– W obozie Perrina jest jeden Pozbawiony Braci – powiedziała Lacile, a w jej oczach odbijały się płomienie ofiarnego ogniska. – Ma na imię Niagen, jest gai’shain u Sulin, Panny Włóczni. Poszłam do niego i opowiedziałam, co tamci dla nas zrobili. Potraktował mnie bardzo życzliwie.
Faile zamknęła oczy. Lacile prawdopodobnie chciała powiedzieć, że weszła temu Niagenowi do łóżka. A tego gai’shain nie wolno było czynić.
– W ten sposób nie zastąpisz sobie Jhoradina – rzekła, otwierając oczy. – Ani nie odpłacisz za to, co zrobiłaś.
– Wiem – broniła się Lacile. – Ale oni byli tak weseli, mimo strasznej sytuacji. Mieli coś w sobie. Jhoradin chciał mnie zabrać na Ziemię Trzech Sfer i uczynić swoją żoną.
„A ty byś nigdy z nim nie poszła”, pomyślała Faile. Jestem pewna, że byś tego nie zrobiła. Dopiero teraz, kiedy on nie żyje, zrozumiałaś, że straciłaś okazję”.
Lecz kim ona była, żeby robić jej wyrzuty? Niech Lacile postępuje, jak uznaje za słuszne. Jeżeli ten Niagen był choć w połowie takim człowiekiem, jak Rolan czy pozostali, może Lacile znajdzie szczęście u jego boku.
– Kinhuin dopiero niedawno zaczął mi się uważniej przyglądać – oświadczyła Alliandre. – Wiem, o co mu mogło chodzić, ale nigdy nawet słowem o tym nie wspomniał. Myślę teraz, że zastanawiał się nad porzuceniem Shaido i pomógłby nam w ucieczce. Nawet gdybym mu odmówiła i tak by nam pomógł.
– Maretha nienawidziła tego, co robili pozostali Shaido – odezwała się z kolei Arrela. – Ale została z nimi, bo nie potrafiła porzucić klanu. Za swoją lojalność oddała życie. Czasem umiera się za mniej ważne rzeczy.
Faile przyglądała się, jak zamierają resztki żaru w maleńkim ognisku.
– Wydaje mi się, że Rolan naprawdę mnie kochał – wyznała. I to był koniec.
Wszystkie cztery podniosły się i wróciły do obozu. Przeszłość była przestrzenią żaru i popiołów, jak głosiło stare saldaeańskie przysłowie, resztkami po ogniu, którym płonęła teraźniejszość. Ten żar za jej plecami właśnie rozdmuchiwał wiatr. Ale zatrzymała turkus Rolana. Nie dlatego, że miała czego żałować, lecz dlatego, że chciała pamiętać.
Perrin leżał nieruchomo w nocnej ciszy, wdychając w nozdrza zapach namiotowego płótna i jedyną w swoim rodzaju woń Faile. Nie było jej przy nim, choć wyszła całkiem niedawno. Zdrzemnął się, a kiedy się obudził, zniknęła. Może poszła do toalety.
Wpatrywał się w ciemność, próbując zrozumieć sens wilczego snu i zachowanie Skoczka. Im głębiej się nad tym zastanawiał, tym bardziej rosło w nim zdecydowanie. Pomaszeruje ku Ostatniej Bitwie – lecz najpierw będzie musiał zapanować nad wilkiem w sobie. Poza tym dotarto do niego wreszcie, że albo pozbędzie się tych wszystkich ludzi, którzy za nim szli, albo nauczy się, jak przyjmować ich lojalność.
Miał przed sobą kilka decyzji. Z pewnością żadna nie okaże się łatwa, lecz w tej chwili był przekonany, że sobie poradzi. Mężczyzna nie może się wzdragać przed trudnościami. Takie jest życie. I na tym polegał podstawowy błąd, jaki popełnił, gdy dowiedział się o porwaniu Faile. Unikał wyborów, zamiast stawić im czoła. Pan Luhhan byłby rozczarowany.
I tak doszedł do kolejnej decyzji, być może najtrudniejszej ze wszystkich. Nie będzie się sprzeciwiał, gdy Faile będzie szukać niebezpieczeństwa, nawet gdyby oznaczało to znaczne ryzyko. Czy to była decyzja? Czy w ogóle można podjąć tego rodzaju decyzję? Mdliło go na samą myśl o tym, że może jej coś grozić. Lecz trzeba będzie jakoś z tym żyć.
Trzy problemy. Stanie z nimi twarzą w twarz i zdecyduje. Najpierw jednak głęboko się zastanowi, ponieważ zawsze tak postępował. Mężczyzna podejmujący decyzje bez namysłu był zwykłym głupcem.
Jednak już samo postanowienie, żeby przestać unikać problemów, których i tak nie dało się uniknąć, sprawiło, że znalazł odrobinę ukojenia, dzięki czemu mógł przewrócić się na drugi bok i znowu zasnąć.
22.
Ostatnia rzecz, jaką można zrobić.
Semirhage siedziała sama w swym niewielkim pokoju. Zabrały jej nawet krzesło, o świeczce czy lampie nie wspominając. Przeklęty niech będzie ten paskudny Wiek i jego paskudni ludzie! Ileż by dała za kule jarzeniowe na ścianach. W jej czasach więźniom nie odmawiano światła. Zdarzało się oczywiście, że przeprowadzała swoje eksperymenty na podmiotach pogrążonych w całkowitych ciemnościach, lecz to była zupełnie inna sprawa. Jak inaczej miała się przekonać, jaki skutek wywiera na ludzi mrok? Te tak zwane Aes Sedai, które ją więziły, nie miały żadnych racjonalnych powodów, żeby pozbawiać ją lampy. Chciały tylko ją upokorzyć.
Otuliła się ramionami i oparła o drewnianą ścianę. Nie będzie płakać! Była jedną z Wybranych! Co z tego, że ją zmusiły do samoponiżenia? Nie dała się złamać.
Lecz… te głupie Aes Sedai przestały ją traktować jak wcześniej. To nie Semirhage się zmieniła, lecz one. Jakimś sposobem, za jednym zamachem ta przeklęta kobieta z siecią paralis we włosach zniszczyła autorytet Semirhage w oczach ich wszystkich.
Jak? Jak mogła tak szybko utracić panowanie nad sytuacją? Wstrząsnął nią dreszcz, gdy przypomniała sobie, jak została przełożona przez kolano i zbita. I ta nonszalancja, z jaką tamta zabrała się do dzieła. Jedyną emocją, jaką dało się słyszeć w jej głosie była lekka irytacja. Potraktowała Semirhage – jedną z Wybranych! – jakby była kimś ledwie wartym uwagi. To bolało znacznie bardziej niż razy.
Nigdy więcej to się nie powtórzy. Następnym razem Semirhage będzie gotowa na kary cielesne i je po prostu zignoruje. Tak, w ten sposób się uda. A może nie?
Znowu zadrżała. W imię wiedzy i rozumu torturowała setki, może tysiące ludzi. Tortury były jak najbardziej sensowne. Dzięki nim można było odkryć, jak człowiek jest stworzony, w każdym znaczeniu słowa – nie było innego sposobu, jak tylko rozebrać go na części. Takim określeniem posługiwała się przy wielu okazjach. Zazwyczaj wywoływało uśmiech na jej twarzy.
Tym razem było inaczej.
Dlaczego nie zadawały jej bólu? Połamane palce, skóra rozcięta do żywego mięsa, rozżarzone węgle w zgięciach łokci. Z góry przygotowała się na wszelkie tego rodzaju rzeczy, uzbroiła się przeciwko nim. Drobna, chętna część jej samej wręcz tego pragnęła.
Ale to? Zmuszanie, żeby jadła z podłogi? Traktowanie przystające dziecku w obecności tych, które wcześniej patrzyły na nią z takim lękiem i szacunkiem?
„Zabiję ją”, pomyślała nie pierwszy już raz. „Po kolei wyjmę z jej ciała ścięgna, wciąż na nowo Uzdrawiając Mocą, żeby mogła żyć i czuć ból. Nie. Nie, wymyślę dla niej coś nowego. Dam jej doświadczyć agonii nieznanej nikomu w żadnym z Wieków”.
– Semirhage. – Cichy szept.
Zamarła ze wzrokiem wbitym w ciemność. Szept był łagodny niczym zimna bryza, lecz równocześnie ostry i przeszywający. Może to tylko igraszki wyobraźni? Przecież On nie mógł tu się znaleźć, prawda?
– Zawiodłaś całkowicie, Semirhage – kontynuował głos, wciąż niezwykle cichy i łagodny. Przez szparę pod drzwiami sączyło się światło, lecz głos dobiegał z wnętrza jej celi. Z każdą chwilą światło stawało się coraz jaśniejsze, a równocześnie nabierało czerwonawej tonacji, która kładła się lśnieniem na stojącą przed nią postać w czarnym płaszczu. Uniosła wzrok. W rdzawym świetle zobaczyła białą twarz o barwie skóry umarłego. Twarz nie miała oczu.
Natychmiast uklękła na podłodze, korząc się. Gdyż choć postać przed nią z pozoru przypominała Myrddraala, była znacznie wyższa i znacznie, znacznie ważniejsza. Zadrżała na wspomnienie głosu samego Wielkiego Władcy, który przemawiał wprost do niej.