Выбрать главу

– Doprawdy? – rzucił Mat. Odwrócił się plecami do Aes Sedai. – Vanin, jedź i każ Mandewinowi przekazać słowo. Wkrótce stajemy na postój. Wiem, że ledwie popołudnie, ale chcę, aby Legion zatrzymał się dostatecznie daleko od wioski, żeby mieszkańcy nie poczuli się zagrożeni, a równocześnie na tyle blisko, żeby kilku z nas mogło pojechać po żywność.

– Już się robi – powiedział Vanin, nie okazując nawet odrobiny szacunku, z jakim przed chwilą traktował Aes Sedai. Zawrócił konia i ruszył wzdłuż kolumny.

– Vanin, czekaj! – zawołał za nim Mat. – Przyjrzyj się, jak Mandewin będzie organizował oddział, który ze mną i Talmanesem pojedzie do wioski… Kiedy mówię „kilku”, to ma być to bardzo mały oddział. Nie chcę, żeby do wioski zwaliło się siedem tysięcy żołnierzy spragnionych zabawy! W mieście kupię wóz i całe ale, jakie będą mieli, a potem wyślę do obozu. W obozie ma panować ostra dyscyplina i żeby nikt przypadkiem nie wymknął się w odwiedziny do wieśniaczek. Zrozumiano?

Vanin przytaknął z ponurą twarzą. Zadanie poinformowania żołnierzy, że nie mogą liczyć na przepustkę, nie należało do przyjemnych.

Mat zwrócił się do Aes Sedai:

– Decydujecie się na moją uczciwą propozycję czy nie?

Joline tylko parsknęła, po czym zawróciła konia i odjechała wzdłuż kolumny, co zapewne należało uznać za rezygnację z samotnej podróży. Szkoda. Gdyby tak się stało, śmiałby się przez całą drogę. Choć najprawdopodobniej za parę dni Joline znalazłaby w którejś ze wsi jakiegoś durnia, który oddałby jej swoje konie i poruszałaby się szybciej.

Wkrótce Edesina też odjechała, a Teslyn ruszyła jej śladem, obdarzywszy jeszcze Mata na pożegnanie nieodgadnionym spojrzeniem. Ona też chyba była nim rozczarowana. Oderwał od nich wzrok, czując znienacka złość na samego siebie. Co go obchodziło, co sobie myślą?

Zobaczył, że Talmanes mu się przygląda.

– To było dość dziwne jak na ciebie, Mat – powiedział tamten.

– Co takiego? – zapytał. – Dyscyplina, którą narzuciłem ludziom? Legion składa się z dobrych żołnierzy, dobrych ludzi, lecz nigdy w życiu nie widziałem wojska, które od czasu do czasu nie pakowałoby się w kłopoty, zwłaszcza tam, gdzie podają ale.

– Nie mówiłem o Legionie, Mat – sprostował Talmanes i pochylił się, żeby wystukać fajkę o strzemię; z główki wysypały się iskry, spadając na kamienną drogę pod kopytami jego konia. – Mówiłem o tym, jak potraktowałeś Aes Sedai. Światłości, Mat, mogliśmy się ich pozbyć! Stosunkowo niewielkim kosztem dwudziestu koni i kilku ludzi mogliśmy się uwolnić od Aes Sedai.

– Nie pozwolę się w ten sposób traktować – obstawał przy swoim Mat. Dał znak ręką, żeby Legion podjął wędrówkę. – Nawet gdybym dzięki temu mógł się pozbyć Joline. Jeżeli czegoś ode mnie chce, niech poprosi, wkładając w to przynajmniej szczyptę uprzejmości, a nie próbuje mnie zastraszyć, żebym dał jej, czego chce. Nie jestem pieskiem pokojowym. – Żeby sczezł, nie był! I mężem swojej żony też nie będzie, cokolwiek to mogło znaczyć.

– Naprawdę za nią tęsknisz – zauważył Talmanes, kiedy już ich konie szły obok siebie. W jego głosie słychać było zaskoczenie.

– Co ci znowu chodzi po głowie?

– Mat, trzeba ci przyznać, że nie zawsze zachowujesz się jak najsubtelniejszy z ludzi. Czasami twoje poczucie humoru jest cokolwiek przaśne, a słowa można zaliczyć do prostackich. Jednak rzadko bywasz otwarcie niegrzeczny, rzadko świadomie i celowo chcesz kogoś obrazić. Nosi cię, co?

Mat nic nie odpowiedział, tylko nasunął rondo kapelusza głębiej na czoło.

– Pewien jestem, że z nią wszystko w porządku, Mat – ciągnął Talmanes łagodnym tonem. – Ma w sobie królewską krew. Oni wiedzą, jak o siebie zadbać. Poza tym otaczają ją wierni żołnierze. Nie wspominając tych Ogirów. Ogirscy wojownicy! Któż potrafiłby sobie coś takiego wyobrazić? Wszystko będzie dobrze.

– Skończmy już tę rozmowę – powiedział Mat, zmieniając położenie swej niezwykłej włóczni tak, że teraz wygięte ostrze celowało w zachmurzone niebiosa nad głową, zaś koniec drzewca spoczywał w strzemieniu lancy.

– Ja tylko…

– Dość – uciął Mat. – Nie zostało ci może jeszcze trochę tytoniu?

Talmanes westchnął.

– To była ostatnia szczypta. Dobry tytoń… z Dwu Rzek. Ostatni kapciuch, jaki już od pewnego czasu widziały moje oczy. Podarunek od króla Roedrana, razem z fajką.

– Musi cię bardzo cenić.

– To była dobra, uczciwa robota – wyjaśnił Talmanes. – I strasznie nudna. Nie to, co wyprawy w pole z tobą, Mat. Cieszę się, że do nas wróciłeś, cały i zdrowy. Ale twoje słowa o Aes Sedai znowu mnie zmartwiły.

Mat pokiwał głową.

– Jaki jest stan prowiantu?

– Nie jest najlepiej – odparł Talmanes.

– Spróbujemy coś kupić w wiosce – zaproponował Mat. – Razem z tym, co dał nam Roedran, szkatuła pęka w szwach. W niewielkiej wiosce raczej nie uda im się zaprowiantować całej armii. Lecz mapy twierdziły, że wkrótce wjadą na gęściej zaludnione obszary. W tym tempie, w jakim poruszał się Legion, zapewne co dzień będą mijali jakąś wioskę lub dwie. Żeby wszyscy się najedli, trzeba będzie każdą ogołocić z nadwyżek. Wóz tutaj, mniejszy wózek tam, kosz lub dwa kosze jabłek przy jakiejś farmie. Siedem tysięcy gąb to było sporo do wykarmienia. Dobry dowódca wiedział, że nie należy lekceważyć nawet garści ziarna. Ziarnko do ziarnka…

– Tak, ale czy zechcą nam cokolwiek sprzedać? – zapytał Talmanes. – W drodze na spotkanie z tobą mieliśmy straszne kłopoty z kupieniem żywności. Wychodzi na to, że tego roku nikt nie ma żadnych nadwyżek. Jedzenia zaczyna brakować i nie ma większego znaczenia, gdzie go szukasz ani ile masz pieniędzy.

Świetnie, po prostu świetnie. Mat zgrzytnął zębami, a potem znowu się na siebie za to rozzłościł. Może faktycznie trochę go nosiło. Oczywiście Tuon nie miała z tym nic wspólnego.

Tak czy siak, powinien odpocząć. A wioska, którą mieli przez sobą… jak ją Vanin nazwał? Hinderstap?

– Ile masz pieniędzy przy sobie?

Talmanes zmarszczył brwi.

– Kilka złotych marek, sakiewkę srebrnych koron. Dlaczego?

– Nie starczy – powiedział Mat, drapiąc się po brodzie. – Więc będziemy musieli zaczerpnąć trochę z mojej osobistej szkatuły. A może nawet zabrać wszystko. – Zawrócił Oczko. – Jedziemy.

– Czekaj, Mat – zawołał Talmanes, ściągając wodze i ruszając za nim. – Co chcesz zrobić?

– Uprzejmie skorzystasz z mojej wcześniejszej propozycji zażycia odrobiny zabawy w tawernie – wyjaśnił Mat. – A skoro już o tym mowa, to chcę uzupełnić zapasy. Jeśli szczęście mi dopisze, nie zapłacimy złamanego grosza.

Gdyby były tu Egwene lub Nynaeve, natarłyby mu uszu i zabroniły zrobić to, co sobie zaplanował. Tuon prawdopodobnie obrzuciłaby go zdumionym spojrzeniem, a potem powiedziała coś takiego, że zarumieniłby się po koniuszki uszu.

Z Talmanesem nie było jednak kłopotu, po prostu pognał konia przed siebie, z niewzruszoną twarzą i leciutką iskierką rozbawienia w oczach.

– Wobec tego za nic nie przepuszczę okazji, żeby to zobaczyć!

21.

Żar i popioły.

Perrin otworzył oczy i przekonał się, że wisi w powietrzu. Poczuł ukłucie nagłego przestrachu, ponieważ kołysał się bezradnie wysoko na niebie. Czarne chmury kłębiły się nad jego głową, mroczne i złowieszcze. Pod nim rozpościerała się równina dzikich, zbrązowiałych traw, na której nie było śladu człowieka. Żadnych namiotów, dróg, nawet pojedynczego śladu ludzkiej stopy.

Po chwili przekonał się, że nie spada. Po prostu wisi. Rozpaczliwie zamachał ramionami, jakby próbował pływać, i wpadł w panikę, ponieważ jego umysł ogarnęła dezorientacja.