Выбрать главу

– Rand al’Thor poradzi sobie ze swymi problemami – powiedziała, a tymczasem kolejna kropla spłynęła do cebrzyka.

– Skąd możesz wiedzieć?– nasrożyła się Min, spoglądając na nią. – Nie czujesz jego bólu?

– Czuję nieustannie – oznajmiła Aviendha przez zaciśnięte zęby. – Lecz musi stawić czoła własnym przeciwnościom, jak ja stawiam moim. Może nadejdzie kiedyś dzień, gdy jemu i mnie przyjdzie się zmierzyć ze wspólną próbą, lecz jeszcze nie teraz.

„Najpierw muszę stać się mu równą”, dodała w myślach. „Nie zajmę miejsca przy jego boku jako ta gorsza”.

Min nie odrywała od niej wzroku, na myśl o tym, jakie wizje mogą się pojawiać przed jej oczyma, Aviendhę przeszył dreszcz. Powiadano, że przepowiedziana przez nią przyszłość zawsze się sprawdzała.

– Nie jesteś taka, jak oczekiwałam – rzekła w końcu Min.

– Oszukałam cię? – zapytała Aviendha, marszcząc brwi.

– Nie, nie o to chodzi – zaoponowała Min i roześmiała się cicho. – Chciałam powiedzieć, że to ja pomyliłam się w stosunku do ciebie. Nie wiedziałam, co myśleć po tamtej nocy w Caemlyn, gdy… cóż, po tej nocy, gdy razem związałyśmy Randa więzią zobowiązań. Wydawało mi się, że powinnaś być mi bliższa i byłaś, a równocześnie zdawałaś mi się tak daleka. – Wzruszyła ramionami. – Chyba się spodziewałam, że zaraz po waszym przybyciu do obozu przyjdziesz się ze mną zobaczyć. Miałyśmy tyle rzeczy do omówienia. Zmartwiłam się, kiedy nie przyszłaś. Uznałam, że może cię czymś uraziłam.

– Nie masz wobec mnie żadnego toh -powiedziała Aviendha.

– To dobrze – odparła Min. – Choć wciąż czasami się martwię, że w końcu dojdzie między nami do… walki.

– A czemu niby miałaby służyć ta walka?

– Nie wiem – przyznała Min, wzruszając ramionami. – Wyobrażam sobie, że to się rozstrzygnie na sposób Aielów. Wyzwiesz mnie do honorowej walki. O niego.

Aviendha parsknęła.

– Walczyć o mężczyznę? Komu by coś takiego mogło w ogóle przyjść do głowy? Gdybyś miała wobec mnie toh, wówczas może domagałabym się, abyśmy zatańczyły włócznie… lecz najpierw musiałabyś być Panną. No i tylko wtedy, gdybym ja wciąż była Panną. Przypuszczam, że walczyłybyśmy na noże, ale nie byłaby to sprawiedliwa walka. Jakiż honor w walce z kimś, kto nie potrafi walczyć?

Min zarumieniła się, jakby Aviendha ją obraziła. Osobliwa reakcja.

– Nie wiem, o czym mówisz – powiedziała Min, dobywając noża z rękawa i przekładając go zręcznie między palcami. – Nie jestem aż taka bezbronna. – Nóż zniknął w drugim rękawie.

Dlaczego mieszkańcy mokradeł tak lubili popisywać się sztuczkami z nożem? Thom Merrilin też miał po temu skłonności. Czy Min nie pojmowała, że Aviendha potrafiłaby trzykrotnie poderżnąć gardło kobiecie w czasie, który zabierze jej żonglerka nożami w stylu ulicznego artysty? Jednak nie skomentowała jej słów. Min wyraźnie była dumna ze swych umiejętności, nie było potrzeby jej dalej zawstydzać.

– To nieistotne – powiedziała tylko, wracając do pracy. – Nie będę z tobą walczyć, póki mnie nie obrazisz śmiertelnie. Moja pierwsza siostra uważa cię za przyjaciółkę, ja będę postępować podobnie.

– W porządku – zgodziła się Min, splatając ramiona na piersiach i powracając do obserwacji Randa. – To znaczy, tak mi się wydaje. Muszę przyznać, że pomysł dzielenia się czymkolwiek nie bardzo jest mi w smak.

Aviendha zawahała się, potem zanurzyła palec w cebrzyku.

– Ani mnie. – A przynajmniej nie był jej w smak pomysł dzielenia się czymkolwiek z kobietą, której prawie nie znała.

– Wobec tego, co robimy?

– To co przedtem – stwierdziła Aviendha. – Ty masz, czego chciałaś, a ja zajmuję się innymi rzeczami. Kiedy sytuacja się zmieni, dowiesz się o tym.

– Bardzo… bezpośrednio powiedziane – zauważyła Min, wyglądając na zmieszaną. – Masz inne sprawy na głowie? Na przykład moczenie palca w wiadrze z wodą?

Tym razem to Aviendha się zarumieniła.

– Tak – odwarknęła. – Właśnie tak. Pozwolisz, że się oddalę. – Wstała i ruszyła szybkim krokiem przed siebie, zapominając o cebrzykach z wodą. Wiedziała, że nie powinna dać się ponieść emocjom, lecz było już za późno. Min, która wciąż robiła aluzje do jej kary. Własna bezradność wobec oczekiwań Mądrych. Rand al’Thor i jego bezustanne kłopoty, na które Aviendha nie potrafiła nic poradzić.

Miała tego dość. Przeszła przez zbrązowiały materac traw, w który zdążył się zmienić trawnik dworu, przez cały czas zaciskając pięści i pilnując, aby nie iść w stronę Randa. W takim dniu jak dzisiejszy z pewnością dostrzegłby jej pomarszczony od wody palec i zapytał gdzie go trzymała! Gdyby wyszło na jaw, jak Mądre z nią postępują, zapewne próbowałby interweniować w tej sprawie i wyszedłby na głupca. Mężczyźni tacy byli, a Rand al’Thor najbardziej ze wszystkich.

Szła po uginającym się gruncie, przyglądając kwadratowym odciskom, jakie namioty zostawiły na brązowej trawie, i omijając zajętych pracą mieszkańców mokradeł. Okrążyła szereg żołnierzy, którzy rzucali sobie z rąk do rąk worki z ziarnem; worki trafiały na wóz zaprzężony w parę koni pociągowych o wielkich kopytach.

Szła przed siebie, obawiając się, że za moment wybuchnie. Prawda była taka, że gotowa była uczynić coś równie „pochopnego” jak te wszystkie rzeczy, które robił Rand al’Thor. Dlaczego?

Dlaczego nie potrafiła pojąć, co robi źle? Pozostali Aielowie w obozie wydawali się w tej kwestii równie zbici z tropu, choć oczywiście nikt z nią nie rozmawiał na temat jej kar. Z czasów, kiedy była Panną, dobrze pamiętała tego rodzaju kary aplikowane innym i wówczas też uważała, że należy trzymać się z daleka od spraw Mądrych.

Obeszła wóz i wtedy okazało się, że zmierza prosto w stronę, gdzie stoi Rand al’Thor. Rozmawiał właśnie z trzema kwatermistrzami Davrama Bashere, których przewyższał o głowę. Jeden z nich, mężczyzna o długich czarnych wąsach, wskazywał właśnie rzędy końskie i coś przy tym tłumaczył. Rand tymczasem dostrzegł Aviendhę i jej pomachał, ona jednak nie wykonała żadnego gestu, tylko odwróciła się i powędrowała do obozowiska Aielów na północnym krańcu trawnika.

Zgrzytnęła zębami, próbując bez powodzenia opanować targający nią gniew. Czy nie ma prawa się złościć, bodaj tylko na samą siebie? Koniec świata nadchodzi, a ona całe dnie spędza na durnych karach! Dostrzegła przed sobą niewielką grupkę Mądrych – Amys, Bair i Melaine – stojącą obok stosu brązowych worków, w które zapakowano namioty. Ciasno związane, podłużne tobołki miały przymocowane paski, aby łatwiej było je nosić na ramieniu.

Aviendha wiedziała, że powinna wrócić do swych cebrzyków i zdwoić wysiłki. Lecz równocześnie wiedziała, że tego nie zrobi. Jak dziecko drażniące patykiem ostrokota, niepomna niczego, szła w kierunku Mądrych i gotowała się w środku.

– Aviendha? – powitała ją pytaniem Bair. – Twoja kara już dobiegła końca?

– Nie, nie dobiegła – odrzekła Aviendha, zatrzymując się przed nimi; ręce miała zwieszone po bokach, dłonie zaciśnięte w pięści. Wiatr szarpał połami jej koszuli, ale ani jej było w głowie doprowadzić się do porządku. Zajęci robotnicy obozowi, tak Aielowie, jak Saldaeanie, omijali grupę szerokim łukiem.

– No i? – dopytywała się Bair.

– Nie uczysz się dość szybko – dodała Amys, kręcąc białą jak mleko głową.

– Nie uczę się dość szybko? – powtórzyła Aviendha w formie pytania. – Nauczyłam się wszystkiego, czego kazałyście mi się nauczyć! Zapamiętałam każdą lekcję, powtórzyłam wszystkie fakty, wywiązałam się z każdego obowiązku. Odpowiedziałam na wszystkie wasze pytania i widziałam, jak za każdym razem kiwałyście z aprobatą głowami!