Wysoka Arrela i wdzięczna Lacile dołączyły do niej pod dwiema wierzbami. Stojące na warcie Panny Włóczni strzegły ich z dala, obserwując uważnie. Okazało się, że dołączyła do nich tymczasem trzecia Panna, która właśnie wynurzyła się z cienia – zapewne została przysłana przez Bain i Chiad, żeby pilnować Alliandre. Faile znalazła swoją ciemnowłosą królową pod drzewami – w bogato zdobionej czerwonej sukni, z wplecionymi we włosy złotymi łańcuszkami wyglądała znów jak prawdziwa dama. Szczerze mówiąc, jej strój był nieco ekstrawagancki, i choć włożyła go zapewne tylko po to, żeby wymazać z pamięci dni, kiedy przyszło jej być służącą, to na jego tle prosta sukienka Faile zdała jej się nagle ubiorem dość nędznym. W tej chwili wszakże niewiele mogła z tym zrobić, jeżeli nie chciała budzić Perrina. Arrela i Lacile miały na sobie tylko haftowane spodnie i koszule typowe dla Cha Faile.
Alliandre trzymała w ręku niewielką latarnię z niemal całkowicie zasuniętą przesłoną, zza której sączył się jedynie wąski strumyczek światła oświetlający jej młodzieńczą twarz pod grzywką ciemnych włosów.
– Znalazły coś? – zapytała bez dalszych wstępów. – Proszę, powiedz mi, że znalazły. – Zawsze była dość rzeczowa, przynajmniej jak na królową, i tylko czasami zbyt wiele wymagała. Czas spędzony w Malden najwyraźniej zmitygował tę drugą cechę jej charakteru.
– Tak. – Faile zważyła w dłoniach zawiniątko. Potem uklękła na ziemi, a cztery kobiety skupiły się wokół niej. Światło latarni oblewało mdłym blaskiem czubki traw, sprawiając, że lśniły niczym miniaturowe ogniki. W zawiniątku nie było nic nadzwyczajnego. Mała chusteczka z żółtego jedwabiu. Pasek z popękanej skóry, ozdobiony ptasimi piórkami. Czarna zasłona. I cienki skórzany rzemień z kamieniem zawiązanym pośrodku.
– Ten pasek należał do Kinhuina – oznajmiła Alliandre, wskazując palcem przedmiot. – Widziałam, jak miał go na sobie, zanim… – Urwała, potem przyklękła i podniosła pasek.
– To jest zasłona Panny Włóczni – dodała Arrela.
– One różnią się między sobą? – ze zdziwieniem zapytała Alliandre.
– Oczywiście, że tak – obruszyła się Arrela, biorąc do ręki zasłonę. Faile nigdy nie poznała Panny, która została patronką Arreli i nie pozna, ponieważ tamta poniosła śmierć w bitwie, choć nie tak dramatyczną jak Rolan i inni.
Fragment jedwabnej materii należał do Jhgoradina. Zanim wzięła go do ręki, Lacile wahała się przez moment, w końcu jednak podniosła i obróciła w dłoniach. Oczom wszystkich ukazała się plamka krwi. Na ziemi został tylko skórzany rzemyk. Rolan przy różnych okazjach zakładał go na szyję i nosił pod cadin’sor. Faile nigdy się nie dowiedziała, jakie miał dla niego znaczenie ani czy w ogóle przypisywał jakiekolwiek znaczenie temu odłamkowi szlachetnego kamienia – grubo szlifowanemu turkusowi. W końcu podniosła go z ziemi i zerknęła na Lacile. Dziwne, ale zdało jej się, że w oczach szczupłej kobiety zobaczyła łzy. Ponieważ Lacile stosunkowo szybko trafiła do łóżka potężnego Pozbawionego Braci, Faile założyła wówczas, że kierowała nią konieczność, a nie uczucie.
– Czworo ludzi oddało swe życie – oświadczyła Faile, czując, że znienacka zasycha jej w ustach. Pozostała więc przy stylu ceremonialnym, ponieważ w ten sposób najłatwiej było ukryć budzące się w sercu emocje. – Bronili nas, a nawet się nami opiekowali. Choć należeli do wrogów, opłakujemy ich. Pamiętajcie wszakże, że byli Aielami. Dla Aiela istnieją rzeczy znacznie gorsze niż śmierć w boju.
Pozostałe pokiwały głowami i tylko Lacile spojrzała Faile prosto w oczy. One przeżywały to inaczej. Od momentu gdy Perrin wypadł z tamtej uliczki – i zawył z gniewu, ponieważ zdawało mu się, że Faile i Lacile są atakowane przez Shaido – wszystko potoczyło się tak szybko. W powstałym zamieszaniu Faile odwróciła uwagę Rolana akurat we właściwym czasie, co sprawiło, że Aiel się zawahał. A zawahał się, ponieważ mu na niej zależało, lecz ta chwila niezdecydowania pozwoliła Perrinowi go zabić.
Czy zrobiła to wówczas specjalnie? Do dziś nie potrafiła rozstrzygnąć. Taki miała wtedy mętlik w głowie, na widok Perrina zalała ją fala emocji. Krzyknęła i… nie pamiętała, czy faktycznie próbowała odwrócić uwagę Rolana, żeby nie mógł się obronić przed Perrinem.
Lacile nie przeżywała podobnych rozterek. Jhoradin osłonił ją swoją piersią i bronił jej przed napastnikiem. Wbiła mu nóż w plecy i wtedy po raz pierwszy w życiu zabiła człowieka. A człowiek ten był mężczyzną, z którym dzieliła łoże.
Faile natomiast zabiła Kinhuina, kolejnego z Pozbawionych Braci, który je chronił. Nie było to pierwsze zabójstwo w jej życiu – nawet nie był to pierwszy raz, kiedy zaatakowała kogoś od tyłu. Lecz po raz pierwszy zabiła człowieka, który był jej przyjacielem.
Nic innego nie mogła zrobić. Perrin widział tylko Shaido, a Pozbawieni Braci widzieli jedynie atakującego wroga. Ta walka nie mogła skończyć się inaczej, jak tylko śmiercią – albo Perrina, albo tamtych Pozbawionych Braci. Najbardziej rozdzierający krzyk nie powstrzymałby żadnego z mężczyzn.
Na tym właśnie polegał tragizm całej sytuacji. Faile musiała z całych sił walczyć, by nie rozpłakać się jak Lacile. Nie kochała Rolana i cieszyło ją bezbrzeżnie, że to Perrin wyszedł z walki z życiem. Lecz Rolan był człowiekiem honoru, więc czuła się… w jakimś stopniu zbrukana, jakby jego śmierć była jej winą.
Nie powinna się tak czuć. Lecz tak się czuła. Ojciec wiele razy opowiadał jej o sytuacjach, kiedy trzeba zabić człowieka, przeciwko któremu nic się nie ma, lecz który musi zginąć, ponieważ stanął po drugiej stronie na polu bitwy. Nie potrafiła tego pojąć. Gdyby przyszło jej przeżyć powtórnie tamtą chwilę, postąpiłaby tak samo. Nie byłaby w stanie narazić życia Perrina na szwank. Rolan musiał umrzeć.
Ale ta nieuchronna konieczność sprawiała, że świat wydawał jej się znacznie bardziej smutnym miejscem.
Lacile w końcu odwróciła wzrok, cicho pociągając nosem. Faile znowu przyklękła, wyjmując z zawiniątka przyniesionego przez Chiad niewielką buteleczkę oliwy. Wyłuskała kamień z rzemyka, skórę ułożyła pośrodku zawiniątka. Polała oliwą, a potem podpaliła przy pomocy szczapki zajętej w ogniu latarni.
Przyglądała się, jak płonie pamiątka po Rolanie – maleńkie płomyki igrały błękitem i zielenią, ich koniuszki były pomarańczowe. Woń palącej się skóry była zdumiewająco podobna do zapachu spalonego ludzkiego mięsa. Noc była bezwietrzna, żaden podmuch nie poruszał tańczącymi swobodne płomykami.
Alliandre upuściła pasek, który też trafił do miniaturowego ogniska. Arrela zrobiła to samo z zasłoną. Na koniec Lacile cisnęła w ogień chusteczkę. Wciąż nie mogła powstrzymać płynących z oczu łez.
Nic więcej nie mogły zrobić. W chaosie, jaki panował podczas ewakuacji Malden, nie miały czasu zająć się ciałami. Chiad twierdziła, że zostawienie ich na miejscu nie jest niehonorowe, lecz Faile czuła, że musi coś zrobił. W jakiś sposób uhonorować Rolana i tamtych.
– Zginęli z naszej ręki – przemawiała dalej Faile – albo po prostu padli w boju, lecz każde z nich czworga traktowało nas z honorem. Jakby to powiedzieli Aielowie, mamy wobec nich wielkie toh. Nie przypuszczam, aby zdołały mu sprostać. Będziemy wszakże o nich pamiętać. O trzech Pozbawionych Braci i jednej Pannie Włóczni, którzy okazali nam życzliwość, mimo iż nie musieli. Zachowali się honorowo w sytuacji, gdy inni o honorze zapomnieli. Jeżeli pisane jest im odkupienie, jako i nam, wówczas niech się ziści.