Po tym Przesłaniu coś uderzyło Perrina, jakiś ciężar przygniótł jego umysł. Wszystko wokół zniknęło, a on – niczym liść zdmuchnięty przez wicher – został wyrzucony z wilczego snu.
Faile poczuła, jak leżący obok niej mąż porusza się we śnie. Zerknęła na niego w ciemnościach pokoju – choć leżała obok na sienniku, nie spała. Czekała, wsłuchując się w jego oddech. Przewrócił się na wznak, wymamrotał coś niezrozumiale.
„Wszystkie te noce, kiedy się tak przewraca z boku na bok…” – pomyślała z irytacją.
Znajdowali się tydzień drogi od Malden. Wczoraj wieczorem uchodźcy rozbili obóz – właściwie kilka obozów – w pobliżu żeglownego kanału, brzegiem którego można się było bez trudu dostać do drogi Jehannah, biegnącej zresztą też całkiem niedaleko.
Przez ostatnich kilka dni wszystko układało się stosunkowo gładko, choć Perrin wciąż się upierał, że Asha’mani są zbyt zmęczeni, żeby otwierać bramy. Dzisiejszy wieczór spędziła z mężem, przypominając mu o kilku zasadniczych powodach, dla których w ogóle wziął z nią ślub. Nie mogła narzekać na brak entuzjazmu z jego strony, choć w oczach miał jakieś dziwne błyski. Nic gniewnego, raczej smutek. W trakcie ich rozłąki coś się zmieniło w jego duszy. Potrafiła to zrozumieć. Sama musiała się uporać z widmami przeszłości. Nie można oczekiwać, że wszystko zostanie po staremu, była jednak pewna, że wciąż ją kocha – w istocie, kocha ją do szaleństwa. Tego na razie było jej dosyć, a o przyszłość się nie martwiła.
Niemniej zaplanowała sobie konfrontację, w trakcie której zamierzała wydobyć zeń wszystkie sekrety. Chciała tylko zaczekać z tym jeszcze kilka dni. Dobrze było czasem przypomnieć mężowi, że żona nie musi być usatysfakcjonowana wszystkim, co on robi, lecz nie mogła tego zrobić od razu, żeby nie pomyślał, iż nie cieszy się z końca rozłąki.
Wręcz przeciwnie. Uśmiechnęła się, przewróciła na bok i położyła dłoń na jego włochatej piersi, głowę oparła na nagim ramieniu. Kochała tego potężnego, niezgrabnego niedźwiedzia. Jego bliskość była jej słodsza nawet od triumfu nad Shaido.
Otworzył oczy. Westchnęła. Miłość miłością, a ona chciała, żeby tej nocy porządnie się wyspał! Więc nie udało jej się zmęczyć go w dostatecznym stopniu?
Spojrzał na nią, jego złote oczy zdawały się świecić lekko w ciemnościach, choć wiedziała, że to tylko sztuczki wyczyniane przez światło. Przytulił ją mocniej.
– Nie spałem z Berelain – oznajmił ponurym głosem. – Nieważne, co mówią plotki.
Najdroższy, słodki, niemądry Perrin.
– Wiem, że nie – powiedziała uspokajająco. Słyszała te plotki. Praktycznie każda kobieta w obozie, z którą zdarzyło jej się rozmawiać, począwszy od Aes Sedai, a skończywszy na prostej służącej, udawała, że trzyma język za zębami, a równocześnie jakimś sposobem była w stanie przekazać jej te same wieści. Perrin spędził noc w namiocie Pierwszej z Mayene.
– Nie, poważnie – powtórzył Perrin, a jego głosie zabrzmiały błagalne tony. – Nie zrobiłem tego, Faile. Proszę.
– Powiedziałam już, że ci wierzę.
– Ale twój głos brzmiał… no, nie wiem. Żebyś sczezła, kobieto, brzmiał, jakbyś była zazdrosna.
Czy on się nigdy nie nauczy?
– Perrinie – powiedziała z całkowitym spokojem. – Uwiedzenie ciebie zabrało mi większą część roku… nie wspominając już o niebagatelnym wysiłku, który musiałam w to włożyć… A i tak udało mi się tylko dzięki temu, że w grę wchodziło małżeństwo! Berelain nie ma odpowiednich zdolności, żeby sobie z tobą poradzić.
Uniósł prawą rękę, podrapał się po głowie, najwyraźniej zdezorientowany. W końcu się uśmiechnął.
– A poza tym – dodała, przytulając się mocniej – powiedziałeś to. A ja ci wierzę.
– A więc nie jesteś zazdrosna?
– Oczywiście, że jestem – sprzeciwiła się, klepiąc delikatnie jego pierś. – Perrinie, czy przypadkiem już ci o tym nie mówiłam, i to wiele razy? Mąż musi wiedzieć, że jego żona jest zazdrosna, w przeciwnym razie nie czułby, jak bardzo się o niego troszczy. Przecież trzeba strzec tego, co uważa się za najcenniejsze. A szczerze mówiąc, to jeżeli będziesz ze mnie wyciągał tego rodzaju rzeczy, nie zostaną mi już żadne sekrety!
Tę ostatnią uwagę skwitował cichym prychnięciem.
– Wątpię, aby coś takiego było w ogóle możliwe.
Zamilkł na dłuższą chwilę, a ona zamknęła oczy w nadziei, że Perrin znowu zaśnie. Zza ściany namiotu słyszała odległe głosy wartowników uprzyjemniających sobie służbę rozmową i odgłosy przeciągającej się do późna w nocy pracy jednego z kowali: Jerasida, Aemina lub Faltona. Zapewne któryś koń zgubił podkowę albo wypadł mu hufnal i trzeba było na nowo kuć żelazo, aby zwierzę gotowe było do porannego marszu. Dźwięk ten działał na nią dziwnie uspokajająco. Aielowie zupełnie nie znali się na koniach, a Shaido, gdy je schwytali, albo puszczali wolno, albo zamieniali w zwierzęta pociągowe. Podczas swego uwięzienia w Malden widziała wiele znakomitych klaczy pod siodło, którym kazano ciągnąć wozy.
Zastanawiała się na tym, jak łatwo oswoiła się z nową sytuacją. W niewoli spędziła niecałe dwa miesiące, choć wydawało się, że minęły lata. Lata spędzone na bieganiu za każdym poleceniem Sevanny i przyjmowaniu surowych kar. Lecz czas ten jej nie złamał. Dziwne, lecz w trakcie tych dwóch miesięcy czuła się bardziej szlachcianką niż kiedykolwiek wcześniej.
Było tak, jakby przed Malden nie do końca rozumiała, co szlachectwo znaczy. Och, miała swoje zwycięstwa. Cha Faile, ludzie z Dwu Rzek, Alliandre, uchodźcy z obozu Perrina. Wykorzystała otrzymane wychowanie, żeby pomóc Perrinowi stać się prawdziwym władcą. Wszystko to było ważne, wymagało odwołania do tego, co świadomie chcieli z niej uczynić i uczynili ojciec oraz matka.
Dopiero Malden otworzyło jej oczy. Tam znalazła ludzi, którzy potrzebowali jej bardziej, niż ktokolwiek potrzebował jej kiedykolwiek wcześniej. Pod jarzmem okrutnej dyktatury Sevanny nie było czasu na gierki ani miejsca na pomyłki. Została poniżona, pobita, omal nie zginęła. l dopiero z tych doświadczeń wyniosła pewne pojęcie na temat tego, co znaczy być suwerenem. Poczuła teraz ukłucie winy na myśl o czasach, gdy rządziła Perrinem, próbując nagiąć go – jak też wielu innych – do swej woli. Szlachectwo oznaczało, że idzie się w pierwszym szeregu. Że odbiera się razy tam, gdzie inni unikają bólu. Oznaczało poświęcenie, ryzykowanie życia, aby chronić tych, którzy złożyli swój los w jej ręce.
Niełatwo przyszło jej się oswoić z nową sytuacją, ponieważ zabrała Malden – a przynajmniej istotne części doświadczenia, jakim się dla niej stało – ze sobą. Setki gai’shain złożyły jej hołd lenny, a ona ich uratowała. Właściwie to uratował ich Perrin, niemniej ona też układała swoje plany i w taki czy inny sposób uciekłaby i sprowadziła ze sobą armię, która wyzwoliłaby jej wasali.
Kosztów nie dało się uniknąć. Z nimi chciała się uporać później, choć jeszcze dzisiejszej nocy, jeśli Światłość pozwoli. Uchyliła jedną powiekę i spojrzała na Perrina. Zdawał się spać, ale czy oddychał równo? Wysunęła spod niego rękę.
– Nie interesuje mnie, co się z tobą działo – powiedział.
Westchnęła. Nie, nie spał.
– Co się ze mną działo? – zapytała, nie rozumiejąc.
Otworzył oczy, wbił spojrzenie w dach namiotu.
– Ten Shaido, który był z tobą, gdy cię uratowałem. Cokolwiek ci zrobił… cokolwiek musiałaś zrobić, żeby przeżyć. Nie ma to dla mnie znaczenia.
A więc to go męczyło? Światłości!
– Ty głupi wole – powiedziała, bijąc go pięścią w pierś tak mocno, że aż jęknął. – Co ty mi tu opowiadasz? Że byłoby w porządku, gdybym nie została ci wierna? I to zaraz po tym, jak mnie zapewniasz, że ty dochowałeś mi wierności?