– Wobec tego…
– Masz mi zejść z oczu, Cadsuane – rzekł cicho. – Jeżeli, licząc od dzisiejszej nocy, jeszcze kiedyś zobaczę twoją twarz, zabiję cię.
– Rand, nie! – zawołała Min, podnosząc się. Nawet na nią nie spojrzał.
Cadsuane poczuła chwilowe ukłucie paniki, ale zlekceważyła je, podobnie jak narastający w niej gniew.
– Co takiego? – zapytała wzburzona. – To jakieś głupoty, chłopcze. Ja…
Spojrzał na nią i ponownie w jego wzroku było coś takiego, że słowa zamarły na jej ustach. To była groźba, ciemny błysk w oczach, który napełnił ją lękiem większym niż ten, na który, jak sądziła, stać było jej stare serce. Kiedy mu się przyglądała, powietrze wokół niego zdawało się marszczyć, a z kątów pokoju wyzierała ciemność.
– Ale… – Zaczęła się jąkać. – Ale przecież nie zabijasz kobiet. Wszyscy o tym wiedzą. Nawet nie potrafisz posłać Panien Włóczni w prawdziwy bój, ponieważ boisz się, że coś im się stanie!
– Z tej akurat cechy mojego charakteru musiałem zrezygnować – powiedział al’Thor. – Dzisiaj.
– Ale…
– Cadsuane – rzekł cicho – wyobrażasz sobie, że potrafiłbym cię zabić? Tu i teraz, nie używając miecza ani Jedynej Mocy? Wierzysz, że gdybym po prostu tego zechciał, Wzór ugiąłby się przed moją wolą i zatrzymał ci serce? Przez… przypadek?
Nie tak objawiała się natura ta’veren. Światłości! Nie tak… A może? Nie mógł naginać samego Wzoru do swej woli, prawda?
A jednak, kiedy tak patrzyła w jego oczy, uwierzyła. Wbrew wszelkiej logice. Wystarczyło, że spojrzała mu w oczy i wiedziała, że jeśli nie wyjedzie, umrze.
Skinęła głową, pełna nienawiści do siebie samej i znienacka dziwnie osłabiona.
Oderwał od niej spojrzenie i znowu popatrzył przez okno.
– Dopilnuj, żebym nie musiał oglądać twej twarzy. Nigdy, Cadsuane. Teraz możesz odejść.
Oszołomiona ruszyła do wyjścia – lecz wtedy kątem oka ujrzała głęboką ciemność emanującą z al’Thora, ciemność, która wciąż marszczyła wokół niego powietrze. Kiedy chciała się przyjrzeć uważniej, zjawisko zniknęło. Tylko zacisnęła zęby i wyszła.
– Zbierajcie się do drogi, szykujcie swoje armie – polecił al’Thor zgromadzonym, a jego głos echem dobijał się po pomieszczeniu, które właśnie opuściła Cadsuane. – Wyruszamy przed końcem tygodnia.
Już na korytarzu Cadsuane uniosła dłoń do czoła i oparła się o ścianę. Serce jej waliło, pociły się ręce. Jeszcze niedawno musiała zmagać się z upartym lecz dobrodusznym chłopakiem. A teraz ktoś zabrał tego dzieciaka i zastąpił go tym mężczyzną, najniebezpieczniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek w życiu przyszło jej spotkać. Mężczyzną, który z każdym dniem coraz bardziej się od nich oddalał.
W tym momencie nie miała zielonego pojęcia, co robić dalej.
24.
Nowa lojalność.
Gawyn zatrzymał Pretendenta na niskim wzgórzu i skierował wzrok ku północnemu wschodowi, gdzie w oddali majaczył masyw Tar Valon. W kościach czuł zmęczenie dwoma dniami wytężonej jazdy.
Okolica wokół powinna się już zielenić obietnicą wiosny, tymczasem zbocze, które przed chwilą pokonał, zaścielał dywan martwych łodyg jakiegoś zielska stłamszonych przez zimowe śniegi. Tu i ówdzie rosły krzaczaste kępy cisów i czarnodrzewu, łamiąc jednostajną, brązową monotonię krajobrazu. Przejeżdżając obok kilku z nich, widział świeże odrosty pniaków pozostałych po niedawno ściętych zagajnikach. Wokół było ich całkiem sporo. Obóz wojskowy pochłaniał drzewa niczym robak koślawiec, przerabiając na strzały, paliwo do ognisk, konstrukcje budowlane i machiny oblężnicze.
Gawyn ziewnął – nie oszczędzał się przez ostatnią noc. Teren pokrywała gęsta sieć polowych fortyfikacji Bryne’a, wokół których trwała bezustanna aktywność wojsk. Armia tej wielkości zawsze znajdowała się w stanie zorganizowanego chaosu, i to w najlepszym razie. Niewielki oddział kawalerii mógł się przemieszczać bez dodatkowego obciążenia, jak to było w przypadku Młodych Gawyna, jednak granicę liczebności takiej samodzielnej grupy operacyjnej stanowiło kilka tysięcy żołnierzy. Słyszał, że ludy słynące ze swej kawalerii, choćby Saldaeanie, radziły sobie z oddziałami liczącymi siedem czy osiem tysięcy ludzi, nie tracąc przy tym na mobilności.
Jednak siły, które miał u swych stóp były czymś zupełnie odmiennym. Pięćdziesięciotysięczna armia była niczym monstrualna istota rozpełzająca się na wszystkie strony na kształt bąbla puchnącego wokół znacznie mniejszego obozu w centrum, gdzie zapewne kwaterowały Aes Sedai. Poza tym wojska Bryne’a okupowały wszystkie miasta z mostami przez rzekę Erinin, skutecznie odcinając wyspę od dostaw z lądu.
Armia przycupnęła pod Tar Valon i przyglądała się miastu jak pająk motylowi krążącemu tuż nad jego siecią. Patrole opuszczające obóz mijały się z równie długimi formacjami wracającymi z prowiantem. Wszędzie wrzała gorączkowa aktywność łączników. Dziesiątki, setki oddziałów, konnych i pieszych. Od wschodu do właściwego obozu przytuliło się bezładne zbiorowisko szałasów i namiotów zajmowane przez ciury obozowe, które jak zawsze ciągnęły za armią. Niedaleko, lecz już w granicach obozu, leżał niewielki teren – o średnicy może jakichś pięćdziesięciu jardów – otoczony kręgiem wysokiej drewnianej palisady. Zapewne centrum dowodzenia.
Gawyn był pewny, że musiał zostać dostrzeżony przez zwiadowców Bryne’a, jednak jak dotąd nikt go nie zatrzymał. I zapewne nie zatrzyma, pod warunkiem wszakże, że nie zechce zawrócić. Samotny jeździec – nadto w prostym szarym płaszczu i spodniach oraz koszuli ozdobionej śnieżnobiałą koronką – nie mógł wzbudzić większego zainteresowania. Może najemnik szukający dla siebie miejsca w szeregach. Albo posłaniec od któregoś z lokalnych lordów ze skargą na zachowanie oddziału zwiadowców. Choć większość żołnierzy Bryne’a była jednolicie umundurowana, nie brakowało i takich, którzy nosili żółte opaski na rękawach zwykłych kaftanów; tych ludzi ewidentnie nie było stać nawet na naszycie prostych insygniów.
Nie, pojedynczy człowiek jadący na spotkanie armii nie stanowił dla niej żadnego zagrożenia. Alarm wszczęto by dopiero, gdyby próbował uciekać. Do obozu mógł zmierzać przyjaciel, wróg lub ktoś, kto nie był ani jednym, ani drugim. Ten, który najpierw obejrzał obóz, a potem usiłował uciec, nie mógł być nikim innym jak szpiegiem. Dopóki Gawyn nie zawróci, nie ukazawszy wpierw swych intencji, pikiety Bryne’a zapewne nie będą się nim interesować.
Światłości, jakże marzył o łóżku. W ciągu ostatnich dwóch nocy właściwie nie spał, pozwalając sobie na kilkugodzinne niespokojne drzemki otulony płaszczem. Czuł się zagubiony i zirytowany; po części złościł się na samego siebie za to, że strach przed pościgiem Młodych kazał mu omijać karczmy. Zamrugał załzawionymi oczami i wbił obcasy w boki Pretendenta, puszczając go w dół zbocza. Decyzja zapadła.
Nie. Decyzja zapadła w momencie, gdy po rozmowie ze Sleetem opuścił Dorlan. Młodzi zapewne wiedzieli już o zdradzie swego dowódcy. Sleete nie pozwoli im marnować czasu na daremne poszukiwania. Powie im, co wie. Czy będą zaskoczeni? Zapewne nie bardzo, co Gawyn z żalem musiał sam przed sobą przyznać, ponieważ zbyt dobrze pamiętał wrogie lub nierozumiejące spojrzenia, z jakimi spotykały się jego krytyczne uwagi na temat Elaidy i Aes Sedai.
Biała Wieża nie zrobiła nic, żeby sobie zasłużyć na jego wierność, a Młodzi… nieważne, nigdy już do nich nie wróci. Gryzło go to, ponieważ po raz pierwszy inni mieli zobaczyć jego niestałość. Nikt nie wiedział, że pomógł Siuan w ucieczce, na temat jego związku z Egwene nie krążyły żadne plotki.