– Jeżeli jesteś taki pewny, że oszukuję – zapytał Mat – to po co to wszystko?
– Ponieważ wiem, jak ci przeszkodzić – odparł burmistrz. – Jak powiedziałem, ten rzut wykonasz moimi kośćmi. – Wahał się jeszcze przez moment, a potem się uśmiechnął i wziął ze stołu parę kości, których dotąd używał Mat. Rzucił je. Wyszła mu jedynka i dwójka. Rzucił je znowu, z tym samym wynikiem.
– Jeszcze lepiej. – Burmistrz uśmiechnął się promiennie. – Rzucisz tymi. A właściwie… ja rzucę za ciebie. – W półmroku oblicze Barldena nabrało zdecydowanie złowieszczego wyrazu. Mat poczuł ukłucie paniki.
Talmanes schwycił go za ramię.
– W porządku, Mat – powiedział. – Myślę, że powinniśmy już się stąd wynosić.
Mat uniósł dłoń. Czy szczęście mu dopisze, gdy to ktoś inny wykona za niego rzut? Czasami w bitwie tak to właśnie działało, nieraz chroniąc go od zdawałoby się niechybnych ran. Na pewno? Naprawdę?
– Proszę bardzo – powiedział do Barldena.
Burmistrz wydawał się zaskoczony.
– Możesz wykonać rzut– zapewnił go Mat. – Ale liczymy go tak, jakbym to ja rzucał. Wygrywam i odchodzę ze wszystkim, co zgromadziliście. Przegrywam i natychmiast wyjeżdżam w samym kapeluszu, a wy możecie sobie zatrzymać tę przeklętą szkatułę. Zgoda?
– Zgoda.
Mat wyciągnął rękę, żeby przypieczętować umowę, lecz burmistrz odwrócił się, ważąc kości w dłoni.
– Nie – rzekł. – Nie dam ci szansy na podmianę tych kości, podróżniku. Lepiej wyjdźmy na zewnątrz i zaczekajmy. I nie zbliżaj się do mnie.
Zrobili, jak powiedział, opuszczając zabłocone, przesiąknięte wonią ale wnętrze tawerny. Na zewnątrz powitało ich świeże powietrze ulicy. Żołnierze Mata ponieśli za nim szkatułę. Barlden uparł się, żeby jej nie zamykać, obawiając się podmiany zawartości. Jeden z jego ludzi sięgnął do środka i nadgryzł kilka monet, upewniając się, że są prawdziwe, a szkatuła naprawdę ich pełna. Mat czekał oparty o drzwi i przyglądał się, jak zajeżdża wóz, a ludzie ładują nań baryłki ale.
Po słońcu została już tylko łuna światła nad horyzontem, przeświecająca zza tych przeklętych chmur. Stał spokojnie, podczas gdy burmistrz robił się coraz bardziej nerwowy. Krew i krwawe popioły, ależ z niego legalista! W porządku, Mat mu pokaże, jemu i wszystkim pozostałym. Pokaże im…
Co im pokaże? Że nie można go pokonać? I czego niby w ten sposób dowiedzie? Tak rozmyślając, czekał, a na wozie gromadziły się coraz wyższe sterty jedzenia. W końcu dopadło go osobliwe poczucie winy.
„Przecież nie robię nic złego”, pomyślał. „Muszę nakarmić swoich ludzi, czyż nie? Gra była uczciwa i z mojej, i z ich strony. Żadnych podrobionych kości. Żadnego oszukiwania”.
O ile nie liczyć jego szczęścia. Lecz cóż, szczęście było jego przymiotem – z każdym człowiekiem tak jest. Jedni rodzą się z talentem do muzyki, a potem zostają bardami i minstrelami. Któż może mieć im za złe, że zarabiają na życie za pomocą tego, co dał im Stwórca? A Mat miał szczęście i z niego korzystał. Nie ma w tym nic złego.
A jednak, w miarę jak ludzie wracali do gospody, orientował się, że jest coś w tym, co mówił wcześniej Talmanes. Tych ludzi naprawdę spowijał jakiś lekki cień rozpaczy. Czy nie nazbyt chętnie przystąpili do gry? Czy nie nazbyt ostro stawiali? Co tak naprawdę kryło się w ich oczach, bo chyba nie zmęczenie, jak to wcześniej mylnie założył? Czy pili, świętując koniec ciężkiego dnia pracy, czy dlatego, żeby odegnać ten niepokój, który wyzierał im z oczu?
– Może masz rację – zwrócił się do Talmanesa, który wpatrywał się w niebo z niemal takim samym zdenerwowaniem jak burmistrz. Ostatnie muśnięcia zamglonego światła spływały po stromych dachach domów, barwiąc dachówki na kolor głębokiej pomarańczy. Zachód słońca był tylko łuną za chmurami.
– Więc jedziemy, tak? – zapytał Talmanes.
– Nie – odparł Mat. – Zostajemy.
I wtedy kości przestały się toczyć w jego głowie. Stało się to tak nagle, a cisza, która nastąpiła, była tak nieoczekiwana, że Mat zamarł. I zrozumiał, że podjął niewłaściwą decyzję.
– Żebym sczezł, zostajemy – powtórzył. – Nigdy dotąd nie zdarzyło się, żebym odszedł od stolika, i teraz też tego nie zrobię.
Przed karczmą pojawiła się grupka ludzi na koniach, którzy przywieźli worki z ziarnem. Zdumiewające, ile potrafią z siebie wykrzesać ludzie zmotywowani widokiem paru monet. Potem przybyli kolejni jeźdźcy, a ich śladem nadszedł drogą młody chłopak.
– Burmistrzu – powiedział, szarpiąc purpurową kamizelkę Barldena. Front kamizelki pokrywała plątanina załatanych rozdarć. – Matka mówi, że cudzoziemskie kobiety jeszcze się kąpią. Próbowała je poganiać, ale…
Burmistrz zesztywniał. Zerknął gniewnie na Mata. Ten parsknął.
– Nie sądzisz chyba, że jestem w stanie w jakikolwiek sposób popędzić to towarzystwo – stwierdził. – Gdybym poszedł tam i powiedział im, że mają się pospieszyć, zapewne zaparłyby się jak muły i wszystko trwałoby dwa razy dłużej. Niech ktoś inny się nimi zajmuje.
Talmanes tymczasem nie odrywał wzroku od gęstniejących cieni przy drodze.
– Żebym sczezł – mruknął. – Jeżeli te duchy znowu zaczną nas nękać, Mat…
– Tu chodzi o coś innego – zapewnił go Mat, przyglądając się, jak kolejni mieszkańcy miasteczka ładują swoje worki na wozy. – Czuję to.
Wóz był już wysoko załadowany prowiantem; niezły wynik jak na tak małe miasteczko. Wszystko, czego potrzeba Legionowi, żeby dalej szedł naprzód, do następnego miasteczka. Jedzenie nie było oczywiście warte złota w kuferku, niemniej, gdyby uznać, że zapłacił za nie tym, co przegrał, cena była sprawiedliwa, zwłaszcza wliczając wóz i konie. To były dobre zwierzęta pociągowe, mocne i – sądząc po kopytach i sierści – dobrze utrzymane.
Mat już otworzył usta, żeby powiedzieć, że starczy, lecz zawahał się na widok burmistrza rozmawiającego po cichu z grupką mężczyzn. Było ich sześciu, kamizelki mieli brudne i obszarpane, czarne włosy w nieładzie. Jeden wskazywał jedną ręką w stronę Mata, w drugiej trzymał coś, co wyglądało jak kartka papieru. Barlden kręcił głową, jednak tamten tylko coraz bardziej upierał się przy swoim.
– No, no – rzekł cicho Mat. – Co my tu mamy?
– Mat, słońce… – powiedział Talmanes.
Burmistrz w końcu odprawił obszarpańców gwałtownym gestem. Powoli odeszli. Mężczyźni, którzy przywieźli prowiant, tłoczyli się na ciemnej już ulicy, unikając ścian budynków. Większość nie odrywała oczu od horyzontu na zachodzie.
– Burmistrzu! – zawołał Mat. – Wystarczy. Rzucaj!
Barlden się zawahał, zerknął w jego stronę, a potem spuścił wzrok na trzymane w dłoni kości, jakby na chwilę zupełnie o nich zapomniał. Otaczający go mężczyźni pokiwali lękliwie głowami, więc tylko uniósł zaciśniętą w pięść dłoń i zagrzechotał kośćmi. Raz jeszcze spojrzał Matowi w oczy, a potem rzucił kości na ziemię między nimi. Toczyły się jakby trochę zbyt głośno, niczym grzechocząca cichutko miniaturowa burza lub obijające o siebie kości szkieletu.
Mat wstrzymał oddech. Minęło już sporo czasu, od kiedy ostatni raz martwił się o wynik rzutu kośćmi. Pochylił się, obserwując białe sześciany turlające się po brudnej drodze. Jak zareaguje jego szczęście na rzut kogoś innego?
Kości się zatrzymały. Para czwórek. Zwycięski rzut. Mat z ulgą wypuścił długo wstrzymywany oddech, poczuł, jak po skroni ścieka mu kropelka potu.
– Mat – powiedział cicho Talmanes, a ten poczuł się zmuszony, żeby unieść wzrok. Ludzie na drodze nie wyglądali na szczególnie uszczęśliwionych. Kilku wprawdzie próbowało wznosić okrzyki radości, póki ktoś nie wyjaśnił im, że zwycięski rzut burmistrza oznacza, że Mat bierze całą stawkę. Atmosfera w tłumie zgęstniała.