Talmanes gwizdnął cicho.
– To nie jest kobieta – szepnął ostrzegawczo Mat. – To jest Aes Sedai. Próba patrzenia na nią jako kobietę może się źle skończyć.
– Próbuję nie widzieć – poinformował go Talmanes. – Ale to niełatwe. – Zawahał się, a potem dodał: – Żebym sczezł.
– Bądź ostrożny albo naprawdę sczeźniesz w jej ogniu – zapewnił go Mat, naciągając lekko rondo kapelusza na czoło. – Właściwie omal cię to przed chwilą nie spotkało.
Talmanes westchnął i we trzech przeszli korytarzem do miejsca, gdzie stały kobiety. Tuż za progiem łazienki trwali w gotowości dwaj Strażnicy Joline z obnażonymi mieczami. W kącie znajdowało się kilkanaścioro służby, wszyscy związani. Para młodych dziewczyn, prawdopodobnie kąpielowe, oraz mężczyźni w kamizelkach i spodniach. Wyglądało na to, że więzy sporządzono z sukni Joline. Jedwab z pewnością nadawał się do tego celu lepiej niż ręczniki. Blisko szczytu schodów, u stóp Aes Sedai, wzrok Mata wyłowił z mroku kłębowisko ciał – polegli nie od ognia, lecz miecza.
Joline zmierzyła zbliżającego się Mata spojrzeniem, z którego można było wnosić, że uważa, iż to wszystko jego wina. Otuliła się ciaśniej płaszczem kąpielowym i zaplotła ramiona na piersiach, Mat nie był pewny, czy był to skutek spojrzeń Talmanesa, czy zrobiła to odruchowo.
– Musimy ruszać – powiedział, zwracając się do trzech kobiet. – Miasto całkiem oszalało.
– Nie możemy – sprzeciwiła się Joline. – Przecież nie zostawimy tych służących na pastwę motłochu. Poza tym musimy znaleźć pana Tobrada i upewnić się, że jest bezpieczny.
– Pana Tobrada, który jest tu karczmarzem? – zapytał Mat.
Zanim skończył, w dół schodów pomknęła kula ognia.
– Tak – potwierdziła Joline.
– Za późno – poinformował ją Mat. – Jego mózg już zdążył stać się dekoracją ścian na dole. Posłuchaj, jest tak, jak mówię: całe miasteczko oszalało. Ci służący chcieli was zabić, prawda?
Joline wahała się przez moment, w końcu przyznała:
– Tak.
– Zostawcie ich – powiedział Mat. – Nic już nie jesteśmy w stanie dla nich zrobić.
Joline się zawahała.
– Ale gdybyśmy zaczekali do świtu…
– I do tego czasu co? – przerwał jej Mat. – Spalicie na popiół każdego, kto będzie chciał się wdrapać po tych schodach? Robicie tu tylko zamieszanie, które wciąż przyciąga kolejnych ludzi. Żeby wytrwać na posterunku, będziecie musiały pozabijać ich wszystkich.
Joline popatrzyła po pozostałe Aes Sedai.
– Posłuchaj… – ciągnął Mat. – Mam tam na dole rannego Czerwonorękiego i chcę go wydostać z tego bałaganu żywego. Dla tych ludzi już nic nie możecie zrobić. Podejrzewam, że wasi Strażnicy musieli pozabijać wszystkich, którzy leżą na schodach, zanim poczułyście się na tyle zagrożone, żeby użyć Mocy. Chyba jednak już rozumiecie, czego się można po nich spodziewać.
– W porządku – zgodziła się Joline. – Ruszamy. Ale weźmiemy ze sobą te dwie służące. Blaeric i Fen mogą je nieść.
Mat westchnął – wolałby mieć do dyspozycji miecze Strażników na wypadek, gdyby wpadli w jakieś kłopoty – ale nic już nie powiedział. Skinął głową Talmanesowi i Thomowi, a potem niecierpliwie czekał, aż Strażnicy podniosą dziewczyny i zarzucą je na ramiona. Po chwili całą grupką zeszli szybko schodami dla służby – Talmanes pierwszy, Mat zamykał pochód. Z korytarza dobiegły stłumione krzyki gniewu i radości, gdy mieszkańcy miasteczka na dole drugich schodów zdali sobie sprawę, że przestały na nich lecieć ogniste kule. Potem rozległ się tupot, wrzaski, odgłos otwieranych drzwi i Mat wtulił głowę w ramiona, wyobrażając sobie, co się dzieje za drzwiami łazienki, gdzie zostawili związanych służących.
Całą grupą wypadli przez tylne drzwi gospody, Mat zobaczył Delarna leżącego na ziemi obok Oczka. Klęczący przy nim Harnan uniósł wzrok i spojrzał na Mata zalęknionymi oczami.
– Mat! – powiedział. – Delarn spadł z siodła. Nie… Urwał, gdy Edesina podbiegła do niego, uklękła i pochyliła się nad Delarnem. Zamknęła oczy i w tej samej chwili Mat poczuł chłód bijący od medalionu. Zadrżał, wyobrażając sobie, jak Jedyna Moc wypływa z Aes Sedai i wnika w ciało żołnierza.
Krwawe popioły, to było niemal równie paskudne co umieranie! Ścisnął medalion przez płótno koszuli.
Delarn zesztywniał, lecz po chwili jęknął i otworzył oczy.
– Zrobione – oznajmiła Edesina, wstając. – Skutkiem Uzdrawiania będzie przez jakiś czas osłabiony, ale zdążyłam.
Gdy byli w gospodzie, Harnan wyprowadził konie ze stajni i je osiodłał, niech Światłość go błogosławi! Dobry żołnierz. Kobiety dosiadły wierzchowców, oglądając się za siebie na gospodę.
– Sprawiało to takie wrażenie, jakby ciemność ich odurzała – mówił Thom, podczas gdy Mat pomagał Delarnowi wspiąć się na siodło Oczka. – Jakby Światłość o nich zapomniała, porzucając na pastwę Cienia…
– Nic nie możemy na to poradzić – wszedł mu w słowo Mat, wskakując na grzbiet swego konia i siadając za Delarnem. Po Uzdrawianiu żołnierz był zbyt słaby, żeby jechać sam. Mat obrzucił przelotnym spojrzeniem dwie służące, które Strażnicy przewiesili przez grzbiety swoich wierzchowców. Szarpały się w więzach, nienawiść wyglądała z ich oczu. Następnie odwrócił się i skinął głową Talmanesowi, który tymczasem przymocował latarnię do siodła. Cairhienianin otworzył przesłonę i podwórze stajni zalała mętna poświata. Mieli przed sobą drogę na północ, w ciemność. W kierunku dokładnie przeciwnym niż stacjonowała armia, lecz równocześnie bezpośrednio ku granicy miasteczka, za którą wznosiły się wzgórza. Dobre i to.
– Jedźmy – powiedział Mat, podrywając Oczko do biegu.
Pozostali natychmiast ruszyli.
– Mówiłem, że powinniśmy się stąd wynosić – zauważył jadący po jego lewej ręce Talmanes, nie przestając się oglądać przez ramię. – Ale ty musiałeś zagrać tę ostatnią kolejkę.
Mat nie patrzył za siebie.
– To nie moja wina, Talmanesie. Skąd mogłem wiedzieć, że gdy zostaniemy, tamci rzucą się sobie do gardeł?
– Jak to? – zdziwił się Talmanes, zerkając na niego. – To ludzie nie reagują w ten sposób zawsze, kiedy chcesz zostać na noc?
Mat przewrócił oczami, lecz nie było mu do śmiechu. W milczeniu na czele grupy opuszczał miasteczko.
Kilka godzin później Mat siedział na skalnej odkrywce na zboczu wzgórza i spoglądał w dół na Hinderstap. Miasteczko spowijał mrok. Nie paliło się żadne światło. Z miejsca, gdzie się znajdował, nie sposób było dostrzec, co się tam dzieje, niemniej wciąż nie potrafił oderwać oczu. Jak tu zasnąć po takich przejściach?
Cóż, żołnierze nie mieli z tym kłopotów. Do Delarna trudno było mieć pretensje. Uzdrawianie Aes Sedai potrafiło dać się we znaki. Mat miał już okazję poczuć na własnej skórze towarzyszący mu lodowaty dreszcz i nie miał najmniejszego zamiaru przeżywać tego raz jeszcze. Talmanes i Harnan nie mieli wymówki w postaci Uzdrawiania, ale byli żołnierzami, zaś żołnierze uczyli się spać, kiedy i gdzie tylko można, a poza tym wydarzenia minionej nocy nie wstrząsnęły nimi tak bardzo jak Matem. Prawda, w trakcie trwania tego koszmaru też swoje przeszli, niemniej teraz była to dla nich tylko zakończona bitwa. Bitwa, którą przeżyli. Kiedy szykowali sobie posłania na noc, Harnan potrafił nawet zażartować i parę razy się uśmiechnął.
Ale nie Mat. Czuł, że wszystko to, co się wydarzyło, było nie w porządku. Nie mógł się opędzić od pytań. Czy godzina milicyjna miała przeciwdziałać temu, co się stało? Czy decyzją pozostania w miasteczku przyczynił się do tych wszystkich śmierci? Krew i krwawe popioły. Czy świat już całkiem zwariował?