Druga ręka kończyła się kikutem. Kiedy po raz pierwszy Mat zobaczył go w takim stanie – a było to kilka tygodni temu – przeżył wstrząs. Gdzie Rand stracił rękę? Teraz przyjaciel zdawał mu się ledwie żywy, bezwładnie przytulony do ściany, nieruchomy. Choć jego wargi się poruszały, jakby coś mruczał albo mamrotał.
„Światłości!”, pomyślał Mat. „Żebyś sczezł, chłopie, coś ty ze sobą zrobił?”.
Dobrze chociaż, że jest daleko.
„Szczęście w nieszczęściu”, pocieszał się Mat. Ostatnimi czasy miał dość powodów do zmartwień, żeby dokładać do nich jeszcze towarzystwo Randa. Jasne, Rand był przyjacielem, jednak Mat za żadną cenę nie chciałby być blisko niego, gdy pogrąży się w szaleństwie i pozabija wszystkich wokół. Przyjaźń to jedno, a głupota to coś zupełnie innego. Staną w jednym szeregu podczas Ostatniej Bitwy, ponieważ inaczej być nie może. Jednak Mat nic nie mógł poradzić na to, że serce ciągnęło go do strony przeciwnej niż wszyscy dzierżący saidina szaleńcy.
– Ach, Rand – odezwał się Thom. – Ten chłopak mógłby zarabiać na życie jako bard, gwarantuję ci. Może nawet zyskałby autentyczną sławę, gdyby zaczął za młodu.
Mat pokręcił głową i wizja zniknęła.
„Żebyś sczezł, Rand. Zostaw mnie w spokoju”.
– To były piękne dni, prawda, Mat? – Thom się uśmiechnął. – Kiedy we trzech podróżowaliśmy z biegiem rzeki Arinelle.
– Z Myrddraalem ścigającym nas z nieznanych powodów – dodał Mat ponurym głosem. Tamte dni wcale nie były takie piękne. – Gdzie się nie obejrzeliśmy, czyhali na nas Sprzymierzeńcy Ciemności. – Lepiej to niż gholam i Przeklęci, którzy teraz próbują nas dopaść.
– Chcesz powiedzieć, że lepsza pętla na szyi niż brzuch rozpruty mieczem?
– Z pętli zawsze można się wywinąć, Mat. – Thom zachichotał pod nosem, podkręcając długie, siwe wąsy. – Z rozprutym brzuchem już niewiele da się zrobić.
Mat zawahał się, a potem wybuchnął śmiechem. W końcu przestał się śmiać, musnął dłonią szarfę owiniętą wokół szyi.
– Myślę, że masz w tej sprawie rację, Thom. Jako żywo. Więc może na dzisiejszy wieczór zapomnimy o wszystkim? Cofniemy się myślą do tych pięknych dni i będziemy udawać, że wszystko jest tak, jak wtedy!
– Nie wiem, czy potrafię, chłopcze.
– Jasne, że potrafisz – upierał się Mat.
– Tak sądzisz? – zapytał w końcu Thom, z lekka rozbawiony. – Znowu będziesz myślał, że stary Thom Merrilin jest najmądrzejszym, najbardziej bywałym w świecie człowiekiem, jakiego w życiu spotkałeś? Znowu staniesz się wieśniakiem o wytrzeszczonych oczach, który wpijał się w połę mego płaszcza za każdym razem, gdy mijaliśmy wioskę, w której była więcej niż jedna karczma?
– Daj spokój. To nie mogło tak wyglądać.
– Pozwolę sobie się nie zgodzić – odparł Thom, wciąż chichocząc.
– Niewiele pamiętam. – Mat znowu podrapał się po głowie. – Lecz wiem, że Rand i ja jakoś sobie poradziliśmy po rozstaniu z tobą. W końcu dotarliśmy do Caemlyn. A poza tym zadbaliśmy, żeby twojej harfie nic się nie stało, nieprawdaż?
– Cóż, zauważyłem kilka odprysków na ramie…
– Żebyś sczezł, to niemożliwe! – obruszył się Mat, celując w niego palcem. – Rand praktycznie sypiał z tą harfą! Nawet nie pomyślał, żeby ją sprzedać, choć czasami bywaliśmy tak głodni, że jedlibyśmy buty, gdyby dało się bez nich dojść do pobliskiego miasteczka. – Tamte dni tylko mgliście były obecne w pamięci Mata, w porządku wydarzeń ziały wielkie dziury, niczym w żelaznym kuble, który do reszty przerdzewiał. To i owo zdołał sobie jednak ułożyć w głowie.
Thom nie przestawał chichotać.
– Nie wrócą już tamte dni, Mat. Na dobre czy na złe, Koło zdążyło się obrócić. I wciąż będzie się obracać wraz ze śmiercią świateł, mrokiem spowijającym lasy, zewem burz i rozdzieranymi niebiosami. Obracać się będzie nieprzerwanie. Koło nie przynosi nadziei, jest obojętne na ludzki los, po prostu jest. Póki jednak się obraca, ludzie mogą żywić nadzieję i troszczyć się o innych. Ponieważ z każdym umierającym światłem inne światło się rodzi, a każda szalejąca burza musi kiedyś w końcu ucichnąć. Póki obraca się Koło. Póki się obraca…
Mat pokierował Oczkiem, omijając wyjątkowo głęboką szczelinę w zrujnowanej drodze. Z przodu dobiegał go głos Talmanesa gawędzącego z kilkoma legionistami.
– Zabrzmiało to prawie jak pieśń, Thom.
– A jakże – zgodził się tamten z niemal słyszalnym westchnieniem. – Stara pieśń, zapomniana przez wszystkich. Osobiście odkryłem jej trzy wersje, wszystkie z tymi samymi słowami, ale śpiewanymi do różnych melodii. Przypuszczam, że przypomniała mi się ze względu na okolicę: ludzie mawiają, że jej autorem była sama Doreille.
– Ze względu na okolicę? – zapytał zdziwiony Mat, rozglądając się po koronach trójiglastych sosen przy drodze.
Thom skinął głową w namyśle.
– Ta droga jest naprawdę stara, Mat. Starożytna. Zapewne była tutaj jeszcze przed Pęknięciem. A takie krajobrazy jak ten, który nas otacza, zazwyczaj wcześniej czy później trafiają do pieśni i legend. Przypuszczam, że znajdujemy się w miejscu, które kiedyś nazywano Strzaskanymi Wzgórzami. Gdyby tak było, wówczas oznaczałoby to, że jedziemy przez tereny zwane kiedyś Coremandą, sąsiadujące z Kręgiem Orła. Założę się, że na kilku najwyższych wzgórzach znaleźlibyśmy stare fortyfikacje.
– A co to ma wspólnego z Doreille? – zapytał Mat, czując się nieswojo. Doreille była królową Aridholu.
– Bawiła tu z wizytą – wyjaśnił Thom. – W Kręgu Orla napisała kilka ze swych najlepszych wierszy.
„Żebym sczezł”, myślał Mat. „Pamiętam”. Pamiętał, jak stoi na murach położonego na samym szczycie fortu i spogląda na długą, krętą drogę, już wtedy strzaskaną i zrujnowaną, a drogą tą oddział żołnierzy pod fioletowymi proporcami naciera pod górę w ulewie strzał. Strzaskane Wzgórza. Kobieta na balkonie. Królowa we własnej osobie.
Zadrżał, odpędzając od siebie to wspomnienie. Aridhol był jednym ze starożytnych państw, które panowały nad światem, gdy Manetheren był u szczytu potęgi. Stolica Aridhol przetrwała po dziś dzień, choć pod inną nazwą. Shadar Logoth.
Już od bardzo dawna Mat nie czuł zewu sztyletu o głowicy z rubinem. Chyba zaczynał już zapominać te dni, gdy był z nim związany, o ile rzecz jasna w ogóle można o czymś takim zapomnieć. Czasami jednak tamten rubin stawał mu przed oczyma, czerwony jak jego krew. l tamto stare pragnienie, stara żądza znów się w nim budziły…
Potrząsnął głową, odpędzając i to wspomnienie. Żeby sczezł, przecież sam mówił o wesołym wieczorze!
– To były piękne dni – rzekł Thom nieobecnym głosem. – Dziś czuję się stary, Mat, jak wypłowiały dywan, który suszy się na słońcu, mamiąc cieniami świetnych niegdyś barw. Czasami zastanawiam się, czy mogę ci się jeszcze do czegoś przydać. Jaka korzyść ze starego człowieka?
– Co? Oczywiście, że cię potrzebuję, Thom!
Wiekowy bard spojrzał mu prosto w oczy.
– Kłopot z tobą, Mat, polega na tym, że potrafisz naprawdę nieźle kłamać. Inaczej niż tamci dwaj chłopcy.
– Mówię, co myślę! Żebym sczezł, nie kłamię. Oczywiście, mógłbyś pojechać swoją drogą, żeby opowiadać legendy i włóczyć się po świecie jak za dawnych czasów. Ale bez ciebie wszystko zapewne nie układałoby się równie gładko, a mnie brakłoby twojej mądrości. Żebym sczezł, brakłoby mi. Mężczyzna potrzebuje przyjaciół, którym mógłby zaufać, a ja w każdej chwili gotów jestem złożyć swe życie w twoje ręce.