– Nie mam żadnego doświadczenia w walce z takimi stworami. Wiem, co ludzie sobie myślą, ale oddziały ekspedycyjne Trolloków nie potrzebują żadnych szlaków aprowizacyjnych, a o robakach słyszałem tylko w opowieściach.
– Zostawię ci kilku oficerów Bashere w charakterze doradców – poinformował go Rand.
– Z pewnością nie zaszkodzi – zgodził się Ituralde – ale zastanawiam się, czy nie lepiej, żeby on sam tu został. Jego żołnierze mogą patrolować ten obszar, a moje wojska lepiej przydadzą się w Arad Doman. Bez urazy, mój panie, lecz czyż to nie dziwne, że walczymy w obcych królestwach?
– Nie, to wcale nie dziwne – uciął Rand.
To nie było dziwne, tylko smutne. Ufał Bashere, a jego Saldaeanie dobrze mu służyli, co nie zmieniało jednak faktu, że danie im całkowitej swobody w kraju rodzinnym mogło się źle skończyć. Bashere był spowinowacony z samą królową, a co z jego ludźmi? Jak by zareagowali, gdyby rodacy zaczęli się dopytywać, co ich skłoniło do zaprzysiężenia Smokowi? I choć z pozoru sytuacja faktycznie mogła wyglądać na dość niezwykłą, Rand wiedział, że pożoga będzie znacznie mniejsza, gdy na saldaeańskiej ziemi pojawią się obcy żołnierze.
Zastanawiając się nad osobą Ituralde, rozumował w sposób równie brutalny. Tamten wprawdzie złożył mu przysięgę, lecz lojalność nigdy nie bywa dana raz na zawsze, a ludzie czasami zmieniają sztandar, pod którym służą. Tutaj, na samej granicy Ugoru, Ituralde i jego żołnierzom nie przytrafią się jakieś szczególne okazje do zdrady. Przebywali na terytorium, którego nie można było określić mianem przyjaznego, do Arad Doman mogli wrócić w sensowny sposób tylko przy udziale Asha’manów Randa. Natomiast zostawiony w swojej ojczyźnie, Ituralde byłby zapewne kuszony ideą odzyskania pełni dowództwa nad swoją armią i uwolnienia się spod protektoratu Smoka Odrodzonego.
Znacznie lepszym sposobem było rozlokowanie armii na obcym terenie. Rand nienawidził takich myśli, lecz na tym polegała jedna z różnic między człowiekiem, którym był niegdyś, a człowiekiem, którym stał się teraz. Tylko jeden z tych dwóch ludzi był w stanie zrobić to, co konieczne, nieważne, jak by tego nienawidził.
– Narishma! – zawołał Rand. – Brama.
Nie musiał się odwracać, żeby wyczuć, iż Narishma pochwycił Źródło i zaczął splatać Moc. Wrażenia same wdzierały się do jego umysłu, drażniły coś w jego wnętrzu, udało mu się jednak odepchnąć je od siebie. Ostatnimi czasy coraz trudniej było mu chwytać Moc bez równoczesnych wymiotów, a nie chciał się kompromitować na oczach Ituralde.
– Pod koniec tygodnia dostaniesz stu Asha’manów – poinformował Rodela Ituralde. – Zakładam, że będziesz wiedział, jak ich wykorzystać.
– Tak, myślę, że będę wiedział.
– Chcę codziennie otrzymywać raporty, nawet jeżeli nic się nie wydarzy – kontynuował Rand. – Przysyłaj łączników przez bramy. Ja tymczasem rozbiję obóz i za cztery dni ruszę do Bandar Eban.
Bashere mruknął coś pod nosem – w tym momencie po raz pierwszy usłyszał od Randa o planowanym manewrze. Rand tymczasem skierował swego wierzchowca w przestrzeń wielkiej otwartej bramy, która moment wcześniej pojawiła się za jego plecami. Kilka Panien, jak zawsze idących przodem, zdążyło już przeskoczyć na drugą stronę. Narishma stał z boku. Włosy miał swoim zwyczajem zaplecione w dwa warkocze i ozdobione maleńkimi dzwoneczkami. On też był Pogranicznikiem, zanim udało mu się zostać Asha’manem. Wszędzie wokół tyle poplątanych i nie do końca jasnych lojalności. Co okaże się dla Narsihmy najważniejsze? Ojczyzna? Rand? Aes Sedai, której był Strażnikiem? Rand nie miał większych wątpliwości względem wierności tamtego – był jednym z tych, którzy uratowali go pod Studniami Dumai. Lecz najgroźniejszymi wrogami bywali zawsze ci, o których się sądziło, że można im zaufać.
„Żadnemu z nich nie można ufać!” – powiedział Lews Therin. „Za nic nie powinniśmy pozwolić, żeby się do nas tak zbliżyli. Zdradzą nas!”.
Szaleniec zawsze zachowywał się niespokojnie, gdy w grę wchodzili potrafiący przenosić mężczyźni. Rand pchnął Tai’daishara naprzód, ignorując słyszane w głowie słowa, choć dźwięk głosu, który je wypowiadał, przywiódł mu na myśl tamtą noc. Noc, kiedy śnił o Moridinie, a Lewsa Therina nie było w jego głowie. Na myśl, że jego sny nie są już bezpieczne, poczuł, jak przewraca mu się w żołądku. Przyzwyczaił się już, że może znaleźć w nich schronienie przed zewnętrznym światem. I choć bywało, że dręczyły go koszmary, były to jego własne koszmary.
Dlaczego Moridin przyszedł mu wtedy na pomoc w Shadar Logoth, gdy walczył z Sammaelem? Jakie splątane sieci intryg rozsnuwał? Twierdził wprawdzie, że to Rand pojawił się w jego śnie, lecz czy nie było to przypadkiem kolejne kłamstwo?
„Muszę ich zgładzić” – pomyślał. „Muszę zgładzić wszystkich Przeklętych i tym razem muszę się z nimi rozprawić na dobre. Muszę być twardy”.
Tylko że Min wolała, aby nie był tak twardy. A jej właśnie – inaczej pewnie niż wszystkich pozostałych ludzi na świecie – za nic nie chciał straszyć. Z Min nie rozgrywał żądnych gierek – mogła wytykać mu głupotę, ale nie kłamała, i już przez samo to chciał być takim mężczyzną, jakiego w nim widziała. Czy jednak się odważy? Czy mężczyzna, który potrafi się swobodnie śmiać, będzie w stanie zrobić w Shayol Ghul to co konieczne?
„Żeby żyć, musisz umrzeć”, tak brzmiała odpowiedź na jedno z jego trzech pytań. Jeżeli zwycięży, pamięć o nim – jego dziedzictwo – przetrwa długo po jego śmierci. Nie była to szczególnie pocieszająca myśl. Nie chciał ginąć. Kto chciał? Aielowie twierdzili, że wcale nie szukają śmierci, tylko obejmują ją uściskiem, kiedy nadchodzi.
Wjechał w przestrzeń bramy, Podróżując do dworu w Arad Doman, gdzie pierścień sosen otaczał stratowaną brązową ziemię i długie szeregi namiotów. Człowiek musiał być twardy, żeby stawić czoła własnej śmierci, żeby walczyć z Czarnym, roniąc swą krew na skałach. Któż śmiałby się w obliczu takiej wizji? Pokręcił głową. Obecność Lewsa Therina w umyśle nie była wielką pomocą.
„Ona ma rację” – znienacka odezwał się głos.
„Ona?” – pomyślał Rand.
„Ta ładna. Z krótkimi włosami. Twierdzi, że powinieneś skruszyć pieczęcie. Ma rację”.
Rand zamarł, ściągając wodze Tai’daishara i ignorując stajennego, który chciał zająć się koniem. Usłyszeć słowa aprobaty od Lewsa Therina…
„Co zrobimy potem?” – zapytał w myślach.
„Umrzemy. Obiecałeś, że będziemy mogli umrzeć!”.
„Dopiero gdy pokonamy Czarnego” – stwierdził Rand.
„Dobrze wiesz, że jeśli on zwycięży, nic już nam nie zostanie. Nawet śmierć”.
„Tak… nic” – odparł Lews Therin. „Nicość. To byłoby piękne. Żadnego bólu, żadnego żalu. Nicość”.
Rand poczuł przeszywający go dreszcz. Skoro Lews Therin zaczynał myśleć w ten sposób…
„Nie” – zaprotestował Rand. „To nie będzie prawdziwa nicość. On zabierze nasze dusze. Ból będzie gorszy, znacznie gorszy”.
Lews Therin zaczął płakać.
„Lewsie Therinie!” – warknął Rand w głębi swych myśli. „Co mamy zrobić? W jaki sposób udało ci się ostatnim razem zapieczętować Sztolnię?”.
„Nie udało się” – szepnął Lews Therin. „Wykorzystaliśmy saidina, lecz dotknęliśmy nim Czarnego. Nie było innego sposobu! Czymś musieliśmy go dotknąć, żeby zamknąć szczelinę, lecz dzięki temu on zdołał skazić Źródło. Pieczęć była za słaba!”.
„Tak, lecz jak to zrobić inaczej?” – zastanowił się Rand.
Odpowiedzią było milczenie. Rand przez chwilę jeszcze siedział w siodle, a potem zeskoczył z grzbietu Tai’daishara i pozwolił stajennemu go odprowadzić. Ariergarda oddziału Panien Włóczni właśnie przekraczała bramę, za nimi podążali Bashere i Narishma. Rand nie czekał na nich, choć kątem oka zauważył Deirę Bashere – żonę generała – stojącą tuż przy granicy obszaru przeznaczonym na Podróżowanie. Włosy wysokiej, posągowej kobiety znaczyły przy skroniach pasma siwizny. Zmierzyła Randa spojrzeniem. Co zrobi, kiedy Bashere polegnie w jego służbie? Dochowa wierności Smokowi Odrodzonemu czy zabierze wojska z powrotem do Saldaei? Była kobietą o woli równie silnej co wola jej męża. Być może nawet silniejszej.