Mat spojrzał w oczy Barldena.
– Jedź – nakazał przysadzisty mężczyzna, z odrazą machając na Mata ręką i odwracając się od niego. – Zabierz swoje łupy i opuść to miejsce. Nigdy tu nie wracaj.
– Cóż – rzekł Mat, już rozluźniony – wobec tego uprzejmie dziękuję za grę. My…
– Jedź! – krzyknął burmistrz. Spojrzał na ostatnie iskierki blasku rozjaśniające chmury nad horyzontem, potem zaklął i zaczął zaganiać swych ludzi Pod Chwiejnego Wałacha. Niektórzy się opierali, spoglądając na Mata z wrogością, inni wciąż się nie mogli otrząsnąć z przeżytego wstrząsu, w końcu jednak wszyscy ulegli burmistrzowi i weszli do wnętrza nisko sklepionej karczmy. Drzwi zamknęły się za nimi, a Mat został na pustej ulicy tylko z Talmanesem i dwoma żołnierzami.
Na miasteczko spłynęła znienacka jakaś niesamowita cisza. Mieszkańcy zniknęli z ulic. Lecz przecież choćby z wnętrza tawerny powinny dobiegać jakieś odgłosy? Szczękanie kufli, narzekania na przegrany zakład?
– Cóż – powiedział Mat, a jego głos echem odbił się od cichych frontów domów. – Sądzę, że to na tyle. – Podszedł do Oczka i uspokoił konia, który był z jakiegoś powodu zdenerwowany. – Widzisz, Talmanesie, mówiłem ci. Nie ma się czego obawiać.
I wtedy rozległy się krzyki.
28.
Noc w Hinderstap.
– Żebyś sczezł, Mat! – rzucił Talmanes, uwalniając ostrze miecza z brzucha drgającego na ziemi mieszkańca miasteczka. Talmanes prawie nigdy nie przeklinał. – Żebyś sczezł po dwakroć, a potem jeszcze raz!
– Ja? – odwarknął Mat i wykonał obrót. Ashandarei błysnęło, zgrabnie przecinając ścięgna w nogach dwóch mężczyzn w zielonych kamizelkach. Padli na ubitą ziemię z oczyma rozszerzonymi wściekłością, plując śliną i jęcząc. – Ja? To nie ja próbuję cię zabić, Talmanes. Wiń ich!
Talmanesowi udało się jakoś wspiąć na siodło.
– Kazali nam wyjechać!
– Tak – zgodził się Mat, łapiąc wodze Oczka i odciągając konia od „Chwiejnego Wałacha”. – A teraz chcą nas pozabijać. Nie rozumiem, jak można mnie winić za ich aspołeczne zachowanie! – Wycia, krzyki i wrzaski niosły się po całym miasteczku. Jedne wypełniała wściekłość, inne przerażenie, w innych jeszcze słychać było agonię.
Kolejni mężczyźni wypadali zza drzwi tawerny, każdy chrząkał i krzyczał, każdy dyszał ślepą żądzą mordu. Kilku ruszyło na Mata, Talmanesa i dwóch Czerwonorękich. Wielu po prostu rzucało się na swoich kompanów, dłonie szarpały ciało, paznokcie żłobiły krwawe bruzdy w twarzach. Żaden nie potrafił walczyć, tylko paru przyszło na myśl, żeby uzbroić się w kamienie, kufle czy drewniane sztachety.
Lecz było to coś więcej niż zwykła karczemna bijatyka. Ci ludzie chcieli się nawzajem pozabijać. Ulicę zaścielało już pół tuzina ciał martwych lub dogorywających mężczyzn, a przez drzwi karczmy Mat widział, że wewnątrz trwa równie brutalna walka. Spróbował zbliżyć się do wozu z zapasem prowiantu, kopyta Oczka stukały obok niego. Kuferek ze złotem wciąż spoczywał porzucony na ulicy. Walczący ignorowali i złoto, i jedzenie – zajęci byli wyłącznie sobą nawzajem.
Talmanes oraz Harnan i Delarn – jego dwaj żołnierze – szli w ślad za nim, nerwowo szarpiąc wodze wierzchowców. Na ich oczach grupa zdziczałych mężczyzn dopadła tych dwóch, którym Mat podciął ścięgna – tak długo uderzali ich głowami o ziemię, aż tamci przestali się ruszać. Potem horda dostrzegła Mata i jego ludzi, przekrwione oczy zalśniły w ciemnościach. Straszliwe grymasy osobliwie kontrastowały z czystymi twarzami ludzi w porządnych kamizelkach, z ich starannie uczesanymi włosami.
– Krew i krwawe popioły – zaklął Mat, wskakując na siodło. – Na koń!
Harnanowi i Delarnowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Klnąc, schowali miecze do pochew i dosiedli wierzchowców. Mężczyźni ruszyli na nich, lecz Mat i Talmanes odparli ich atak. Mat starał się nie zadawać śmiertelnych ciosów, jednak tamci byli zdumiewająco szybcy i silni, w końcu walczył już tylko o to, żeby go nie ściągnęli z siodła. Zaklął i przestał unikać naprawdę groźnych uderzeń – powalił dwóch napastników cięciami w szyje. Oczko wierzgnął i trafił następnego kopytem w głowę. Po chwili do walki włączyli się Harnan i Delarn.
Mieszkańcy miasteczka nie mieli zamiaru się cofnąć. Walczyli ogarnięci szaleństwem, póki nie padł ostatni, ósmy z nich. W oczach swoich żołnierzy Mat widział skrajne przerażenie, lecz trudno było ich winić. Walczący w ten sposób przeciwnik to była jakaś przeklęta makabra! Z pozoru nie zostało w nich nawet kropli człowieczeństwa. Wydawali z siebie wyłącznie nieartykułowane chrząkania, syki i wrzaski, ich twarze wykrzywiała wściekłość oraz żądza krwi. Po chwili pozostali – to znaczy ci, którzy jeszcze nie zaatakowali bezpośrednio ludzi Mata – połączyli się w większą hordę i zbiorowo rzucili na mniejsze grupki, masakrując tamtych sztachetami, szarpiąc pazurami, gryząc. Widok był przerażający.
Kiedy Mat przyglądał się rzezi, przez okno tawerny wyleciało wraz z futryną czyjeś ciało. Potoczyło się po ulicy ze skręconym karkiem. Za oknem Mat dostrzegł Barldena – miał dziki, nieludzki wzrok. Wśród nocy rozległ się jego krzyk, potem zobaczył Mata i – na krótką chwilę – w jego oczach zamigotała iskierka rozpoznania. Potem zgasła, a burmistrz zawył znowu, rzucił się naprzód, wyskoczył przez okno i zaatakował dwóch mężczyzn, którzy stali odwróceni do niego plecami.
– Żywo! – zawołał Mat i zorientowawszy się, że dostrzegła go kolejna grupa mężczyzn, próbował wycofać konia.
– Złoto! – zaprotestował Talmanes.
– Niech sczeźnie! – odkrzyknął Mat. – Zawsze możemy wygrać więcej, a to jedzenie nie jest warte naszego życia. Jedziemy! Talmanes wraz z oboma żołnierzami zawrócili konie i pognali ulicą. Mat wbił obcasy w boki Oczka, żeby ich dogonić. Złoto i wóz zostały pod karczmą – nie były warte, żeby za nie oddawać życie, a jeśli okaże się to możliwe, sprowadzi jutro armię i je odzyska. Ale najpierw trzeba ujść z życiem.
Galopowali przez chwilę, na następnym rogu ulicy Mat nakazał im gestem dłoni, by się zatrzymali. Obejrzał się przez ramię. Mieszkańcy miasteczka wciąż podążali za nimi, ale pozostali w tyle.
– Wciąż uważam, że to twoja wina – powiedział Talmanes.
– Sądziłem, że lubisz się bić – odciął się Mat.
– Czasami – burknął Talmanes. – Lubię pole bitwy albo jakąś porządną burdę w karczmie. Ale to… to jest czyste szaleństwo. – Goniący ich mężczyźni opadli na czworaka i teraz poruszali się dziwnymi susami. Talmanesa przeszył dreszcz.
Światła było ledwie tyle, by cokolwiek dostrzec. Słońce już zaszło, a resztki łuny zachodu przesłaniały wzgórza i szare chmury. Przy wielu ulicach stały latarnie, lecz nie wyglądało na to, żeby ktoś miał je zapalić.
– Doganiają nas, Mat – zauważył Talmanes, trzymając w ręku obnażony miecz.
– Tu nie chodzi tylko o nasz zakład – oznajmił Mat, nasłuchując odległych krzyków i wrzasków. Dobiegały ze wszystkich krańców miasteczka. W głębi ulicy para zmagających się ciał wypadła przez okno jednego z domów. To były dwie kobiety. Jeszcze w locie szarpały się paznokciami, by potem zwalić na ziemię z ohydnym tąpnięciem. Wkrótce przestały się ruszać.
– Jedziemy – rozkazał Mat, zawracając Oczko. – Musimy znaleźć Thoma i kobiety. – Pogalopowali boczną uliczką, która prowadziła na główną ulicę miasteczka. Po drodze mijali mężczyzn i kobiety walczących w rynsztokach. Przed nimi wyrósł znienacka na drodze grubas o zakrwawionych policzkach i Mat nie miał wyjścia, jak tylko z najwyższą niechęcią stratować go kopytami. Zbyt wielu ludzi walczyło wokół, żeby ryzykować wymijanie biednego głupca. W pewnej chwili Mat dostrzegł nawet walczące dzieci, które wpijały się w nogi większych od siebie, a dusiły równych im wzrostem.