„No, dobra”, pomyślał, jadąc obok Talmanesa drogą wśród łąk. Postanowił sobie, że tym razem Aes Sedai nie zepsują mu zabawy i cokolwiek by się nie działo, zachowa dobry humor.
Gdy wjechali między pierwsze zabudowania, wokół Thoma zdążył się już zgromadzić niewielki tłumek. Bard stał w siodle i prawą ręką żonglował trzema kolorowymi kulami, równocześnie snując opowieści o swych wojażach po ziemiach Południa. Wieśniacy odziani byli w kamizelki i zielone płaszcze z jakiejś grubej, aksamitnej materii. Ubrania wyglądały na bardzo ciepłe, jednak gdy im się bliżej przyjrzał, Mat stwierdził, że większość jest pocerowana w niezliczonych miejscach.
Wkrótce kolejna grupka ludzi – tym razem głównie kobiet – skupiła się wokół Aes Sedai. Dobrze, Mat spodziewał się, że mogą być wystraszeni. Jeden z mężczyzn otaczających Thoma oderwał wzrok od występu barda i zmierzył Mata oraz Talmanesa taksującym spojrzeniem. Był krępy, potężne ramiona wypychały lnianą koszulę z rękawami podwiniętymi do łokci mimo chłodu zalegającego w wiosennym powietrzu. Przedramiona porastały mu ciemne włosy w tej samej barwie co broda i loki na głowie.
– Wyglądasz na jakiegoś lorda – powiedział mężczyzna i ruszył w ich stronę.
– Jest Księ… – zaczął Talmanes, ale Mat pospiesznie wszedł mu w słowo:
– Myślę, że tak mnie można określić – powiedział, nie spuszczając wzroku z Talmanesa.
– Mam na imię Barlden i jestem tu burmistrzem – przedstawił się tamten, zaplatając ramiona na piersiach. – Witam was w imieniu naszego miasteczka, które chętnie z wami pohandluje. Wiedzcie wszakże, że nie mamy wiele na sprzedaż.
– Z pewnością znajdzie się odrobina jakiegoś sera – powiedział Talmanes. – Bo to produkujecie, prawda?
– Wszystek ser, który nie spleśniał i nie zepsuł się, przeznaczony jest na daninę – oznajmił burmistrz Barlden. – Tak to jest w dzisiejszym świecie. – Po chwili z wahaniem dodał: – Ale jeśli przypadkowo tak się składa, że handlujecie materiałami lub ubraniami, to może da się wyskrobać porcję dla was wszystkich na jakiś dzień.
„Na cały dzień?”, pomyślał ironicznie Mat. „Dla całej jedenastki?”. Potrzebował przynajmniej wozu sera, nie wspominając już o ale, które obiecał swoim ludziom.
– Musicie też wiedzieć, że w wiosce obowiązuje godzina milicyjna. Pohandlujcie, ogrzejcie się przy kominku, ale musicie wiedzieć, że przed nastaniem nocy ma już was tu nie być.
Mat zerknął na zaciągnięte chmurami niebo.
– Przecież do zmierzchu zostało ledwie kilka godzin!
– Takie tu obowiązują prawa – krótko stwierdził Barlden.
– To jakiś absurd – żachnęła się Joline z miejsca, gdzie siedziała na koniu otoczona grupką kobiet. Przepchnęła się przez tłumek i zbliżyła do Mata i Talmanesa, jej dwaj Strażnicy jak zawsze towarzyszyli jej niczym cienie. – Panie Barlden, nie możemy przystać na tak głupi zakaz. Rozumiem ostrożność, jaką wykazujesz w tych trudnych czasach, z pewnością jednak potrafisz pojąć, dlaczego do nas nie stosują się twoje prawa.
Tamten stał z rękoma zaplecionymi na piersiach jak wcześniej i milczał.
Joline zacisnęła usta i zmieniła ułożenie rąk trzymających wodze tak, aby pierścień z Wielkim Wężem stał się doskonale widoczny.
– Czy symbol Białej Wieży tak niewiele znaczy w dzisiejszych czasach?
– Szanujemy Białą Wieżę. – Barlden popatrzył na Mata. Nie był głupi. Spoglądanie w oczy Aes Sedai miało to do siebie, że potrafiło osłabić wolę najbardziej nawet zdeterminowanego człowieka. – Ale nasze prawa są jednoznaczne, moja pani. Przykro mi.
Joline parsknęła.
– Podejrzewam, że wasi karczmarze są znacznie mniej zadowoleni z tego stanu rzeczy. Jak wiążą koniec z końcem, kiedy nie mogą wynajmować pokoi podróżnym?
– Otrzymują odpowiednie rekompensaty – niechętnie wyjaśnił burmistrz. – Trzy godziny. Załatwcie swoje interesy i ruszajcie w drogę. Z przyjaźnią witamy wszystkich wędrowców, lecz nie widzimy powodu, żeby zmieniać dla nich nasze prawa. – To powiedziawszy, odwrócił się i odszedł. Po chwili dołączyło do niego kilku potężnie zbudowanych mężczyzn, paru z nich z toporami u pasa. Nie było w tym żadnej demonstracji. Zachowywali się swobodnie, jakby właśnie przechodzili przez miasteczko, wracając z lasu. Razem. Idąc tą samą drogą co burmistrz.
– Nie powiem, żeby to było szczególnie serdeczne powitanie – mruknął Talmanes.
Mat przytaknął. I w tej samej chwili w jego głowie zaczęły się toczyć kości.
„Żeby sczezły!”. Postanowił nie zwracać na nie uwagi. Ostrzeżenie, które ze sobą niosły, zazwyczaj było wyzute z treści, że właściwie bezużyteczne.
– Znajdźmy jakąś tawernę – rzucił, wbijając obcasy w boki Oczka.
– Wciąż nie rezygnujesz, co? – powiedział Talmanes, ruszając za Matem.
– Zobaczymy, może się uda – odparł Mat, wbrew wcześniejszemu postanowieniu wsłuchując się w grzechot kości w głowie. – Zobaczymy.
Gdy zbliżali się do miasteczka, Mat zauważył trzy gospody. Jedna położona była na końcu głównej ulicy; choć do zmroku było jeszcze daleko, nad jej drzwiami wejściowymi paliły się dwie jasne latarnie. Z pewnością świeżo pobielone ściany i czyste szyby ze szkła przyciągną Aes Sedai jak płomień świecy przyciąga ćmy. Bez wątpienia kiedyś gospoda była przeznaczona dla wędrownych kupców i dostojników, którym nieszczęśliwie zdarzyło się trafić na te wzgórza.
Lecz teraz żaden obcy nie miał prawa spędzić nocy w wiosce. Od kiedy obowiązywał ten zakaz? W jaki sposób gospody zarabiały na swoje utrzymanie? Z pewnością wciąż można było w nich coś zjeść, wykąpać się, lecz bez dochodu z noclegów…
Mat nie kupił bajeczki burmistrza o „rekompensatach?”. Jeżeli gospody nie pełniły żadnej istotnej dla miasteczka funkcji, za co im płacić? To było po prostu dziwne.
Mat nie skierował się do ładnej gospody, ani do tej wybranej przez Thoma, choć wywarła na nim dobre wrażenie. Położona na szerokiej ulicy, niedaleko na północny wschód od miejsca, gdzie się znajdowali, wyglądała jak stworzona dla zwykłych podróżnych: szacownych mężczyzn i kobiet, którzy nie lubili szastać groszem. Budynek był zadbany, łóżka z pewnością czyste, a kuchnia smaczna. Od czasu do czasu wpadali tu lokalni mieszkańcy, żeby coś wypić i choć na moment uwolnić się spod czujnego oka swych żon.
Ze znalezieniem trzeciej gospody z pewnością mieliby spore kłopoty, gdyby Mat nie zwrócił wcześniej na nią uwagi. Znajdowała się trzy ulice od centrum miasteczka, w głębi jej zachodniego kwartału. Żadnego szyldu nad drzwiami, tylko w jednym z okien drewniana tablica, na której ktoś wyrzeźbił sylwetkę przywodzącą na myśl pijanego konia. W oknach nie było szkła.
Z wnętrza wylewały się potoki światła i słychać było salwy donośnego śmiechu. Większość podróżnych przybywających do miasteczka z pewnością odstręczał brak zachęcającego szyldu i latarń nad wejściem. Była to bardziej tawerna niż gospoda i Mat wątpił, aby proponowała swoim gościom coś więcej niż parę sienników na tyłach w cenie kilku miedziaków. To był przybytek, w którym mieszkańcy miasteczka mogli się czuć jak u siebie. A ponieważ wieczór był niedaleko, z pewnością strudzone nogi zdążyły już wielu zaprowadzić na miejsce, gdzie można było posiedzieć w towarzystwie przyjaciół, odpocząć i spalić szczyptę tytoniu. Gdzie można było zagrać w kości.
Mat uśmiechnął się, zsiadł z konia i przywiązał Oczka do palika przed budynkiem.
Talmanes westchnął:
– Zdajesz sobie sprawę, że podają tu prawdopodobnie rozwodnione trunki?