Выбрать главу

Mały kwadratowy namiot był dość wysoki, żeby mogła się w nim wyprostować, pod jedną ścianą stała prycza, pod drugą kufer. Miejsca zostawało już tylko na biurko, które jednak ograniczyłoby przestrzeń do tego stopnia, że Sheriam miałaby trudności z poruszaniem. Poza tym całkiem przyzwoite biurko znajdowało się tuż obok, w nieużywanym namiocie Egwene.

Odzywały się głosy, żeby wolny namiot przekazać innej siostrze – choć każdego dnia docierał do obozu kolejny transport, większość sióstr wciąż musiała dzielić mieszkanie z innymi. Poza tym namiot Amyrlin miał poniekąd rangę symbolu. Póki istniała nadzieja na powrót Egwene, namiot powinien na nią czekać. W porządku utrzymywała go niepocieszona Chesa, którą Sheriam przyłapywała niekiedy na opłakiwaniu nieszczęścia swej pani. Cóż, choć spać w nim nie bardzo mogła, pod nieobecność Egwene jej namiot mógł służyć Sheriam. W końcu po Opiekunce Kronik oczekiwano, że zadba o sprawy swej Amyrlin.

Sheriam uśmiechnęła się powtórnie i usiadła na pryczy. Jeszcze niedawno jej życie było niekończącym się pasmem frustracji i bólu. Teraz wszystko się skończyło. Dzięki Romandzie. Cokolwiek Sheriam myślała w głębi ducha o tej głupiej kobiecie, to Romanda odpowiadała za wypłoszenie Halimy z obozu, a wraz z Halimą odeszły też udręki, których ta nie skąpiła Sheriam.

Ból powróci. Służba, którą dla siebie wybrała, nieodłącznie wiązała się z bólem i niekończącymi się karami. W końcu jakoś nauczyła się korzystać z krótkich chwil spokoju i cieszyć się nimi.

Niekiedy żałowała, że w odpowiednim czasie nie otworzyła ust i nie zadała wszystkich pytań. Lecz stało się, co się stało, i nie było już odwrotu. Zgodnie z obietnicą nowe koneksje przyniosły jej władzę.

Jednak nie ostrzeżono jej przed bólem. Żałowała, że nie wybrała Brązowych Ajah i nie zakopała się w jakiejś bibliotece, zrywając wszystkie kontakty z ludźmi. Rzeczywistość była inna. Zastanawianie się nad tym, co można było zrobić, nie miało najmniejszego sensu.

Westchnęła, ściągnęła suknię, a potem zmieniła bieliznę. Wszystko w całkowitych ciemnościach – świece i oliwa były rygorystycznie racjonowane, gdyż w obliczu nadciągających kłopotów z finansowaniem rebelii należało co się da oszczędzać na później.

Położyła się na pryczy i naciągnęła koc pod brodę. Nie była tak naiwna, żeby zadręczać się poczuciem winy w związku z tym, co robiła. Każda siostra w Białej Wieży starała się o lepszą pozycję w świecie – przecież o to w życiu chodzi! Nie było Aes Sedai, która nie zadałaby siostrze ciosu w plecy, jeśli mogło jej to przynieść korzyść. Przyjaciółki Sheriam były po prostu nieco bardziej… doświadczone w tych sprawach.

Dlaczego jednak akurat teraz musiał nadejść koniec czasu? Inne członkinie jej stowarzyszenia głośno rozwodziły się nad chwałą i honorem życia w nowej epoce, jednak Sheriam nie mogła się z nimi zgodzić. Przyłączyła się, aby zapewnić sobie awans w hierarchii politycznej Białej Wieży, aby móc zemścić się na tych, które się nad nią wynosiły. Nigdy nie chciała brać udziału w żadnej ostatecznej rozgrywce ze Smokiem Odrodzonym, a już pod żadnym pozorem nie chciała mieć nic wspólnego z Wybranymi!

Klamka zapadła. Najlepiej cieszyć się krótką chwilą wytchnienia od udręk cielesnych i od dętego moralizowania Egwene. Tak, zaiste…

I wtedy zorientowała się, że pod jej namiotem stoi kobieta dysponująca zdolnością przenoszenia Mocy. I niewiarygodnym potencjałem.

Sheriam otworzyła gwałtownie oczy. Potrafiła wyczuć obecność zdolnej do przenoszenia kobiety tak, jak potrafiła to każda inna siostra.

„Krwawe popioły!”, pomyślała w panice, zaciskając powieki. „Tylko nie to!”.

Klapy namiotu zafalowały. Sheriam otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą czarną jak smoła postać – sączącej się pomiędzy drżącymi klapami namiotu księżycowej poświaty było dość, żeby nakreślić na tle mroku jej kontur. Otulała ją nadnaturalna ciemność, za plecami powiewały fałdy czarnego materiału, oblicze krył najgłębszy cień. Sheriam jęknęła i zeskoczyła z pryczy, żeby pokłonić się jak najniżej, wtuliwszy czoło w płócienną podłogę namiotu. W środku ledwie starczyło miejsca, aby mogła uklęknąć. Skuliła się w tej pozie, oczekując ponownego spotkania z bólem.

– Ach… – westchnął zgrzytliwy głos. – Bardzo dobrze. Jesteś posłuszna. Cieszy mnie to.

To nie była Halima. Sheriam nigdy nie była w stanie wyczuć obecności Halimy, która, jak się okazało, posługiwała się wyłącznie saidinem. Poza tym Halima nigdy nie pojawiała się w tak… dramatyczny sposób.

Jaka Moc! Podejrzewała, że ma przed sobą którąś z Wybranych. Lub innego potężnego sługę Wielkiego Władcy zajmującego w hierarchii pozycję znacznie wyższą od Sheriam. Myśl ta przejęła ją mrozem do szpiku kości, zadrżała w kornej pozycji.

– Żyję po to, aby służyć, Wielka Pani – powiedziała szybko. – Ja, której dano łaskę kłaniania się u twych stóp, której pozwolono żyć w tych czasach, której…

– Przestań paplać – usłyszała Sheriam. – Jak rozumiem, zajmujesz prominentną pozycję w tym obozie?

– Tak, Wielka Pani – wyjaśniła Sheriam. – Jestem Opiekunką Kronik.

Postać parsknęła.

– Opiekunką wśród obszarpanej zgrai zbuntowanych rzekomych Aes Sedai. Ale to bez znaczenia. Potrzebuję cię.

– Żyję po to, aby służyć, Wielka Pani – powtórzyła Sheriam, z każdą chwilą coraz bardziej przestraszona. Czego ta istota mogła od niej chcieć?

– Egwene al’Vere. Ma zostać zdetronizowana.

– Co? – zapytała zaskoczona Sheriam. Prawie w tym samym momencie poczuła na plecach smagnięcie strumieniem Powietrza. Zabolało. Głupia! Przecież nie chce dać się zabić!

– Błagami o wybaczenie, Wielka Pani – dodała szybko. – Proszę, puść w niepamięć mój wybuch. Lecz to właśnie z rozkazu jednego z Wybranych pomogłam ją wynieść na Tron Amyrlin!

– Tak, lecz wybór ostatecznie okazał się niezbyt… właściwy. Potrzebujemy dziecka, a nie kobiety, która, jak się przypadkiem złożyło, ma oblicze dziecka. Musi zostać usunięta. Sprawisz, że ta grupka głupich buntowniczek przestanie ją popierać. Poza tym mają się skończyć te przeklęte spotkania w Tel’aran’rhiod. Jak to możliwe, żebyście w takiej masie potrafiły się tam dostać?

– Mamy ter’angreale – z wahaniem wyjaśniła Sheriam. – Kilka bursztynowych tabliczek, kilka żelaznych krążków. I jeszcze trochę pierścieni.

– Ach, krosna snów – rzekła postać. – Tak, te mogą się przydać. Ile ich jest?

Sheriam się zawahała. W pierwszym odruchu chciała skłamać lub uchylić się przed jednoznaczną odpowiedzią, ponieważ miała wrażenie, że informacje dotyczące tej sprawy mogą jej zapewnić przynajmniej niewielką przewagę nad złowrogą postacią. Ale okłamać jednego z Wybranych? Kiepski pomysł.

– Miałyśmy dwadzieścia – odrzekła w końcu, zgodnie z prawdą. – Jeden znajdował się w posiadaniu Leane, kobiety, którą pojmano wraz z Amyrlin. Więc zostało dziewiętnaście. – Wystarczająco dużo, żeby umożliwić spotkania z Egwene w Świecie Snów: po jednym na każdą Zasiadającą Komnaty i jeszcze jeden dla samej Sheriam.

– Tak – syknęła spowita ciemnością postać. – Zaiste, mogą się przydać. Ukradniesz krosna snów i oddasz je mnie. Ta zgraja nie ma żadnego interesu pętać się po miejscach, gdzie spacerują Wybrani.

– Ja… – Ukraść ter’angreale? Jak niby miała tego dokonać? – Żyję po to, aby służyć, Wielka Pani.

– Zaiste. Zrobisz, co ci kazano, i otrzymasz wielką nagrodę. Zawiedziesz mnie… – Postać przez chwilę się namyślała. – Masz trzy dni. Każde krosno snów, którego nie uda ci się zdobyć, będzie cię kosztowało palec u ręki lub nogi. – Wypowiedziawszy tę groźbę, Wybrana otworzyła bramę pośrodku namiotu, a potem zniknęła po drugiej stronie. Sheriam zdążyła zobaczyć tylko mgnienie znajomych korytarzy Białej Wieży.