– Co? Nie, to inna sprawa, Faile. Byłaś więźniem i…
– I co? Nie potrafiłam o siebie zadbać? Naprawdę wół z ciebie. Nikt mnie nie dotknął. To są Aielowie. Wiesz, że żaden z nich nie ośmieliłby się skrzywdzić gai’shain. – Nie była to do końca prawda, w obozie Shaido kobiety często były napastowane, ale to dlatego, że Shaido nie zachowywali się już jak Aielowie.
Lecz w obozie przebywali też inni, Aielowie nienależący do Shaido. Ludzie, którzy nie potrafili zaakceptować w Randzie Car’a’carna, a równocześnie nie chcieli uznać autorytetu Shaido. Pozbawieni Braci byli ludźmi honoru, choć sami nazywali się banitami. W Malden tylko oni przestrzegali starych obyczajów. Kiedy okazało się, że kobiety gai’shain nie są tam bezpieczne, Pozbawieni Braci odnajdywali i chronili te, które mogli. I nie prosili o nic w zamian.
Cóż… to też nie była prawda. Prosili o wiele, choć nie domagali się niczego. Względem niej Rolan zawsze był Aielem, jeśli nie w słowach, to przynajmniej w czynach. Lecz podobnie jak w przypadku śmierci Masemy, Perrin nie musiał nic wiedzieć o jej związku z Rolanem. Nigdy zresztą nie zdarzyło się między nimi nic więcej poza pocałunkiem, a ona chciała tylko wykorzystać jego pragnienie na swoją korzyść. Poza tym podejrzewała, że on doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co nią kieruje.
Perrin zabił Rolana. To był następny powód, dla którego jej mąż nie musiał nic wiedzieć o życzliwości tego akurat Pozbawionego Braci. Gdyby dotarło do niego, co zrobił, zamęczyłaby go ta świadomość.
Perrin rozluźnił się, zamknął oczy. On też się zmienił przez te dwa miesiące, niewykluczone, że w równym stopniu co ona. To dobrze. Jej rodacy z Ziem Granicznych mieli powiedzenie: „Tylko Czarny nigdy się nie zmienia”. Ludzie rozwijali się, zmieniali na lepsze, Cień zostawał na zawsze tym, czym był. Złem.
– Jutro musimy się zastanowić, co robić dalej – powiedział Perrin, ziewając. – Kiedy tylko będziemy mogli korzystać z bram, zdecydujemy, czy namawiać ludzi do powrotu do domów i kogo w pierwszej kolejności. Czy ktoś odkrył, co się stało z Masemą?
– Do mnie żadne wieści nie dotarły – odrzekła ostrożnie. – Ale skoro z jego namiotu zniknęło tyle osobistych rzeczy…
– Masemy nie obchodzą żadne rzeczy – cicho mruknął Perrin, wciąż nie otwierając oczu. – Choć mógłby je zabrać ze sobą, gdyby myślał o nowym początku. Osobiście podejrzewam, że uciekł, choć to dziwne, że nikt nie wie jak ani gdzie.
– Zapewne wyślizgnął się, korzystając z zamieszania, jakie nastąpiło po bitwie.
– Zapewne – zgodził się Perrin. – Zastanawiam się… – Ziewnął. – Zastanawiam się, co powie Rand. W końcu cała ta ekspedycja została zorganizowana właśnie z powodu Masemy. Miałem go pojmać i sprowadzić z powrotem, więc pod tym względem należy pewnie uznać, że poniosłem porażkę.
– Rozprawiłeś się z ludźmi, którzy mordowali i rabowali w imię Smoka – zauważyła Faile – i rozprawiłeś się z przywódcami Shaido, nie wspominając już o tym, ile dowiedziałeś się o Seanchanach. Jestem pewna, że w oczach Smoka twoje dokonania okażą się znacznie cenniejsze, niż gdybyś cisnął mu Masemę do stóp.
– Może masz rację – sennie mruknął Perrin. – Przeklęte kolory… Nie mam najmniejszej ochoty przyglądać się, jak śpisz, Rand. Co się stało z twoją ręką? Ty oślepiony Światłością głupcze, uważaj na siebie… jesteś wszystkim, co mamy… Nadchodzi Ostatnie Polowanie…
Z tych ostatnich zdań niewiele zrozumiała. Mówił o ręce Randa wyruszającej na polowanie? Może naprawdę już zasnął?
Wkrótce jej przypuszczenia się potwierdziły – Perrin zaczął cichutko chrapać. Uśmiechnęła się i czule pokręciła głową. Naprawdę czasami był jak wół. Ale jej wół. Wyślizgnęła się z posłania, narzuciła suknię i spięła ją paskiem. Jeszcze sandały i po chwili była już na zewnątrz. Wartę przy namiocie pełniły Arrela i Lacile oraz dwie Panny. Na jej widok Panny skinęły głowami – nie zdradzą sekretu.
Panny zostawiła na straży przy namiocie, a Arrelę i Lacile zabrała ze sobą – wszystkie trzy odeszły w mrok. Arrela była ciemnowłosą Tairenianką, wzrostem przewyższającą większość Panien, dość szorstką w obejściu. Lacile była niska, blada, bardzo szczupła, poruszała się z wdziękiem. Obie tak różniły się od siebie, jak to tylko możliwe, dopiero niewola je zbliżyła. Obie dziewczyny z Cha Faile zostały schwytane razem z nią i do Malden trafiły jako gai’shain.
Nie uszły daleko, gdy natknęły się na dwie Panny Włóczni – te przepuściły je bez słowa, więc zapewne Bain i Chiad musiały z nimi wcześniej rozmawiać. Opuściły obóz i wkrótce znalazły się w miejscu, gdzie blisko siebie rosły dwie wierzby. Tam czekały na nie dwie kobiety, wciąż odziane w biel gai’shain. Bain i Chiad też należały do Panien Włóczni, poza tym były pierwszymi siostrami Faile, która miała dla nich w swym sercu specjalne miejsce. Zawsze dochowywały jej lojalności, mogła na nie liczyć nawet bardziej niż na tych, którzy składali jej hołdy lenne. Lojalne, choć wolne od przysiąg. Sprzeczność, którą potrafili godzić w swych sercach jedynie Aielowie.
W przeciwieństwie do Faile i wielu pozostałych, Bain i Chiad nie zrzuciły bieli po klęsce tych, którzy je zwyciężyli. Będą ją nosić, póki nie upłynie rok i dzień. W rzeczy samej, fakt, że pojawiły się tu dzisiejszej nocy – a więc zachowały się w sposób właściwy dla życia, które wiodły, zanim zostały pokonane i pojmane – stanowiło wykroczenia poza granice tego, co dopuszczał ich honor. Z drugiej strony doskonale zdawały sobie sprawę, że traktowanie, jakiego zaznawali gai’shain w obozie Shaido, niewiele miało wspólnego z tradycją.
Na ich widok Faile uśmiechnęła się, ale nie uczyniła im ujmy, próbując się odezwać po imieniu lub posłużyć mową dłoni Panien. Jednak odbierając z rąk Chiad niewielki tobołek, nie mogła powstrzymać cisnącego się na usta pytania:
– Jak wam idzie?
Chiad była piękną kobietą o szarych oczach i krótkich rudoblond włosach, teraz schowanych pod kapturem szaty gai’shain. Skrzywiła się, słysząc pytanie Faile.
– Gaul szukał mnie po całym obozie Shaido, powiadają, że od jego włóczni poległo dwunastu algai’d’siswai. Kiedy to wszystko się skończy, może jednak powinnam złożyć ślubny wianek u jego stóp.
Faile się uśmiechnęła.
Chiad odpowiedziała uśmiechem.
– Nie spodziewał się, że jeden z zabitych przez niego okaże się Aielem, u którego Bain była gai’shain. Jakoś mi się nie wydaje, żeby Gaul był szczęśliwy, mając teraz nas obie.
– Głupi mężczyzna – powiedziała Bain; wyższa z tej pary. – Tacy nigdy nie patrzą, gdzie wbijają swoje włócznie. Nie potrafił zgładzić właściwego mężczyzny, nie zabijając przy okazji kilku innych. – Obie kobiety zachichotały.
Faile uśmiechnęła się w lekko wymuszony sposób i pokiwała głową. Humor Aielów na zawsze chyba pozostanie dla niej zagadką.
– Wielkie dzięki za to, że udało wam się to zdobyć – powiedziała, unosząc nieznacznie owinięte w płótno zawiniątko.
– Nie ma za co – rzuciła Chiad. – Dzisiaj tyle rąk uwijało się przy robocie, że sprawa była prosta. Alliandre Maritha Kigarin czeka już na ciebie wśród drzew. My wracamy do obozu.
– Tak – dodała Bain. – Może Gaul będzie miał ochotę, żeby znowu pomasować mu plecy albo przynieść wody. On się strasznie złości, kiedy pytamy o takie rzeczy, ale przecież gai’shain zdobywają swój honor tylko poprzez służbę. Co jeszcze mamy zrobić?
Obie kobiety roześmiały się znowu, a potem z rozwianymi białymi szatami pobiegły ku obozowi. Faile patrzyła w ślad za nimi. Ją samą aż ściskało w dołku, kiedy wyobrażała sobie, że ktoś mógłby znów oblec ją w biel, już choćby dlatego, że takie myśli nieodmiennie kojarzyły jej się ze służbą u Sevanny.