Выбрать главу

Delarn wyszeptał coś niezrozumiale. Mat pochylił się nad nim.

– Co mówisz?

– …rzucimy kości i wybiegniemy w ciemną noc – szeptał Delarn. – Żeby zatańczyć z Widmowym Jakiem.

– Świetnie – mruknął Mat. W tej samej chwili dostrzegł przed sobą światła i uznał, że to muszą być okna gospody. Może w końcu znaleźli jakieś miejsce w tej przeklętej wiosce, gdzie ludziom nie poprzewracało się w głowach.

Lecz nie. Kiedy znaleźli się bliżej, zrozumiał, że światła zdały mu się znajome nie dlatego, iż stanowiły swojski widok oświetlonej gospody, lecz ponieważ widział je wielokrotnie w innych okolicznościach. Za oknami górnego piętra rozbłyskiwały kule ognia.

– No tak – odezwał się jadący po jego lewej stronie Talmanes – wygląda na to, że Aes Sedai wciąż żyją. To już coś.

Przed frontem gospody tłoczyły się ludzkie sylwetki, zmagające w ciemnościach, ich kontury co chwilę rysowały rozbłyski światła w oknach.

– Wejdźmy od tyłu – zaproponował Thom.

– Ruszamy – zgodził się Mat, mijając walczące kształty. Talmanes, Thom i Harnan ruszyli w ślad za Oczkiem. Po drodze Mat błogosławił swoje szczęście, które nie pozwoliło, żeby kopyta wierzchowców ugrzęzły w jakiejś dziurze albo w koleinach wyżłobionych w miękkiej ziemi wokół gospody. Mogłoby się to skończyć dla konia złamaniem nogi, a dla nich wszystkich katastrofą.

Na tyłach gospody panowała cisza. Mat zatrzymał Oczko. Thom zeskoczył ze swego wierzchowca ze zręcznością, która zadawała kłam jego wcześniejszym utyskiwaniom na podeszły wiek. Przywarł do ściany budynku i wyjrzał zza rogu, aby sprawdzić, czy nie są ścigani.

– Harnan! – rozkazał, wskazując grotem włóczni stajnie. – Wyprowadź konie kobiet i przygotuj do jazdy. Osiodłaj, jeśli dasz radę, jeśli nie, pojadą na oklep. Z woli Światłości, nie będziemy musieli daleko uciekać, wystarczy mila może trochę więcej, żeby tylko wydostać się z tego miejsca i tego szaleństwa.

Harnan zasalutował w ciemnościach, po czym zsiadł z konia i pobiegł do stajni. Mat rozejrzał się wokół siebie, by sprawdzić, czy nikt nie wyskoczy z mroku, a potem spytał Delarna, wciąż skulonego przed nim na grzbiecie Oczka:

– Rozumiesz, co do ciebie mówię?

Delarn słabo kiwnął głową.

– Tak, Mat. Ale dostałem pchnięcie w brzuch. Ja…

– Idziemy teraz po Aes Sedai – poinformował go Mat. – Ty musisz tylko siedzieć prosto. Zostań w siodle, dobrze?

Delarn powtórnie kiwnął głową. Widząc, jak tamten słabnie w oczach, Mat zawahał się, lecz w tym samym momencie Delarn ujął wodze Oczka, a w jego ruchach widoczna była determinacja. Więc Mat ześlizgnął się z siodła, trzymając ashandarei w gotowości.

– Mat – szepnął Delarn z siodła.

Mat się odwrócił.

– Dziękuję ci. Za to, że po mnie wróciłeś.

– Nie zostawiłbym nikogo na pastwę czegoś takiego – powiedział Mat, czując przeszywający go dreszcz. – Śmierć na polu bitwy to jedno, ale umrzeć tutaj, w tych ciemnościach… Ale to ci już nie grozi. Talmanesie! Rozejrzyj się za jakimś światłem.

– Pracuję nad tym – od strony tylnych drzwi gospody dobiegło go zapewnienie Cairhienianina. Po chwili znalazł wiszącą gdzieś lampę. W ciemnościach zabrzmiało kilka uderzeń krzesiwa i zaraz potem słaba, łagodna poświata zalała tylne podwórze gospody. Talmanes jednym ruchem zamknął przesłonę, ograniczając zasięg światła.

Ze swego posterunku wrócił Thom.

– Nikt za nami nie idzie, Mat – oznajmił.

Mat pokiwał głową. W słabym świetle latarni dostrzegł wreszcie, że Delarn wygląda kiepsko. Mundur przesiąknięty krwią z rany w brzuchu, liczne głębokie zadrapania na twarzy, kurtka w strzępach, jedno oko całkowicie zapuchnięte.

Mat wyciągnął chustkę z kieszeni kaftana, podniósł rękę do góry i sięgnął ponad siodło Oczka, przyciskając ją do brzucha Delarna.

– Trzymaj mocno. Jak to się stało? Przecież nie mieli broni.

– Jednemu udało się wyrwać mi miecz – wyjaśnił żołnierz i jęknął. – Kiedy już miał go w ręku, okazało się, że potrafi się nim posłużyć.

Talmanes otworzył tylne drzwi gospody. Spojrzał na Mata, skinął głową. Droga wolna.

– Zaraz wracamy – obiecał Mat Delarnowi. Swobodnie trzymając ashandarei, w kilku krokach pokonał krótki dystans dzielący go od drzwi, a potem przystanął na moment i skinął głową Talmanesowi oraz Thomowi. We trzech weszli do środka.

Drzwi prowadziły do kuchni. Mat obrzucił wzrokiem ciemne pomieszczenie, a Talmanes szturchnął go w bok, wskazując kilka kształtów na podłodze. Wąska smużka światła latarni wyłowiła z mroku dwóch kuchcików, bardzo młodych, nie mieli więcej niż dziesięć lat, leżących ze skręconymi karkami. Mat odwrócił wzrok, opanował oddech i wszedł do pomieszczenia. Światłości! Tacy młodzi chłopcy, ale i ich nie ominęło to szaleństwo.

Thom ponuro pokręcił głową. Całą trójką ostrożnie ruszyli naprzód. W korytarzu znaleźli kucharza -stękał, tłukąc pięściami po głowie drugiego mężczyznę, zapewne karczmarza. A przynajmniej na to wskazywał czysty biały fartuch, który tamten miał na sobie. Mężczyzna już nie żył. Kucharz zobaczył ich, gdy tylko weszli na korytarz, a w jego oczach zapłonęła żądza krwi. Mat z najwyższą niechęcią uderzył włócznią, uciszając kucharza, zanim tamten zdążył zawyć i ściągnąć tu innych.

– Na schodach trwa walka – powiedział Talmanes, skinieniem głowy wskazując kierunek.

– Założę się, że to schody dla służby – zauważył Thom. – Lokal jest na tyle porządny, żeby mieć takie.

Okazało się, że miał rację. Po pokonaniu dwóch korytarzy znaleźli wąskie, chwiejne schody wiodące w ciemność. Mat wziął głęboki oddech i ruszył schodami na górę, trzymając ashandarei w pogotowiu. Budynek gospody miał tylko jedno piętro i właśnie tam Mat widział od frontu rozbłyski ognistych kul.

Weszli na piętro. Zza drzwi uderzył w nich swąd spalonego mięsa. Ściany korytarza były tu zrobione z drewnianych desek pokrytych grubą warstwą białej farby. Podłogę pokrywał dywan w kolorze ciemnego brązu. Mat skinął głową na Thoma i Talmanesa, a potem wszyscy razem – z uniesioną bronią – wypadli ze schodów na korytarz.

W ich stronę natychmiast poleciała kula ognia. Mat zaklął, rzucił się w tył i wpadł na Talmanesa. Ledwo uniknął spalenia. Thom z przystającą bardowi zręcznością przypadł do podłogi, zaś Mat i Talmanes omal nie stoczyli się po schodach z powrotem na dół.

– Krwawe popioły! – krzyknął Mat w głąb korytarza. – Co ty sobie właściwie wyobrażasz?

Odpowiedziała mu cisza. Wreszcie rozległ się głos Joline:

– Cauthon? – zawołała.

– A myślisz, że, cholera, kto? – odkrzyknął.

– Nie wiedziałam! – odpowiedziała. – Pojawiliście się znienacka, z wyciągniętą bronią. Chcieliście, żebyśmy was pozabijały?

– Przybyliśmy wam na ratunek! – wrzasnął Mat.

– Jesteś pewien, że potrzebujemy ratunku? – usłyszał w odpowiedzi.

– Cóż, wciąż tam tkwicie, czyż nie? – zrewanżował się Mat.

Przez chwilę trwała cisza.

– Och, na litość Światłości – powiedziała w końcu Joline wciąż uniesionym głosem. – Przyjdziecie tutaj?

– Ale najpierw obiecaj, że nie rzucisz we mnie kulą ognia – mruknął pod nosem Mat i wszedł na korytarz. Talmanes ruszył za nim, Thom tymczasem podnosił się z podłogi. Trzy Aes Sedai stały u szczytu szerokich zdobionych schodów na drugim końcu korytarza. Teslyn i Edesina w dalszym ciągu ciskały kulami ognia w niewidocznych mieszkańców miasteczka na dole. Włosy miały mokre, suknie w nieładzie, jakby ubierały się w pośpiechu. Joline miała na sobie przyklejony do ciała biały płaszcz kąpielowy, jej śliczna twarz była spokojna, pozlepiane, mokre włosy przewieszone przez prawe ramię. Dekolt płaszcza kąpielowego był lekko rozchylony, ukazując fragment skóry.