Выбрать главу

Rand dusił coraz mocniej, pochylił się, żeby złapać lepszy uchwyt, czuł, jak jego palce kaleczą skórę Min, wbijają się w gardło. Czuł się tak, jakby trzymał w dłoniach własne serce, świat wokół zasnuwał mrok, nie widział już nic oprócz Min. Pod palcami tętnił jej puls.

Piękne czarne oczy wpatrywały się w niego z miłością, choć właśnie ją zabijał.

„To się nie dzieje naprawdę”.

„Zabiłem ją!”.

„Jestem szalony!”.

„Illyeno!”.

Musi być jakieś wyjście! Musi! Rand chciał zamknąć jej oczy, ale nie mógł. Wiedział, że by mu nie pozwoliła – nie Semirhage, lecz sama Min. Więc tylko patrzył w nie, łzy spływały jej po policzkach, jej piękne loki były stargane. Taka piękna.

Rozpaczliwie sięgał po saidina, ale nie potrafił go pochwycić. Resztkami woli, jakie mu pozostały, próbował rozluźnić palce, lecz one tylko zacisnęły się mocniej. Czuł grozę, czuł jej ból. Twarz Min spurpurowiała, zatrzepotały powieki.

Rand zawył.

„To się nie dzieje naprawdę! Nie zrobię tego po raz drugi!”.

Coś w nim pękło. Ostygły emocje, zastąpił je chłód, który po chwili również zniknął, i teraz nie czuł nic. Żadnych uczuć. Żadnego gniewu.

W tym momencie zdał sobie sprawę z istnienia dziwnej siły. Była niby niezmierzony ocean, kipiący i wrzący tuż poza krawędzią pola widzenia. Sięgnął ku niej myślą.

Przed oczyma mignęło mu zamazane oblicze, jakoś nie potrafił skupić spojrzenia na rysach twarzy. Po chwili obraz zniknął.

Randa przepełniła obca moc. Nie był to saidin, nie był to saidar, lecz coś całkiem innego. Coś, z czego istnienia dotąd nie zdawał sobie sprawy.

„Och, Światłości!” – krzyknął znienacka Lews Therin. „To niemożliwe! Nie możemy się nią posługiwać! Odrzuć ją! Trzymamy w rękach śmierć, śmierć i zdradę. To on”.

Klęczący nad ciałem ukochanej Rand przeniósł tę dziwną, nieznaną moc. Wypełniły go siła i życie, strumień przypominający saidina, tyle że dziesięć razy słodszy i sto razy bardziej gwałtowny. Poczuł, że żyje naprawdę, zrozumiał, że nigdy dotąd nie żył. Moc przyniosła potęgę, której rozmiarów nigdy nawet sobie nie wyobrażał. Zdała mu się większa nawet od tej, którą dzierżył, czerpiąc z Choedan Kal.

Krzyknął, tak z ekstatycznej radości, jak z gniewu, splótł potworne dzidy Ognia i Powietrza. Chlasnął nimi obrożę na swej szyi, a pokój eksplodował płomieniami i odłamkami stopionego metalu, z których żaden nie trafił w niego. Zdawał sobie sprawę z istnienia każdej kropli płynnej substancji, czuł, jak powietrze drży od ich żaru, widział warkocze dymu, który ciągnęły za sobą, nim uderzyły w podłogę lub ściany. Otworzył oczy i puścił Min. Z urywanym westchnieniem wciągnęła powietrze do płuc, załkała.

Rand podniósł się i odwrócił. W jego żyłach płynęła rozpalona do białości lawa – poniekąd czuł się tak jak wtedy, gdy Semirhage go torturowała, jednak jakimś sposobem emocje towarzyszące temu odczuciu były odwrotne. Ból łączył się w nim z najczystszą ekstazą.

Semirhage jeszcze nie otrząsnęła się z przeżytego wstrząsu.

– Ale… to niemożliwe… – wyjąkała. – Nic nie czuję. Nie możesz… – Wreszcie uniosła wzrok, spojrzała na niego rozszerzonymi oczami. – Prawdziwa Moc. Dlaczego mnie zdradziłeś, Wielki Władco? Dlaczego?

Rand uniósł dłoń i z mocy, której nie pojmował, utkał pojedynczy splot. Pręga idealnie białego, oczyszczającego światła wytrysnęła z jego dłoni i trafiła Semirhage w pierś. Jej postać rozbłysła na moment, a potem zniknęła, zostawiając w oczach Randa leciutki powidok. Pusta bransoleta spadła na podłogę.

Elza rzuciła się ku drzwiom. Zanim do nich dotarła, sięgnęła jej kolejna pręga światła – jej sylwetka na chwilę rozbłysła, a potem już jej nie było. Druga bransoleta stuknęła o podłogę – ich krótkotrwałe właścicielki zostały całkowicie wypalone z Wzoru.

„Cóżeś uczynił?” – zawył Lews Therin. „Och, Światłości. Lepiej było raz jeszcze zabić, niż to zrobić… Och, Światłości. Już po nas”. Rand jeszcze przez krótką chwilę rozkoszował się doznaniem mocy, a potem – z żalem – wypuścił ją. Dzierżyłby ją dłużej, gdyby nie był tak wyczerpany. Kiedy odeszła, zostawiła po sobie odrętwienie.

Albo… nie. Odrętwienie nie miało nic wspólnego z mocą, której dane mu było posmakować. Odwrócił się, spojrzał na Min, która masowała gardło i cicho kaszlała. Uniosła spojrzenie, w jej oczach dojrzał cień lęku. Wątpił, aby kiedykolwiek była w stanie spojrzeć na niego jak dawniej.

Mylił się – było coś, co Semirhage mogła mu zrobić. Poczuł, jak to jest mordować kogoś, kogo kocha się nad życie. Tamta zbrodnia sprzed lat, kiedy jako Lews Therin zamordował Illyenę, popełniona została w szaleństwie uniemożliwiającym panowanie nad sobą. Zrozumiał, co zrobił dopiero wtedy, gdy Ishamael go Uzdrowił.

Teraz znał to uczucie w najdrobniejszych szczegółach.

– Stało się – szepnął Rand.

– Co? – zapytała Min i zaniosła się kaszlem.

– Ostatnia rzecz, jaką mogli mi zrobić – odparł, zdumiony spokojem, jaki panował w jego wnętrzu. – Dziś odebrali mi wszystko.

– O czym ty mówisz, Rand? – dopytywała się Min. Znowu spróbowała rozmasować gardło. Na skórze powoli wykwitały siniaki.

Pokręcił głową, słysząc – w końcu – czyjeś głosy na korytarzu. Może Asha’mani wyczuli, jak przenosił, torturując Min.

– Dokonałem wyboru, Min – poinformował ją, patrząc na drzwi. – Prosiłaś mnie o nieco lekkości i śmiechu, lecz we mnie nie ma już żadnej z tych rzeczy. Przykro mi.

Kiedyś, jakiś tydzień temu, postanowił, że stanie się silniejszy – był żelazem, chciał zostać stalą. Najwyraźniej stal okazała się zbyt słaba.

Teraz będzie jeszcze twardszy. Już wszystko pojął. Tam, gdzie przedtem była stal, jej miejsce zajmie coś innego. Odtąd będzie niczym cuendillar. Znalazł się w miejscu przypominającym pustkę, której kiedyś, tak dawno temu uczył go poszukiwać Tam. Lecz w tej pustce nie było żadnych uczuć. Żadnych.

Nie złamią go, nawet nie drasną.

Dokonało się.

23.

Zmarszczki w powietrzu.

– Co z siostrami, które pilnowały jej celi? – zapytała Cadsuane, wchodząc wraz z Merise po drewnianych stopniach schodów.

– Na szczęście Corele i Nesune żyją, choć wciąż są bardzo słabe – odrzekła Merise, unosząc suknię, żeby móc iść szybciej. Za nimi szedł Narishma, dzwoneczki zdobiące końce jego warkoczy cicho dźwięczały. – Daigian zginęła. Nie mamy pojęcia, dlaczego te dwie pozostawiono przy życiu.

– Strażnicy – stwierdziła Cadsuane. – Zabij Aes Sedai, a jej Strażnik natychmiast się o tym dowie… zaraz byśmy się zorientowały, że coś jest nie w porządku. – Strażnicy i tak powinni coś poczuć, trzeba będzie ich o to wypytać. Zapewne jakiś związek da się znaleźć.

Daigian nie miała Strażnika. Na myśl o miłej siostrze Cadsuane poczuła ukłucie żalu, lecz natychmiast odepchnęła je od siebie. Nie było na to czasu.

– Tamte dwie zostały wprawione w jakiś rodzaj transu – wyjaśniła Merise. – Nie znalazłam żadnych resztek splotów, Narishma też nie. Odkryłyśmy ciała sióstr na moment przed tym, jak rozbrzmiał alarm, a po upewnieniu się, źe al’Thor żyje, a nasi wrogowie już nam nie zagrażają, natychmiast poszłyśmy po ciebie.

Cadsuane potrząsnęła głową z niedowierzaniem. Ze wszystkich nocy musiała akurat tę wybrać na odwiedziny u Mądrych w ich namiotach! Teraz Sorilea w towarzystwie niewielkiej grupki Mądrych śpieszyła tuż za Narishmą, a Cadsuane wolała nie zwalniać, w obawie, że tamte, chcąc natychmiast zobaczyć al’Thora, mogą ją stratować.