Выбрать главу

– Dawno już nas opuściła – wyjaśnił Bryne. – Ale najwyraźniej powodzi jej się nieźle. – Zatrzymał się, spojrzał na Gawyna. – Chcesz powiedzieć, że nic nie wiesz?

– O czym mówisz?

– Cóż, plotkom nie można ufać bez zastrzeżeń – wyjaśnił Bryne. – Lecz wiele z nich udało mi się potwierdzić u Aes Sedai, które Podróżowały do Caemlyn celem zdobycia informacji. Twoja siostra zasiada na Tronie Lwa. Wygląda też na to, że w znacznej mierze udało jej się posprzątać bałagan zostawiony jej w spadku przez matkę.

Gawyn wziął głęboki oddech.

„Światłości dzięki” – pomyślał, przymykając oczy. Elayne żyła. Elayne utrzymała tron. Otworzył oczy, spojrzał w górę i na moment zaciągnięte chmurami niebo wydało mu się nieco jaśniejsze. Ruszył biegiem, by dogonić Bryne’a.

– Naprawdę nic nie wiesz – rzekł generał. – Gdzie ty się podziewałeś, chłopcze? Jesteś teraz Pierwszym Księciem Miecza, a przynajmniej będziesz, kiedy tylko wrócisz do Caemlyn! Twoje miejsce jest przy boku siostry.

– Najpierw Egwene.

– Złożyłeś przysięgę – surowo upomniał go Bryne. – W mojej obecności. Zapomniałeś?

– Nie – odparł Gawyn. – Skoro jednak Elayne zasiada na tronie, to znaczy, że jest już bezpieczna. Odbiję Egwene i zabiorę ze sobą do Caemlyn, gdzie będę miał ją na oku. Gdzie będę mógł mieć oko na obie.

Bryne prychnął.

– Chętnie bym popatrzył, jak sobie radzisz z tą pierwszą sprawą – zauważył. – Mniejsza o to, ja wciąż chciałbym usłyszeć odpowiedź na pytanie, czym się zajmowałeś, kiedy Elayne toczyła walkę o tron? Cóż mogło być ważniejszego niż poparcie siostry w batalii jej życia?

– Ja… uwikłałem się w coś – powiedział Gawyn, nie patrząc na swego dawnego mistrza.

– Uwikłałeś się? – zapytał Bryne. – Przecież byłeś w Białej Wieży, gdy to wszystko… – Urwał, zamilkł na dłuższą chwilę. Szli obok siebie w milczeniu.

– Gdzie podsłuchałeś te siostry, które mówiły o Egwene? – podjął wreszcie. – Skąd mogłeś wiedzieć, że ją biją?

Gawyn nie odpowiedział.

– Krew i krwawe popioły! – zaklął Bryne. Generał znany był z tego, że rzadko przeklinał. – Wiedziałem przecież, że człowiek dowodzący operacjami przeciwko mnie jest zbyt dobrze zorientowany. Ale nie przyszło mi do głowy nic innego, jak szukać przecieków we własnym sztabie!

– To już nieważne.

– O tym sam zdecyduję – stwierdził Bryne. – Zabijałeś moich żołnierzy. Dowodziłeś rajdami przeciwko mnie!

– Dowodziłem rajdami przeciwko buntowniczkom – sprostował Gawyn, patrząc na Bryne’a twardym wzrokiem. – Możesz mnie oskarżać o to, że przemocą wdarłem się do twojego obozu, ale czy naprawdę oczekujesz ode mnie poczucia winy za to, że wsparłem Białą Wieżę przeciwko siłom, które ją oblegały?

Bryne umilkł. Potem krótko skinął głową.

– Dobrze. Niemniej czyni cię to dowódcą wroga.

– Już nie, mówiłem – zapewnił go Gawyn. – Porzuciłem swój posterunek.

– Ale…

– Wspierałem Wieżę – powiedział Gawyn. – Skończyłem z tym. Nic z tego, co tu widziałem, nie dotrze do twoich wrogów. Przysięgam na Światłość.

Bryne czas jakiś zastanawiał się nad odpowiedzią. Tymczasem minęli okazałe namioty – zapewne siedziby oficerów wyższych rangą – i doszli do palisady.

– Dobrze – rzekł w końcu generał. – Ufam, że nie złamiesz danego słowa.

– Nigdy nie zlekceważyłbym takiej przysięgi – rzekł ochrypłym głosem Gawyn. – Jak mogłeś w ogóle pomyśleć inaczej?

– Ostatnimi czasy zdarzało mi się być świadkiem zupełnie niezrozumiałego łamania przysiąg – wyjaśnił cierpkim tonem Bryne. – Powiedziałem, że ci wierzę, chłopcze. I wierzę. Wciąż mi jednak nie wytłumaczyłeś, co cię trzymało z dala od Caemlyn.

– Egwene pozostawała w pieczy Aes Sedai – powiedział Gawyn. – Wedle wszelkiej mojej wiedzy, to samo dotyczyło Elayne. Byłem przekonany, że są u nich bezpieczne, choć już wtedy władza Elaidy budziła moje wątpliwości.

– A kim jest dla ciebie Egwene? – cicho zapytał Bryne.

Gawyn spojrzał mu prosto w oczy.

– Nie wiem – wyznał. – A bardzo chciałbym to wiedzieć.

Ku jego zdziwieniu Bryne zachichotał.

– Rozumiem. I szanuję twoje uczucia. Chodź, poszukajmy tej Aes Sedai.

– Naprawdę ją widziałem, Gareth’cie – oznajmił Gawyn, kiwając głową wartownikom stojącym przy bramie. Tamci zasalutowali Bryne’owi, lecz na Gawyna popatrzyli jak na czarnego żmijkąsacza. I trudno było im się dziwić.

– Zobaczymy, co uda nam się znaleźć – skwitował Bryne. – Jeżeli jednak mam ci załatwić audiencję u Aes Sedai, musisz mi najpierw obiecać, że niezależnie od jej wyniku wrócisz do Caemlyn. Zostaw Egwene nam. Twoje miejsce jest w Andorze.

– To samo można powiedzieć o tobie. – Gawyn objął wzrokiem rojne tabory. Gdzie się podziała ta kobieta?

– Można – ponuro zgodził się Bryne. – Lecz nie byłaby to prawda. Twoja matka już o to zadbała.

Gawyn zerknął na niego.

– Wysłała mnie na zieloną trawkę, Gawyn. Skazała na banicję pod groźbą utraty głowy.

– Niemożliwe!

Bryne spojrzał na niego ponuro.

– Początkowo zareagowałem identycznie. Ale tak właśnie się stało. Słowa, które wówczas od niej usłyszałem… zabolały mnie, Gawynie. Zabolały bardzo.

Bryne nie powiedział już nic więcej, lecz jak na niego, to i tak była prawdziwa przemowa. Gawyn nigdy dotąd nie słyszał, aby generał uskarżał się na swoje miejsce w hierarchii władzy. Zawsze był lojalny wobec Morgase – lojalny w sposób tak niezachwiany, o jakim władcy mogli tylko marzyć. Gawyn nigdy w życiu nie spotkał człowieka bardziej rzetelnego i mniej skłonnego do narzekania.

– Zapewne ktoś wplątał cię w sieć jakichś intryg – próbował wyjaśniać Gawyn. – Znałeś moją matkę. Nie skrzywdziłaby cię bez powodu.

Bryne pokręcił głową.

– Nie było innych powodów niż miłość do tego mydłka Gaebrila. Skutkiem jej zauroczenia była niemal ruina Andoru.

– Nigdy by nie dopuściła do czegoś takiego! – warknął Gawyn. – I to ty, Gareth’cie, powinieneś o tym wiedzieć najlepiej.

– Powinienem – powiedział Bryne, zniżając głos. – I co z tego?

– Musiały kierować nią jeszcze jakieś inne racje – upierał się Gawyn. Czuł, jak znów wzbiera w nim płomień gniewu. Kręcący się wokół nich handlarze popatrywali ostrożnie, ale żaden nie odezwał się słowem. Prawdopodobnie wiedzieli, że lepiej nie zaczepiać Bryne’a. – Choć już nigdy ich nie poznamy. Ponieważ ona nie żyje. Przeklęty al’Thor! Nie mogę się doczekać dnia, kiedy zmuszę go, aby odpowiedział za swoje zbrodnie.

Bryne spojrzał nań ostro.

– AI’Thor uratował Andor, synu. A przynajmniej zrobił dla nas, co mógł.

– Co ty opowiadasz? – zdumiał się Gawyn, rozkładając ręce. – Jak możesz w ten sposób mówić o tym potworze? On zabił moją matkę!

– Sam nie wiem, wierzyć tym plotkom czy nie wierzyć – wyznał Bryne, drapiąc się po podbródku. -Ale nawet gdyby okazały się prawdziwe, to może lepiej się stało. Dla Andoru. Nie masz pojęcia, jak źle to wszystko pod koniec wyglądało.

– Nie wierzę własnym uszom – rzekł Gawyn, kierując dłoń ku rękojeści miecza. – Nie pozwolę, aby w ten sposób plugawiono imię mojej matki, Bryne. Nie żartuję.

Bryne spojrzał mu prosto w oczy. W jego spojrzeniu było niewzruszone przekonanie. Jakby się zaglądało w samo serce granitowej skały.

– Ja nigdy nie kłamię, Gawynie. Niezależnie od tego, jakie mogłyby być konsekwencje i komu muszę powiedzieć prawdę prosto w oczy. Nie w smak ci te słowa? Cóż, nie było cię tam, nie musiałeś zmagać się z sytuacją. Z narzekania nic dobrego nie wynika. Ale jej syn powinien wiedzieć. Pod sam koniec, Gawynie, twoja matka wystąpiła przeciwko Andorowi i oddała wszystko Gaebrilowi. Nie było innego wyjścia: trzeba ją było zdetronizować. A skoro zrobił to za nas al’Thor, powinniśmy mu podziękować.