołanie. Joline już raz sugerowała nawet, że chętnie wzięłaby sobie Mata na Strażnika!
Czy wciąż miała mu za złe tamte klapsy? Oczywiście, nie mogła dosięgnąć go Mocą – i nie chodziło nawet o medalion, tylko o to, że Aes Sedai przysięgały, że nie będą wykorzystywać Mocy do zabijania wyjąwszy szczególne okoliczności. Ale on nie był głupi. Zwrócił uwagę, że te ich przysięgi nawet słowem nie wspominały o nożu.
Joline towarzyszyły dwie inne siostry: Edesina z Żółtych Ajah i Teslyn z Czerwonych. Edesina wyglądała przyjemnie wyjąwszy tę pozbawioną śladów upływu lat twarz, natomiast Teslyn była mniej więcej równie apetyczna co deska. Jej twarz miała ostre rysy, cała postać Illianki była koścista i jakby złożona z niedopasowanych do siebie części, przywodziła na myśl starego kota, o którego od dawna nikt nie dba. Niemniej z tego, co Mat się o niej dowiedział, miała głowę na karku i niekiedy nawet traktowała go z pewną dozą szacunku. Szacunek Czerwonej siostry. Coś takiego!
Gdyby jednak wnosić tylko ze spojrzeń, którymi Aes Sedai po kolei obrzuciły Mata, gdy tylko dotarły do pierwszego szeregu kolumny, nikt by nie przypuszczał, ze zawdzięczają mu życie. Tak to było z kobietami. Nawet ocalona od niechybnej śmierci, nieodmiennie będzie twierdzić, że właśnie miała uciec, a tym samym nic nikomu nie jest winna. A potem jeszcze zruga człowieka, że pokrzyżował jakieś jej wątpliwe plany.