Niemniej decyzja o wyjeździe była pod każdym względem słuszna. Po raz pierwszy od wielu miesięcy nie czuł rozdźwięku między swoimi uczuciami a podejmowanym działaniem. Uratować Egwene. To była sprawa, w którą mógł się zaangażować całym sercem.
Dotarł na skraj obozu, zachowując obojętny wyraz twarzy. Perspektywa kolaboracji ze zbuntowanymi Aes Sedai była mu równie nie w smak co wcześniejsza decyzja o porzuceniu własnych żołnierzy. Te buntowniczki nie były w niczym lepsze od Elaidy. W końcu to one zrobiły z Egwene marionetkową Amyrlin, to one wystawiły ją na cel. Egwene! Zwykła Przyjęta! Pionek. Jeżeli zamach na Wieżę się nie powiedzie, same zapewne wymigają się od kary. A Egwene czeka egzekucja.
„Dostanę się do Wieży” – myślał Gawyn. „Uratuję ją. Potem postaram się przemówić jej do rozumu i skłonić do zerwania z Aes Sedai. Może Bryne’a też uda mi się przekonać. Wrócimy do Andoru i wesprzemy Elayne”.
Poczuł ogarniającą go determinację, która po części przegnała zmęczenie. Żeby dotrzeć do centrum dowodzenia, musiał przejechać pośród taborów, gdzie kłębiła się druga, co najmniej równie liczna, armia. Kucharze, żeby wykarmić tysiące gąb. Kobiety, żeby miał kto podać jedzenie, a potem umyć naczynia. Wozacy, żeby jedzenie dotarło do głodnych. Kowale, żeby naprawiać wozy, na których się je dowozi. Kupcy kupujący jedzenie i kwatermistrze organizujący jego dostawy. A oprócz tego tłum handlarzy oferujących różne podejrzane towary i usługi, żeby zarobić na żołnierzach i uszczknąć nieco ich żołdu, jak też kobiety kierowane identycznymi dążeniami. Chłopcy na posyłki żyjący nadzieją wzięcia miecza do ręki.
Panował tu kompletny chaos. Bezładna zbieranina namiotów w przeróżnych kolorach i stylach oraz szałasów w różnych stadiach rozpadu składała się na nieporządne, tymczasowe miasto koczowników. Nawet generał tak kompetentny jak Bryne nie był w stanie narzucić tu porządku. Żołnierze mogli w mniejszym lub większym stopniu zadbać o spokój, lecz o wojskowej dyscyplinie nie było mowy.
Gawyn przejechał przez sam środek tego kramu, ignorując dobiegające zewsząd propozycje wypolerowania miecza do połysku lub zakupu słodkiej bułeczki. Ceny z pewnością nie były wygórowane – w końcu wszyscy tu żyli z żołnierzy – niemniej doskonale zdawał sobie sprawę, że rumak bojowy i lepsze ubranie czynią zeń w oczach otaczającego go tłumu oficera. Gdyby kupił coś u jednego, następni natychmiast zwietrzyliby zarobek i wkrótce nie mógłby się od nich opędzić.
Nie zwracał więc uwagi na nachalne głosy i patrząc przed siebie jechał ku właściwemu obozowi wojskowemu. Tam namioty stały w schludnych rzędach, zgrupowane według oddziału i sztandaru, choć niekiedy w zaskakująco małych formacjach. Nawet nie znając rozkładu obozu, Gawyn bez trudu się go domyślał. Bryne lubił mieć wszystko poukładane, lecz równocześnie bardzo wierzył w delegację zadań na podwładnych. Jego oficerowie z pewnością dostali wolną rękę przy urządzaniu swoich ludzi, czego skutkiem był obóz mniej zuniformizowany, ale za to lepiej zarządzany.
Zmierzał prosto ku palisadzie. Natarczywe zaczepki ciągnęły się za nim razem z zapachami kuchni, latryn, koni i tanich pachnideł. Tabory nie były tak zatłoczone jak miasto, lecz też nie były równie sprawnie zarządzane. Zapach potu mieszał się z wonią palonego drewna, w które wdzierały się smród zatęchłej wody i niemytych ciał. W pewnym momencie poczuł nieprzepartą ochotę przyłożenia chusteczki do ust, jednak jakoś się powstrzymał. To z pewnością ostatecznie dopełniłoby wizerunku zepsutego szlachcica, który z góry spogląda na pospólstwo.
Smród i natrętne okrzyki nie poprawiły mu nastroju nawet na jotę. Po jakimś czasie musiał zaciskać zęby, żeby kolejnych przekupniów nie traktować przekleństwami. W pewnym momencie na jego drodze wyrosła jakaś postać – ściągnął wodze. Kobieta miała na sobie brązową spódnicę i białą bluzkę, ręce pokrywał brud.
– Z drogi – warknął Gawyn.
Matka z pewnością rozzłościłaby się nie na żarty, słysząc, jak w gniewie przemawia do prostego człowieka. Lecz cóż, matka już nie żyła, a zabił ją al’Thor.
Stojąca przed nim kobieta uniosła wzrok, a potem odwróciła się, zeszła ze ścieżki i ruszyła szybko przed siebie. Miała jasne włosy przewiązane żółtą chustką i nieco zaokrągloną figurę. Gdy się odwracała, Gawyn zobaczył przelotnie jej twarz.
Zamarł. To było oblicze Aes Sedai! Niemożliwe do pomylenia z żadnym innym. Wstrząśnięty, osunął się w siodło, lecz kobieta tylko skryła twarz pod chustą i umknęła.
– Czekaj! – zawołał, skręcając konia. Ale tamta nawet nie przystanęła. Kiedy zobaczył, jak zajmuje miejsce w rzędzie praczek trudzących się nieopodal przy kilku drewnianych korytach, zawahał się i opuścił uniesioną rękę. Jeżeli Aes Sedai udawała prostą kobietę, to zapewne miała po temu jakieś swoje przeklęte powody i nie byłaby zadowolona, gdyby ją wydał. No i świetnie. Zdusił narastającą w nim irytację. Egwene. Trzeba się skupić na jednym. Egwene.
Przy palisadzie otaczającej stanowisko dowodzenia powietrze było znacznie lepsze. Palisady strzegła czwórka żołnierzy z halabardami przy bokach, lśniły stalowe hełmy i napierśniki ozdobione trzema gwiazdami Bryne’a. Za bramą powiewał sztandar z Płomieniem Tar Valon.
– Rekrut? – zapytał jeden z żołnierzy, gdy Gawyn podjechał bliżej. Potężnie zbudowany, miał na lewym ramieniu czerwoną belkę, co czyniło zeń sierżanta służby wartowniczej. Nie miał natomiast halabardy, tylko miecz przy boku. Napierśnik ledwie mieścił jego potężny tors, podbródek pokrywała szczecina rudych włosów. – Musisz iść do kapitana Aldana – wyjaśnił i odchrząknął. – Wielki niebieski namiot mniej więcej w ćwierć drogi wokół obozu. Lepiej jakbyś miał własnego konia i miecz. Dostaniesz dobry żołd. – Potem wskazał ręką jakiś odległy punkt gdzieś w obozie wojskowym, poza palisadą. Nic z tego. Sztandar Bryne’a stał tutaj.
– Nie jestem rekrutem – powiedział Gawyn, tak ustawiając Pretendenta, żeby mieć wszystkich czterech żołnierzy na widoku. – Nazywam się Gawyn Trakand. Muszę się natychmiast rozmówić z Garethem Bryne’em w sprawie niecierpiącej zwłoki.
Sierżant uniósł brew. Potem zaśmiał się pod nosem.
– Nie wierzysz – stwierdził Gawyn głosem bez wyrazu.
– Lepiej porozmawiaj z kapitanem Aldanem – powtórzył tamten leniwie, po raz drugi wskazując ręką w kierunku odległego namiotu.
Gawyn wciągnął długi oddech, znów próbując stłumić nawracającą irytację.
– Gdybyś tylko posłał po Bryne’a, przekonasz się, że…
– Chcesz sobie narobić kłopotów? – zapytał wartownik, sztywniejąc. Pozostali zacisnęli dłonie na drzewcach halabard.
– Żadnych kłopotów – spokojnie stwierdził Gawyn. – Muszę tylko…
– Kiedy zostaniesz żołnierzem naszej armii – wszedł mu w słowo żołnierz, dając krok naprzód – nauczysz się robić, co ci każą.
Gawyn spojrzał mu prosto w oczy.
– Świetnie. Możemy to załatwić w ten sposób. Zapewne tak będzie szybciej.
Sierżant położył dłoń na rękojeści miecza.
Gawyn uwolnił stopy ze strzemion i zeskoczył z siodła. Wiedział, że gdyby pozostał na grzbiecie Pretendenta, znacznie trudniej byłoby mu tamtego nie zabić. Gdy tylko jego stopy dotknęły ziemi, miecz opuścił pochwę z szelestem przypominającym odgłos wciąganego do płuc powietrza. Natychmiast przyjął formę zwaną Dębem Potrząsającym Gałęziami. Forma zasadniczo nie uwzględniała śmiertelnych ciosów, toteż mistrzowie często wykorzystywali ją podczas ćwiczeń z uczniami. Była również nadzwyczaj skuteczna przeciwko większej liczbie przeciwników wyposażonych w różnorodną broń.