Выбрать главу

– Twoje złoto jest na wozie przed domem – poinformował go burmistrz. – Nie wzięliśmy z powrotem nic z tego, co wygrałeś. Całe jedzenie jest twoje. – Spojrzał Matowi w oczy. – My dotrzymujemy słowa. Na resztę nie mamy wpływu, zwłaszcza gdy ktoś nie przestrzega naszych praw. Jednak nie okradamy nikogo tylko dlatego, że jest obcy.

– To nadzwyczaj uprzejmie z waszej strony – bezbarwnym głosem odrzekł Mat, otwierając drzwi. – Życzę więc miłego dnia, a kiedy nastanie noc, żebyś nie zabił nikogo, kogo ja bym nie zabił. Idziesz, Thom?

Bard ruszył za nim, kulejąc lekko – widocznie stara rana nie przestawała mu dokuczać. Stojąc w drzwiach, Mat raz jeszcze obejrzał się na Barldena, który z podwiniętymi rękawami stał pośrodku pokoju, wbijając wzrok w kubek z herbatą. Wyglądało, jakby żałował, że w kubku nie ma czegoś mocniejszego.

– Biedny człowiek – powiedział Mat, wychodząc na światło dnia.

Thom zamknął za nimi drzwi.

– Jak rozumiem, poszukamy teraz tego, kto rozprowadza rysunki z twoją podobizną? – zapytał bard.

– To jasne jak Światłość – odparł Mat, mocując ashandarei do siodła Oczka. – To po drodze do Czterech Królów. Wezmę twojego konia, jeżeli dasz sobie radę z wozem.

Thom skinął głową. Nie odrywał wzroku od domu burmistrza.

– O co chodzi? – zapytał Mat.

– Nic, chłopcze – pospiesznie odparł bard. – Po prostu… cóż, to strasznie smutna opowieść. Z tym światem coś jest coraz bardziej nie w porządku. Wzór jest w tym miejscu rozdarty. Każdej nocy miasto rozłazi się w szwach, a potem rankiem świat próbuje stworzyć je od nowa, żeby przywrócić ład.

– Cóż, powinni być bardziej otwarci – odrzekł Mat.

Kiedy on i Thom rozmawiali w środku z burmistrzem, mieszkańcy miasteczka przyprowadzili wóz. Zaprzężony był w dwa mocno zbudowane konie pociągowe, ciemno umaszczone i o szerokich kopytach.

– Bardziej otwarci? – zdziwił się Thom. – Niby jak? Burmistrz ma rację, próbowali nas ostrzec.

Mat prychnął, a potem podszedł do wozu, żeby otworzyć szkatułę ze swoim złotem. Burmistrz mówił prawdę, wszystko było na miejscu.

– Nie wiem… – zawiesił głos. – Powinni postawić przed miasteczkiem jakiś znak ostrzegawczy. „Szanowni podróżni. Witajcie w Hinderstap. Jeżeli nie opuścicie miasteczka przed zachodem słońca, w nocy was zamordujemy i wygryziemy wam oczy. Polecamy nasze ciasta, Martna Bailey codziennie piecze świeże”.

Thom się nie zaśmiał.

– Kiepsko ci to wyszło, chłopcze. Taki lekki ton nie przystoi cierpieniom tego miejsca.

– Zabawna rzecz – odrzekł Mat. Odliczył ilość złota mniej więcej równą wartości jedzenia i wozu. Po chwili namysłu dorzucił jeszcze dziesięć srebrnych koron. Ułożył monety w stosik na ganku domu burmistrza, wrócił do wozu i zamknął szkatułę. – Im bardziej wszystko wokół nabiera tragicznych barw, tym bardziej chce mi się śmiać.

– Naprawdę bierzemy ten wóz?

– Prowiant jest nam potrzebny– oznajmił Mat, ładując kuferek na skrzynię wozu. Obok baryłek ale pyszniły się tam wielkie kręgi białego sera i pół tuzina baranich udźców. Jedzenie pachniało tak smakowicie, że aż mu zaburczało w żołądku. – Uczciwie go wygrałem. – Obrzucił wzrokiem mijających ich ludzi. Kiedy poprzedniego dnia widział ich po raz pierwszy, doszedł do wniosku, że ospałość ich ruchów musi być skutkiem leniwej natury. Teraz wiedział już, że chodzi o coś całkiem innego.

Wrócił do pracy przy wozie, sprawdzając popręgi jucznych zwierząt.

– Przynajmniej wóz i konie zabieram bez żadnego wahania. Wątpię, aby ci ludzie w najbliższej przyszłości dokądkolwiek się wybierali…

29.

Do Bandar Eban.

Moiraine Damodred, która zginęła, ponieważ okazałem się słaby.

Rand ściągnął lekko wodze Tai’daishara, puszczając konia stępa. Wjeżdżał właśnie pod sklepienie masywnej bramy Bandar Eban, za sobą miał swój orszak, z przodu szeregi Aielów. Słyszał gdzieś, że skrzydła wrót zdobi wielki rzeźbiony herb miasta, ponieważ jednak teraz były rozwarte, nie mógł sprawdzić, czy naprawdę tak jest.

„Sprzymierzona z Ciemnością bezimienna, której uciąłem głowę na murandiańskich wzgórzach. Twarze jej kamratów dawno zatarł czas, jej nie zapomnę nigdy”.

Odmawiał w myślach swoją litanię. Stało się to już niemal codziennym rytuałem: imiona wszystkich kobiet, które zginęły z jego ręki lub których śmierć była skutkiem jego decyzji i działań. A równocześnie przyglądał się bitej drodze za murami miasta i siatce kolein na najbliższym skrzyżowaniu. Ziemia była tu jaśniejsza niż w innych częściach świata.

„Colavaere Saighan, która umarła, ponieważ przeze mnie znalazła się w biedzie”.

Na drodze orszaku stały tłumy Domani: kobiety w zwiewnych szatach, mężczyźni z cienkimi wąsikami i w kolorowych kaftanach. Równolegle do bitej ziemi ulicy biegły drewniane chodniki, na których ludzie przystawali, patrzyli. Ponad głowami łopotały flagi i transparenty, których w tym mieście było zaskakująco dużo.

Listę Randa zawsze otwierało imię Moiraine. I towarzyszący mu ból był największy, ponieważ w swoim przekonaniu mógł ją uratować. Powinien uratować. Nienawidził sam siebie za to, że dopuścił, aby poświęciła się za niego.

Jakieś dziecko zeszło z chodnika i już miało wybiec na ulicę, gdy ojciec schwycił je za rękę i z powrotem wciągnął w ciżbę. Tłum był wprawdzie gęsty, ale dziwnie cichy. Niektórzy gapie pokasływali od czasu do czasu, inni coś mruczeli, lecz tylko tupot butów żołnierzy Randa po ubitej ziemi brzmiał niczym grom.

A może Lanfear też została przywrócona do życia? Skoro mógł powstać z martwych Ishamael, czemu nie ona? W takim wypadku śmierć Moiraine byłaby daremna, a jego dawne tchórzostwo stałoby się jeszcze bardziej gorzkie. Nigdy więcej. Imiona tych kobiet będą mu towarzyszyć aż do śmierci, zanim ta jednak nadejdzie, już nigdy nie okaże słabości udaremniającej zrobienie tego, co konieczne.

W milczącym tłumie na chodnikach nie zabrzmiał nawet pojedynczy okrzyk radości. Cóż, nie przybył tutaj, aby ich wyzwolić. Przybył, żeby zrobić to, co konieczne. Może gdzieś tu kryje się Graendal – Asmodean twierdził wprawdzie, że preferuje ona wiejskie okolice, lecz kiedy to było. Gdyby udało się ją pojmać, z pewnością ulżyłoby to jego sumieniu.

Lecz czy naprawdę to, co go dręczy, to wyrzuty sumienia? Nie był do końca pewny.

„Liah z Cosaida Chareen, którą zabiłem, przekonując samego siebie, że to dla jej dobra”. Dziwne, ale w pewnym momencie do litanii przyłączył się Lews Therin – cichy głos niczym echo w głowie Randa.

Duży oddział Aielów oczekiwał go pośrodku miejskiego placu; za ich plecami miedziane konie wielkiej fontanny cwałowały w wodnej mgiełce. Obok fontanny stał komitet powitalny: mężczyzna na koniu z gwardią honorową. Był potężnej postury, o surowej, pobrużdżonej twarzy i siwych włosach. Czoło miał wygolone i upudrowane na modłę cairhieniańskich żołnierzy. Godny zaufania Dobraine’a przynajmniej jak na Cairhienianina.

„Sendara z Żelaznej Góry Taardad, Lamelle z Dymiących Wód Miagoma, Andhilin z Czerwonej Soli Goshien”.

„Illyena Therin Moerelle” – dodał Lews Therin, wtrącając imię żony między dwie kobiety Aielów. Rand nie zaprotestował. Dobrze przynajmniej, że tym razem imieniu nie towarzyszyły łkania i zawodzenia.