Dotarły do szczytu schodów, a potem szybko pokonały fragment korytarza wiodący do pokoju al’Thora. Jakim sposobem ten chłopak znowu wpakował się w takie kłopoty? I kto uwolnił Przeklętą z jej celi? Ktoś musiał jej pomóc, oznaczało to jednak, że w obozie był Sprzymierzeniec Ciemności. Nie było to aż takie niesłychane – jeżeli Sprzymierzeńcy Ciemności potrafili się zagnieździć w Białej Wieży, bez wątpienia da się ich znaleźć również tutaj. Jakiż jednak Sprzymierzeniec Ciemności byłby w stanie obezwładnić trzy Aes Sedai? Ilość Mocy potrzebnej do takiego wyczynu z pewnością nie mogła ujść uwagi Asha’manom w całym obozie.
– Posłużyli się naparem? – zapytała cicho Cadsuane, zwracając się do Merise.
– Nic na to nie wskazuje – odparła Zielona siostra. – Dowiemy się więcej, kiedy się obudzą. Straciły przytomność, gdy tylko wytrąciłyśmy je z transu.
Cadsuane pokiwała głową. Drzwi do pokoju al’Thora były otwarte, przed nimi kręciły się Panny Włóczni niczym osy, które właśnie odkryły, że ich gniazdo zniknęło. Cadsuane jakoś nie potrafiła ich winić. Najwyraźniej al’Thor nie miał ochoty opowiadać o tym, co się stało. Głupi chłopak miał szczęście, że udało mu się wyjść cało!
„Niech Światłość przeklnie ten bałagan” – pomyślała Cadsuane, mijając Panny i wchodząc do pokoju.
Aes Sedai skupione w niewielką grupkę pod przeciwległą ścianą rozmawiały o czymś cicho. Sarene, Erian, Beldeine – czyli wszystkie w obozie, które jeszcze żyły lub były w stanie ustać na nogach. Z wyjątkiem Elzy. Gdzie była Elza?
Na widok Cadsuane wszystkie trzy skinęły głowami, lecz ona ledwie zaszczyciła je spojrzeniem. Min siedziała na łóżku, masując szyję, oczy miała przekrwione, krótkie włosy w nieładzie, twarz bladą. AI’Thor stał przy otwartym oknie, patrząc w noc. Kurczowo ściskał kikut ręki. Jego pognieciony kaftan walał się po podłodze, na sobie miał tylko białą koszulę, którą wydymał zimny wiatr, targający też jego włosy.
Cadsuane potoczyła wzrokiem po pomieszczeniu, za jej plecami, w korytarzu Mądre przystąpity do indagowania Panien.
– I cóż? – zapytała Cadsuane. – Co się stało?
Min uniosła wzrok. Na szyi miała czerwone znamiona, pierwsze oznaki sińców. Rand nawet się nie odwrócił od okna.
„Bezczelny chłopak” – pomyślała Cadsuane, dając jeszcze kilka kroków w głąb pokoju.
– Odezwij się, chłopcze! – rozkazała. – Musimy wiedzieć, czy obóz nie jest w niebezpieczeństwie.
– Wszelkie niebezpieczeństwo zostało już zażegnane – rzekł cicho.
Coś w jego głosie sprawiło, że się zawahała. Oczekiwała po nim gniewu, może triumfalnego zadowolenia. A przynajmniej zmęczenia. Zamiast tego w tonie głosu usłyszała tylko chłód.
– Wyjaśnisz mi, co to wszystko znaczy? – dopytywała się dalej Cadsuane.
W końcu odwrócił się i spojrzał na nią. Mimowolnie cofnęła się o krok, choć nie potrafiłaby wytłumaczyć dlaczego. Przecież to wciąż ten sam głupi chłopak. Zbyt wysoki, zbyt pewny siebie i zbyt uparty. Lecz teraz emanował jakimś dziwnym spokojem, któremu wszakże towarzyszyło mroczne tchnienie. To był spokój człowieka skazanego na śmierć na moment, zanim wstąpi na szafot.
– Narishmo – powiedział Rand, spoglądając za plecy Cadsuane – chciałbym ci pokazać pewien splot. Naucz się go na pamięć i zapamiętaj dobrze, ponieważ nigdy więcej ci go nie zademonstruję. – I z tymi słowy al’Thor wyciągnął dłoń i spomiędzy palców trysnęła pręga białego światła i trafiła w leżący na podłodze kaftan. Ten zniknął w krótkim rozbłysku światła.
Cadsuane syknęła przez zęby.
– Mówiłam ci, żebyś nigdy nie używał tego splotu, chłopcze! I nigdy więcej go nie użyjesz. Słyszysz! To nie…
– To splot, którym musimy się posługiwać, walcząc z Przeklętymi, Narishmo – rzekł al’Thor, bezceremonialnie wchodząc w słowo Cadsuane. – Zabici w inny sposób, zawsze mogą się odrodzić. To faktycznie niebezpieczne narzędzie, lecz przecież tylko narzędzie. Jak każde inne.
– To jest zakazane – powiedziała Cadsuane.
– Postanowiłem, że odtąd już nie – spokojnie rzekł al’Thor.
– Nie masz pojęcia, jakie są skutki używania tego splotu! Jesteś dzieckiem bawiącym się…
– Widziałem miasta zniszczone przez ogień stosu – wyjaśnił al’Thor, a w jego oczach zamigotał dziwny blask. – Widziałem tysiące istnień wypalonych z Wzoru przez oczyszczający płomień. Jeżeli mnie nazywasz dzieckiem, Cadsuane, wobec tego jak mam zwracać się do was, którzy jesteście tysiące lat ode mnie młodsi?
Spojrzał jej prosto w oczy.
Światłości! Co się z nim stało? Z wysiłkiem spróbowała pozbierać myśli.
– A więc Semirhage nie żyje?
– Gorzej – odparł al’Thor. – Choć z drugiej strony można rzec, że pod wieloma względami znacznie lepiej.
– Cóż, wobec tego możemy, jak sądzę, przystąpić do…
– Poznajesz to, Cadsuane? – przerwał jej al’Thor, skinieniem głowy wskazując metaliczny przedmiot leżący na łóżku, niemal całkiem przykryty pościelą.
Z wahaniem podeszła bliżej. Sorilea przyglądała się jej z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wyraźnie nie miała ochoty brać udziału w rozmowie z tak usposobionym al’Thorem. Cadsuane nie mogła jej winić.
Podeszła do łóżka i odsunęła pościel, odsłaniając znaną jej parę bransolet. Obroży nie było.
– Niemożliwe – szepnęła.
– Tak właśnie zakładałem – rzekł al’Thor tym swoim przerażająco spokojnym głosem. – Przekonywałem samego siebie, że żadną miarą nie może być to jeden z tych ter’angreali, które przekazałem tobie. Obiecałaś, że zostaną ukryte w bezpiecznym miejscu.
– No cóż – powiedziała Cadsuane z całkowitym spokojem. Zakryła leżące na łóżku szczątki. – Sprawa jest więc załatwiona.
– Zaiste. Wysłałem ludzi do twego pokoju. Powiedz mi, czy to w tej szkatułce trzymałaś bransolety? Znaleźliśmy ją otwartą i leżącą na podłodze twojego pokoju.
Któraś z Panien podsunęła znajomą dębową szkatułkę. Bez wątpienia była to ta sama. Cadsuane zareagowała gniewem:
– Przeszukałeś mój pokój!
– Nie miałem pojęcia, że udałaś się w odwiedziny do Mądrych – stwierdził al’Thor. Mówiąc te słowa, nieznacznym, lecz pełnym szacunku skinieniem głowy pozdrowił Sorileę oraz Amys, na co one po chwili wahania zareagowały identycznymi gestami. – Posłałem służących, żeby sprawdzili, czy Semirhage nie dokonała pomsty na tobie.
– Nie powinni tego dotykać – upierała się Cadsuane, wyjmując szkatułkę z rąk Panny. – Była zabezpieczona misternymi osłonami.
– Widocznie nie dość misternymi – odparł al’Thor, znowu odwracając się od niej. Wciąż nie ruszył się od okna, skąd mierzył teraz spojrzeniem pogrążony w ciemnościach obóz.
W pokoju zapadła cisza. Narishma dopytywał zniżonym głosem o zdrowie Min, lecz umilkł, gdy al’Thor przestał mówić. Rand najwyraźniej uważał, że Cadsuane ponosi pełną odpowiedzialność za to, że a’dam wpadła w niepowołane ręce, lecz przecież to był absurd. Zabezpieczyła je najlepszymi splotami, jakie znała, któż jednak mógł wiedzieć, jaką wiedzę może mieć Przeklęta?
W jaki sposób al’Thor ocalał? I co się stało z resztą zawartości szkatułki? Czy klucz dostępu albo statuetka były teraz w posiadaniu al’Thora, czy zabrała je Semirhage? Czy Cadsuane ośmieli się zapytać? Tymczasem cisza się przedłużała.
– Czego tak stoisz? – zapytała w końcu, mobilizując całą brawurę, na jaką było ją stać. – Oczekujesz ode mnie przeprosin?
– Od ciebie? – zdziwił się al’Thor. W jego głosie nie było jednak ironii, lecz tylko wciąż ta sama beznamiętność. – Nie, podejrzewam, że prędzej doczekałbym się przeprosin od kamienia niż od ciebie.