– Całe przeklęte miasteczko zupełnie oszalało – mruknął ponuro Mat, gdy we czwórkę wypadli na główną ulicę i skręcili w stronę eleganckiej gospody. Tam zabiorą Aes Sedai, a potem odbiją na wschód w poszukiwaniu Thoma, ponieważ gospoda, do której się udał, znajdowała się najdalej.
Sytuacja na głównej ulicy okazała się znacznie gorsza niż tam, skąd przybywali. Wszędzie wokół panowały już niemal całkowite ciemności. Kiedy Mat się teraz nad tym zastanawiał, zdawało mu się, że mrok nad miasteczkiem zapadł zbyt szybko. Nienaturalnie szybko. Na całej długości ulicy wiły się cienie, zmagały czarne sylwetki, wrzeszcząc i mordując w coraz głębszej nocy. W ciemnościach ciała walczących zdawały się tworzyć jeden organizm – potworne monstrum o tuzinach młócących kończyn i setkach ust rozwrzeszczanych w czerni nocy.
Mat pognał Oczko do cwału. Nie mieli innego wyjścia, jak przedrzeć się szarżą przez sam środek tego galimatiasu.
– Światłości! – krzyczał Talmanes, gdy pędzili ku gospodzie. – Światłości!
Mat tylko zaciskał zęby i pochylał się niżej nad karkiem Oczka. Pędząc przez koszmar, tulił włócznię do boku. Po ulicy kłębiły się ciała, noc rozdzierały krzyki. Podobnie jak Talmanes, drżał w obliczu tego okropieństwa, przekleństwa same wyrywały mu się z ust. Odnosił wrażenie, jakby sama noc chciała ich zadławić, zdusić, zmienić w potwory ciemności i mordu.
Oczko i pozostałe konie były dobrze wyszkolone, cwałowały w równym szyku. Mat ledwie uniknął upadku z siodła, kiedy jakieś czarne kształty przypadły do jego nóg, próbując ściągnąć go w dół. Wrzeszczały i syczały, jakby to legiony topielców usiłowały zabrać go za sobą w bezdenne, nieziemskie morze.
Pędzący obok Oczka wierzchowiec Delarna znienacka przysiadł na zadzie, spłoszony wyrosłą przed nim masą czarnych postaci, a Delarn wyleciał przez jego kark z siodła.
Mat ściągnął wodze Oczka, zawrócił w kierunku, skąd dobiegał krzyk – w jakiś sposób bardziej odległy i bardziej ludzki niż otaczające ich wycia.
– Mat! – krzyknął Talmanes, mijając go. – Jedź! Nie możemy się zatrzymać!
„Nie”, pomyślał Mat, dusząc w sobie narastającą panikę. „Nie, nie zostawię nikogo na taki los”. Wziął głęboki oddech i niepomny na wezwanie Talmanesa, skierował Oczko ku czarnej masie ciał zgromadzonych w miejscu, gdzie upadł Delarn. Strumienie potu spływały mu po czole, chłodzone pędem powietrza. Jęki, krzyki i syczenia zdawały się opadać go ze wszystkich stron.
Mat wrzasnął i zeskoczył z grzbietu Oczka – nie mógł wjechać na koniu w to zamieszanie, nie ryzykując stratowania tego, którego chciał uratować. Nienawidził walczyć po ciemku. Nie było czasu na myślenie, natychmiast zaatakował dwie czarne postacie, których twarzy nie potrafił dostrzec, prócz błysków zębów czy szalonych oczu, w których odbijały się resztki umierającego światła. Przelotnie przypomniała mu się inna noc, kiedy w podobnie nieziemskich ciemnościach zwyciężył Pomiot Cienia. Na szczęście aktualnym wrogom daleko było do zwinnych, śmiercionośnych Myrddraali. Koordynacją ruchów nie dorównywali nawet Trollokom.
Na moment zdało mu się, że walczy ze zmaterializowanymi cieniami rzucanymi przez ledwie migoczące światło płomieni, chaotycznymi i niezbornymi, a jednak groźnymi właśnie przez niemożność przewidzenia ich ruchów. Ledwie udało mu się uniknąć ciosu, który nie miał żadnego sensu, a który niechybnie strzaskałby mu czaszkę. Za dnia mógłby śmiać się z napastników, jednak w nocy ta horda mężczyzn i kobiet niedbających o to, w co uderzają i komu zadają ciosy, była naprawdę groźna. Mat walczył teraz o to, aby utrzymać się przy życiu, zataczając ashandarei szerokie łuki, by powalić bądź zabić. Kiedy coś się ruszało w ciemnościach, uderzał. Jak, na Światłość, znaleźć tu Delarna?
W ruchach któregoś z pobliskich cieni Mat dostrzegł formy szermiercze. Szczur Żujący Ziarno? Żaden z tych ludzi nie mógł tego znać. Zuch chłopak!
Odwrócił się w kierunku tego cienia, z półobrotu ciął dwa inne cienie przez pierś; odpowiedzią były głuche jęki, a potem skowyty bólu. Tymczasem sylwetka Delarna zniknęła pod stosem napastników. Z gardła Mata wydarł się krzyk sprzeciwu. Przeskoczył przez czyjeś ciało i wylądował na ugiętych nogach, a jego włócznia już opadała w wyprowadzonym na odlew zamachu. Żeleźce cięło na oślep po cieniach, malując je krwią – jeszcze jedną, ciemniejszą plamą – a on tymczasem odwrócił broń i końcem drzewca rozprawił się z kolejnym napastnikiem. Wreszcie sięgnął ręką w dół, podrywając jeden z cieni do pozycji siedzącej, i usłyszał stłumione przekleństwo. To był Delarn.
– Idziemy – rzucił, ciągnąc go ku stojącemu w ciemnościach Oczku. Wyszkolony rumak parskał zdenerwowany, ale nie ruszał się z miejsca – na szczęście napastnicy jakby go nie dostrzegali. Mat pchnął żołnierza w stronę konia i odwrócił się, pewny, że horda będzie go ścigać. Nie mylił się i już po chwili kolejny raz zatańczył z ciemnością w ulewie ciosów, próbując choć na moment oderwać się od tamtych, by móc wspiąć się na siodło. Zaryzykował krótkie spojrzenie przez ramię i zobaczył, że Delarn zdołał się wdrapać na grzbiet Oczka – choć siedział na nim przygarbiony, bezwładny niczym worek kartofli. Jak poważne mógł odnieść obrażenia? Mat sam ledwie trzymał się na nogach. Krew i krwawe popioły!
Natarł na przeciwników szerokim zamachem włócznią, próbując ich odrzucić. Lecz oni nie dbali o rany, nie lękali się Mata, jakkolwiek był groźny. Po prostu szli naprzód! Otaczali go. Zachodzili ze wszystkich stron. Krwawe popioły! Odwrócił się akurat w chwili, gdy ciemny kształt rzucał się na niego od tyłu.
Coś błysnęło w ciemnościach, odbijając blask odległego światła. Ciemny kształt za plecami Mata zwalił się na ziemię. Kolejny błysk i upadł kolejny napastnik. Nagle obok niego przemknęła postać na białym koniu, jeszcze jeden nóż błysnął w powietrzu i na ziemię padł kolejny człowiek.
– Thom! – zawołał Mat, rozpoznając w ciemnościach płaszcz.
– Na koń! – odkrzyknął Thom. – Zaczyna mi brakować noży!
Mat raz jeszcze ciął włócznią, powalając za jednym zamachem dwóch napastników, a potem skoczył na siodło, ufny, że Thom osłoni jego odwrót. I rzeczywiście, noc za jego plecami zaraz zajęczała okrzykami bólu. Parę chwil później rozległ się donośny tętent końskich kopyt na drodze, poprzedzający galopujący oddział. Mat usadowił się w siodle, podczas gdy rumaki wbiły się w czarną masę, rozrzucając ciała na boki.
– Mat, ty głupcze! – od jednej z sylwetek jeźdźców, ledwie widocznych na tle nocy, dobiegł go głos Talmanesa.
Mat uśmiechnął się doń z wdzięcznością, zawrócił Oczko, równocześnie w ostatniej chwili chwytając Delarna, który już ześlizgiwał się z grzbietu wierzchowca. Czerwonoręki żył, ponieważ lekko się szarpnął, ale bok jego kaftana był śliski od wilgoci. Puściwszy wodze, Mat przytrzymywał go przed sobą, a koniem kierował wyłącznie za pomocą nóg. Nigdy nie uczył się komend dla bojowego rumaka, niemniej znalazł je w tych przeklętych wspomnieniach, więc wyszkolił Oczko tak, aby był im posłuszny.
Thom przegalopował obok nich i Mat puścił Oczko w ślad za nim, jedną ręką otaczając Delarna, a drugą dzierżąc włócznię. Talmanes i Harnan jechali po obu jego bokach, szarżując przez tunel ciemności dzielący ich od gospody na jego końcu.
– Trzymaj się, chłopie – szeptał Mat do Delarna. – Nie poddawaj się. Aes Sedai są niedaleko. Połatają cię.