Выбрать главу

– Nie o to chodzi – zaprotestował Talmanes, spoglądając na wiwatujących. – Możesz sobie przegrać, ile chcesz, póki zostanie ci dość, żeby mi od czasu do czasu kupić coś do picia. W każdym razie nie to mnie martwi.

Mat zmarszczył brwi.

– Więc co?

– Coś mi się nie podoba w tych ludziach, Mat. – Talmanes mówił prawie szeptem, równocześnie oglądając się przez ramię. – Kiedy ty grałeś, porozmawiałem sobie z paroma. Ich nie obchodzi nic z tego, co dzieje się w świecie. Ani Smok Odrodzony, ani Seanchanie, ani nic. W ogóle ich to nie interesuje.

– Co z tego? – odparł Mat. – To prości ludzie.

– Prości ludzie tym bardziej powinni się martwić – obstawał przy swoim Talmanes. – Przecież uwięźli tutaj, na ziemi niczyjej, między dwiema gromadzącymi się armiami. Ale kiedy im o tym mówię, tylko wzruszają ramionami, a potem dalej piją. To tak, jakby… jakby koncentrowali się wyłącznie na doraźnej radości. Jakby nic więcej dla nich się nie liczyło.

– Wobec tego zasługują chyba na miano ludzi doskonałych – zauważył Mat.

– Wkrótce zapadnie zmrok – ciągnął dalej Talmanes, zerkając w stronę okna. – Siedzimy tu już godzinę, może dłużej. Chyba powinniśmy…

W tym momencie drzwi do karczmy otworzyły się z hukiem i do środka wszedł przysadzisty burmistrz w towarzystwie dwóch spośród mężczyzn, którzy towarzyszyli mu wcześniej, tyle że teraz nie mieli toporów. Z wyrazu ich twarzy można było wnosić, że nie ucieszył ich widok połowy miasteczka grającej w kości z Matem.

– Mat – raz jeszcze powtórzył Talmanes.

Mat uniósł dłoń, dając mu znak, żeby zamilkł.

– Na to właśnie czekaliśmy.

– Naprawdę? – zdziwił się Talmanes.

Mat powrócił do stołu, przy którym toczyła się gra, uśmiechnął się. Opróżnił już większość swoich sakiewek z monetami, choć zostało mu jeszcze na kilka kolejek – nie licząc rzecz jasna tego, co miał w jukach przed gospodą. Teraz wziął do ręki kości, odliczył kilka złotych koron, a tłumek zaczął rzucać na stół swoje monety – w tym złote korony, które wcześniej były własnością Mata.

Rzucił i przegrał, co wywołało głęboki pomruk podniecenia wśród zebranych. Barlden wyglądał, jakby miał ochotę już ich wyrzucić z miasteczka – rzeczywiście robiło się późno i do zachodu z pewnością nie zostało wiele czasu – lecz zawahał się, gdy Mat wyciągnął kolejną garść złotych monet. Żaden człowiek nie był do końca wolny od chciwości, a najbardziej rygorystyczne prawa można było nagiąć, gdy nadarzała się akurat nadzwyczajna i niezwykle atrakcyjna okazja.

Mat znowu rzucił i znowu przegrał. Kolejne okrzyki. Burmistrz zaplótł ramiona na piersiach.

Mat sięgnął do sakiewki, ale nie znalazł w niej już nic. Mężczyźni wokół niego zdawali się zbici z tropu, jeden z nich głośno zamówił następną kolejkę napitków, „aby biedny młody lord zapomniał o swoim pechu”.

„Mało prawdopodobne”, pomyślał Mat, skrywając uśmiech. Powstał, unosząc ręce.

– Widzę, że robi się późno – oznajmił zwracając się do sali.

– Zdecydowanie za późno – wtrącił Barlden, przeciskając się obok kilku bardzo pachnących koźlarzy w płaszczach z futrzanymi kołnierzami. – Powinieneś już ruszać, cudzoziemcze. Lecz nie myśl sobie, że ludzie oddadzą ci wszystko, co uczciwie od ciebie wygrali.

– Nawet o tym nie śnię – oświadczył Mat, lekko rozciągając słowa, jakby już był pijany. – Harnan, Delarn! – krzyknął. – Przynieście szkatułę!

Chwilę później do gospody weszli dwaj żołnierze pilnujący dotąd koni, niosąc niewielki drewniany kuferek, który jeszcze przed chwilą spoczywał na grzbiecie jucznego konia. Podeszli do stołu, postawili go na blacie, a w tawernie zapadła całkowita cisza.

Mat wyłowił z kieszeni klucz, wstał, zataczając się lekko, a potem otworzył skrzynię i ukazał zawartość oczom zgromadzonych. Złoto. Mnóstwo złota. Praktycznie cały jego osobisty majątek. – Zostało jeszcze czasu na jeden rzut – oznajmił Mat oszołomionej sali. – Są chętni?

Mężczyźni zaczęli rzucać monety na stół, póki nie powstał z nich stos zawierający większość tego, co Mat wcześniej przegrał. Ale nie było tego nawet z grubsza tyle, co w kuferku. Mat przyjrzał się pieniądzom, podrapał po brodzie.

– Nie starczy, przyjaciele. Mogę się zgodzić na nierówną stawkę, jednak został mi już tylko jeden rzut na dzisiejszy wieczór. Chcę mieć szansę wyjścia stąd z czymś.

– Nic więcej nie mamy – powiedział któryś, podczas gdy inni zachęcali go okrzykami, aby rzucał tak czy siak.

Mat westchnął i zamknął wieko.

– Nie – oznajmił. Kątem oka dostrzegł, że nawet Barldenowi jaśnieją oczy. – Chyba że… – zawiesił głos. – Przybyłem tu uzupełnić zapasy. Mogę się zgodzić na handel wymienny. Zatrzymacie wszystko, co ode mnie wygraliście, chętnie jednak postawię zawartość szkatuły przeciwko towarom. Jedzenie dla moich ludzi, kilka baryłek ale. I wóz, na który będę mógł to wszystko załadować.

– Nie ma na to czasu – odparł Barlden, spoglądając w ciemniejące okno.

– Z pewnością chwila się jeszcze znajdzie – zaprotestował Mat, pochylając się naprzód. – Wyjadę po tej kolejce. Macie moje słowo.

– My tu nie naginamy prawa – oświadczył burmistrz. – Cena jest zbyt wysoka.

Mat spodziewał się usłyszeć okrzyki graczy, którzy będą się sprzeciwiać decyzji burmistrza, domagać wyjątku. Ale w sali panowała cisza. Mat poczuł, jak przeszywa go dreszcz złego przeczucia. Tyle już stracił… jeżeli teraz wyrzucą ich z miasteczka…

W desperackim geście raz jeszcze uchylił wieko kuferka, żeby pokazać całą złotą zawartość.

– Ja dam ci ale – znienacka odezwał się karczmarz. – Mardry – zwrócił się do któregoś z gości – ty masz wóz i zaprzęg. Niedaleko, jakąś ulicę stąd.

– Tak – zgodził się Mardry, mężczyzna o pucułowatych policzkach z krótkimi czarnymi włosami. – Postawię go.

Wokół rozległy się głosy proponujące jedzenie: ziarno ze spiżarni, ziemniaki z piwnicy.

Mat spojrzał na burmistrza.

– Zostało jeszcze ile? Jakieś pół godziny do zmierzchu? Dlaczego nie przekonamy się, co zbiorą? Jeżeli przegram, magazyny miasteczka też się wzbogacą. Założę się, że po takiej zimie przyda się każdy grosz.

Barlden zawahał się, wreszcie skinął głową, nie odrywając wzroku od kuferka z monetami. W jednej chwili w karczmie zrobił się ruch: jedni pobiegli po wóz, inni zaczęli wytaczać baryłki ale. Mężczyźni udali się do swoich domów i do miasteczkowego magazynu. Mat przyglądał się im, póki nie został prawie sam w sali karczmy.

– Doskonale rozumiem twój plan – oznajmił burmistrz, zwracając się do Mata. Jemu najwyraźniej donikąd się nie spieszyło.

Mat spojrzał na niego pytająco.

– Nie pozwolę ci, abyś na sam koniec wieczoru oszukał nas złudą wygranej – Barlden zaplótł ręce na piersiach. – Rzucisz moimi kośćmi. A w trakcie rzutu będziesz się ruszał powoli i spokojnie. Ludzie powiedzieli mi, ile kolejek już przegrałeś, pewien jednak jestem, że gdybyśmy cię przeszukali, znaleźlibyśmy kilka zestawów kości pochowanych w ubraniu.

– Jeżeli chcesz mnie przeszukać, proszę bardzo – zgodził się Mat, unosząc ręce.

Barlden wyglądał na stropionego.

– Oczywiście mogłeś je gdzieś wyrzucić – powiedział po dłuższej chwili. – To niezły numer: ubrać się jak lord i sfałszować kości tak, żeby przegrywać, zamiast wygrywać. Nigdy nie słyszałem o człowieku na tyle pełnym brawury, żeby w ten sposób rozrzucał złoto na fałszywe kości.