Выбрать главу

Gawyn kręcił głową, gniew i wstrząs walczyły w jego wnętrzu. Nie potrafił uwierzyć, że słyszy te słowa od Garetha Bryne’a.

– To nie są słowa odtrąconego kochanka – ciągnął dalej Bryne z twarzą zastygłą w nieruchomym grymasie, jakby ze wszystkich sił starał się odepchnąć od siebie targające nim uczucia. Mówił cicho do idącego obok Gawyna, a dekownicy z taborów omijali ich szerokim łukiem. – Potrafię zrozumieć, kiedy kobieta traci zainteresowanie dla dotychczasowego kochanka i przelewa swe uczucia na innego. Tak, mogę wybaczyć Morgase jako kobiecie. Ale Morgase królowej? Oddała królestwo we władanie temu wężowi. Swych zwolenników zamykała w ciemnicy i skazywała na chłostę. Pomieszało jej się w głowie. Czasami, kiedy ręka rannego żołnierza ulega zakażeniu, trzeba ją odciąć, żeby uratować jego życie. Cieszy mnie triumf Elayne i niełatwo mi przychodzą te słowa. Lecz powtarzam ci: porzuć tę nienawiść do al’Thora. To nie on był nieszczęściem dla królestwa. Była nim twoja matka.

Gawyn z całej siły zaciskał szczęki.

„Nigdy” – myślał. „Nigdy nie wybaczę al’Thorowi tego, co zrobił”.

– Twoje myśli odbijają się w twoich oczach – zauważył Bryne. – Lecz to tylko dodatkowy powód, abyś jak najszybciej wrócił do Andoru. Tam zrozumiesz. Jeżeli mi nie wierzysz, zapytaj siostrę. Posłuchaj, co ona ma do powiedzenia.

Gawyn niechętnie skinął głową. Dość już tego. Powoli zbliżali się do miejsca, gdzie widział tamtą kobietę. Z daleka objął wzrokiem rząd praczek i ruszył ku nim, przeciskając się między dwoma handlarzami, którzy sprzedawali jajka tuż przy śmierdzących klatkach pełnych kur.

– Tędy – rzekł, być może nieco zbyt ostrym tonem.

Nawet się nie obejrzał, żeby sprawdzić, czy Bryne idzie za nim.

Wkrótce jednak generał dogonił go i choć na jego twarzy próżno było szukać wyrazu szczególnego zadowolenia, to posłusznie maszerował, dotrzymując kroku. Lawirując w gęstym tłumie ludzi odzianych w brązy i brudne szarości, szybko dotarli do rzędu kobiet klęczących przed dwoma długimi drewnianymi korytami, przez które powoli płynęła woda. Przy odległym końcu instalacji stali mężczyźni nalewający wodę do koryt, kobiety prały w zbiorniku z mydlinami, a potem płukały rzeczy w czystej wodzie. Nic dziwnego, że ziemia wokół była taka mokra! No i przynajmniej gdzieś w końcu pachniało czystością.

Kobiety miały zakasane rękawy, a monotonne pranie na drewnianych tarkach przymocowanych do koryta umilały sobie niefrasobliwymi rozmowami. Wszystkie były ubrane w brązowe spódnice, identyczne jak ta, którą miała na sobie widziana wcześniej Aes Sedai. Gawyn machinalnie wsparł dłoń na rękojeści miecza, przyglądając się im od tyłu.

– Która to? – zapytał Bryne.

– Chwileczkę – odrzekł Gawyn.

Kobiet były dziesiątki. Zresztą on sam też zaczynał mieć wątpliwości: czy naprawdę widział to, co, jak mu się zdawało, widział? Co Aes Sedai robiłaby w takim miejscu, jakby już nie miała gdzie pójść? Z pewnością Elaida nie wysłałaby żadnej Aes Sedai na zwyczajne przeszpiegi; ich twarze zbytnio rzucały się w oczy.

Z drugiej strony, skoro tak łatwo było je rozpoznać, dlaczego teraz miał z tym taki kłopot?

I wtedy ją zobaczył. Jako jedna z niewielu nie plotkowała z sąsiadkami. Klęczała ze schyloną głową, jej twarz skrywała żółta chusta zawiązana na głowie, spod materiału zwisało kilka kosmyków jasnych włosów. Stanowiła obraz takiej pokory i uległości, że o mało jej nie przeoczył – zdradziła ją figura. Była dość pulchna jak na panujące tu warunki, a poza tym żadna inna nie miała na głowie żółtej chustki.

Gawyn ruszył wzdłuż rządku praczek. Kilka z nich się podniosło, wspierając ręce na biodrach i ostro wyjaśniając, że „rozpychający się łokciami żołnierze w wielkich buciorach” powinni się trzymać z dala od kobiet przy pracy. Nie zwracając uwagi na protesty, parł przed siebie, póki nie stanął obok kobiety w żółtej chustce.

„To jakieś szaleństwo” – myślał. „W całej historii Białej Wieży z pewnością nigdy nie było Aes Sedai, która potrafiłaby przyjąć tak pokorną postawę”.

Bryne stanął obok. Gawyn pochylił się, próbując przyjrzeć twarzy kobiety. Tamta pochyliła się jeszcze bardziej, z pozoru całkowicie pochłonięta wściekłym praniem koszuli na tarce koryta.

– Kobieto – zapytał Gawyn. – Mogę zobaczyć twoją twarz?

Nie odpowiedziała.

Gawyn zerknął na Bryne’a. Generał z wahaniem sięgnął w dół i odsunął chustkę z twarzy pulchnej kobiety. Oblicze, które zobaczyli, bez żadnych wątpliwości należało do Aes Sedai, wyraźnie widać na nim było ten brak śladu przeżytych lat. Nie podniosła wzroku. Dalej prała.

– Mówiłam, że się nie uda – zauważyła klęcząca niedaleko mocno zbudowana kobieta w przepastnej zielono-brązowej sukni. Powiedziawszy to, podniosła się i kołyszącym się krokiem ruszyła wzdłuż rzędu praczek w ich stronę. – Mówiłam jej: „moja pani, zrobisz, co zechcesz, przecież nie mogę odmówić komuś takiemu, jak ty, ale na pewno ktoś cię zobaczy”.

– Ty tu kierujesz praczkami… – zapytał, a właściwie stwierdził Bryne.

Wielka kobieta zdecydowanie pokiwała głową, aż zatańczyły okalające twarz rude loki.

– Zaiste, kieruję, panie generale. – Odwróciła się ku Aes Sedai i ukłoniła. – Ostrzegałam cię, lady Tagren. Niech mnie Światłość spali, jeśli nie ostrzegałam. I teraz będę miała za swoje.

Kobieta, do której tamta zwróciła się imieniem Tagren, skłoniła głowę jeszcze niżej. Czy to łzy lśniły na jej policzkach? Czy to w ogóle możliwe? Co tu się działo?

– Moja pani – zaczął Bryne, kucając obok niej. – Czy jesteś Aes Sedai? Jeżeli tak, możesz mi wydać rozkaz, abym stąd natychmiast odszedł, co uczynię bez chwili wahania.

Niezły sposób podejścia do tej dziwnej sytuacji. Gdyby naprawdę była Aes Sedai, nie mogłaby skłamać.

– Nie jestem Aes Sedai – wyszeptała tamta.

Bryne uniósł wzrok, spojrzał na Gawyna, zmarszczył brwi. Jak należało rozumieć jej słowa? Aes Sedai nie mogły kłamać. Więc…

Kobieta powiedziała cicho:

– Mam na imię Shemerin. Byłam Aes Sedai, jeszcze niedawno. Lecz już nią nie jestem. Od kiedy… – Znowu spuściła wzrok. – Proszę. Zostawcie mnie w spokoju, abym pracowała w swej hańbie.

– Oczywiście – zgodził się Bryne. Po chwili jednak się zawahał. – Ale najpierw muszę cię zaprowadzić do sióstr w obozie. Obetną mi uszy, jeśli tego nie zrobię.

Kobieta – Shemerin – westchnęła, lecz posłusznie wstała.

– Chodźmy – zwrócił się Bryne do Gawyna. – Nie mam najmniejszych wątpliwości, że z tobą też zechcą się rozmówić. Najlepiej mieć to od razu za sobą.

25.

W ciemnościach.

Sheriam z wahaniem zajrzała do ciemnego namiotu, lecz jego wnętrze najwyraźniej było puste. Uśmiechnęła się z zadowoleniem i weszła, zasuwając za sobą klapy. Choć raz wszystko szło w miarę dobrze.

Nie mogła się powstrzymać i zawsze przed wejściem ukradkiem sprawdzała namiot, szukając tej, której jeszcze nie tak dawno zdarzało się czekać na nią w środku. Tej, której obecności nigdy nie była w stanie wyczuć, choć wydawało jej się, że powinna. Tak, Sheriam wciąż nie potrafiła bez drżenia wejść do swego namiotu i prawdopodobnie miną miesiące, zanim pozbędzie się tych lęków – choć ich bezpośrednia przyczyna już zniknęła i żadne widmo nie czyhało na nią w środku z całym repertuarem kar pod ręką.