Rand minął ją ze skinieniem głowy i uśmiechem, a potem poszedł przez szykujący się do nocy obóz w stronę budynku dworu. Lews Therin nie wiedział, jak zapieczętować więzienie Czarnego. Cóż więc z niego za pożytek? Żeby sczezł, był jednym z nielicznych ludzi, w których Rand pokładał nadzieję!
Większość zamieszkujących obóz żołnierzy wiedziała już dobrze, że lepiej ustępować mu z drogi, kiedy tak kroczy. Rand natomiast dobrze pamiętał czasy, kiedy jeszcze nie ulegał mrocznym nastrojom, kiedy był tylko prostym pasterzem. Smok Odrodzony, którym się stał, był zupełnie innym człowiekiem. Człowiekiem obowiązku i odpowiedzialności. Musiał się nim stać.
Obowiązek. Obowiązek był ciężki jak góra. Randowi zdawało się czasem, że dźwiga na ramionach kilkanaście gór, a każda go miażdży. Pod takim naciskiem osobiste emocje aż kipiały w duszy. Czy można się było dziwić, kiedy eksplodując wyrywały się na wolność?
Podchodząc do drzwi dworu, kręcił głową. Na wschodzie majaczyły Góry Mgły. Słońce szykowało się do snu, kąpiąc góry w powodzi czerwonego światła. Za górami na południu, zdumiewająco blisko, leżało Pole Emonda i kraina Dwóch Rzek. Dom, którego nigdy już nie zobaczy, ponieważ nawet krótka sentymentalna wizyta mogłaby nań ściągnąć uwagę wroga. A bardzo się napracował, żeby wróg widział w nim człowieka bez sentymentów. Czasami bał się, że ta maska na trwale przyrosła do jego twarzy.
Góry. Góry ciężkie jak obowiązek. W tym przypadku obowiązek samotności, ponieważ gdzieś na południu za tymi górami był jego ojciec, Tam. Rand nie widział go już od tak dawna. A Tam był jego ojcem. Tak Rand postanowił w swym sercu. Nigdy nie poznał rodzonego ojca, wodza klanu Aielów o imieniu Janduin, i choć z pewnością był to człowiek honoru, Rand jakoś nie potrafił myśleć o nim jak o ojcu.
Rand niekiedy tęsknił za dźwiękiem głosu Tama, za jego mądrością. W takich chwilach czuł, że musi być szczególnie twardy, gdyż chwila słabości – w której pobiegłby do ojca szukać pociechy – mogłaby zniszczyć wszystko, nad czym tak się trudził. I prawdopodobnie oznaczałaby również koniec życia samego Tama.
Do wnętrza dworu Rand wszedł przez wypaloną we froncie dziurę, najpierw odsunąwszy płachtę płótna, która zastępowała drzwi – ani razu już nie obejrzał się na Góry. Mgły. Był sam. Musiał być sam. Gdyby poszukał u kogoś wsparcia, moment emocjonalnego załamania mógłby wrócić doń echem w Shayol Ghul. Podczas Ostatniej Bitwy nie będzie mógł liczyć na nikogo prócz siebie.
Obowiązek. Ile gór ma dźwigać na ramionach jeden człowiek?
Wnętrze dworu wciąż pachniało spalenizną. Lord Tellaen nieśmiało – lecz dość wytrwale – uskarżał się na pożar, póki Rand nie zaoferował mu finansowego zadośćuczynienia, mimo iż bańka zła nie była przecież jego winą. A może jednak? Ta’veren wywoływał w otaczającym go świecie różne dziwne skutki, począwszy od tego, że ludzie w jego obecności mówili rzeczy, których nigdy nie powiedzieliby w normalnych okolicznościach, a skończywszy na przysięgach wierności ze strony tych, którzy się wahali. Był soczewką ogniskującą kłopoty, do których zapewne należało zaliczyć bąble zła. I choć nie z własnej woli stał się tą soczewką, to z własnej woli zamieszkał we dworze.
Tak czy siak, Tellaen otrzymał swoją rekompensatę. Były to zresztą zupełne grosze w porównaniu z tym, co Rand wydawał na aprowizację Arad Doman i innych obszarów dotkniętych rozmaitymi klęskami. Jego rządcy obawiali się, że jeżeli pieniądze będą się dalej rozchodziły w tym tempie, wkrótce wyczerpią się jego aktywa w Illian, Łzie i Cairhien. Nie powiedział im, że go to nie interesuje.
Doprowadzi świat do Ostatniej Bitwy.
„I nie zostawisz po sobie żadnego innego dziedzictwa niż to?” – wyszeptał głos w głębi jego głowy. Tym razem nie był to Lews Therin, lecz jego własna myśl, nieśmiałe echo tej części jego samego, za której namową ufundował szkoły w Cairhien i Andorze. „Chcesz przeżyć swoją śmierć? Chcesz zostawić tych wszystkich, którzy poszli za tobą na pastwę wojny, głodu i chaosu? Będziesz się karmił tylko zniszczeniem?”.
Rand pokręcił głową. Przecież nie mógł uratować wszystkiego! Był tylko człowiekiem. Snucie planów na czas po Ostatniej Bitwie było głupotą. Nie mógł się przejmować losem całego świata, naprawdę nie mógł. Straciłby z pola widzenia główny cel.
„A na czym polega ten cel?” – dopytywał się tamten głos „Chodzi o to, żeby przeżyć czy żeby żyć pełnią życia? Kładziesz podwaliny pod kolejne Pęknięcie, czy pod Wiek Legend?”.
Na te pytania nie znalazł odpowiedzi. Tymczasem w jego głowie obudził się Lews Therin i zaczął niezrozumiale mamrotać. Rand wspiął się po schodach wiodących na piętro. Światłości, ależ był zmęczony.
Co takiego powiedział szaleniec? Kiedy zapieczętował Sztolnię tak, że stała się więzieniem Czarnego, użył do tego celu wyłącznie saidina. Postąpił tak dlatego, że wiele Aes Sedai z jego epoki zwróciło się przeciwko niemu i miał do dyspozycji tylko Stu Towarzyszy – najpotężniejszych Aes Sedai mężczyzn swoich czasów. Żadnych kobiet. Kobiety Aes Sedai uznały jego plan za zbyt ryzykowny.
Myśl ta wprawiła go w przedziwny stan. Czuł się tak, jakby niemal potrafił sobie przypomnieć tamte wydarzenia – nie tyle ich tok, co gniew, desperację, decyzję. Czy pomyłka nie mogła więc sprowadzać się do tego, że wykorzystano wyłącznie męską połowę Jedynej Mocy, a z kobiecej zrezygnowano? Może właśnie dzięki temu powiódł się kontratak Czarnego i będące jego skutkiem skażenie saidina, a w dalszej kolejności szaleństwo Lewsa Therina i tych spośród Stu Towarzyszy, którzy ocaleli?
Czy odpowiedź mogła być tak prosta? Jak wiele Aes Sedai będzie potrzebnych? Czy w ogóle będzie ich potrzebował? Wiele Mądrych potrafiło przenosić. Nie, z pewnością musiało chodzić o coś więcej.
Była taka gra, w którą grywały dzieci, nazywała się Węże i Lisy. Mawiano, że można w nią wygrać tylko łamiąc reguły. Może więc wdrożyć ten drugi plan? Może złamać reguły i zabić Czarnego? Czy ktokolwiek w ogóle ma prawo snuć tak śmiałe plany, nawet jeśli jest Smokiem Odrodzonym?
Przeszedł po skrzypiącej podłodze korytarza i pchnął drzwi do – swego pokoju. Min spoczywała wsparta na poduszkach na łożu z drewnianych bali, odziana w swoje haftowane zielone spodnie i lnianą koszulę, przeglądając przy świetle lampy kolejną książkę. Podstarzała służąca krzątała się po pomieszczeniu, sprzątając naczynia pozostałe po kolacji. Rand ściągnął kaftan, westchnął pod nosem i rozluźnił rękę.
Przysiadł na brzegu łóżka, a Min odłożyła książkę zatytułowaną Wszechstronne omówienie reliktów sprzed Pęknięcia. Usiadła i jedną dłonią rozmasowała mu kark. Służąca szybko zebrała naczynia, po czym ukłoniła się przepraszająco i umieściła je w swym koszyku.
– Za wiele od siebie wymagasz, pasterzu – powiedziała Min.
– Nie mogę inaczej.
Mocno uszczypnęła go w kark, aż jęknął i zamrugał oczami.
– Możesz – sprzeciwiła się, szepcząc mu wprost do ucha. – Nie słuchałeś tego, co mówiłam? Jaki z ciebie będzie pożytek, jeśli sam się wykończysz przed nadejściem Ostatniej Bitwy? Światłości, Rand, od miesięcy nie słyszałam, żebyś się śmiał!