Выбрать главу

– Lordzie Smoku – powiedział spokojnie Dobraine, kłaniając się nadjeżdżającemu Randowi. – Ofiarowuję ci miasto Bandar Eban. Zgodnie z twoimi rozkazami porządek został przywrócony.

– Prosiłem cię o przywrócenie porządku w całym kraju, Dobraine – cicho sprostował Rand. – Nie tylko w jednym mieście.

Szlachcicowi z lekka zrzedła mina.

– Prosiłem cię też, abyś znalazł przynajmniej jednego członka Rady Kupców. Czy tak się stało? – dopytywał się dalej.

– Tak – odrzekł Dobraine. – Nazywa się Milisair Chadmar. Reszta uciekła z miasta w obliczu chaosu, jaki tu zapanował. – Jego oczy błyszczały gotowością. Był dzielnym człowiekiem, lecz może to podstęp? Rand miał ostatnio trudności z zaufaniem komukolwiek. Najbardziej musiał uważać na tych, którzy wydawali się najbardziej godni zaufania. A Dobraine był Cairhienianinem. Czy mógł ufać komukolwiek z Cairhienian?

„Moiraine była Cairhienianką. Ufałem jej. Choć nie do końca”. Może Dobraine liczył, że Rand osadzi go na tronie Arad Doman? Był jego namiestnikiem nad Cairhien, lecz wiedział, podobnie jak większość jego rodaków, że Rand przeznaczył Tron Słońca dla Elayne.

Cóż, w sumie nie miałby nic przeciwko, aby Dobraine zasiadł na tutejszym tronie. Był lepszym kandydatem niż większość pozostałych. Teraz skinął mu tylko głową, każąc się prowadzić do ostatniego pozostałego w mieście przedstawiciela władz. Dobraine zawrócił konia i na czele oddziału Aielów skręcił w szeroką boczną ulicę. Rand tymczasem powrócił do swych myśli i swej litanii.

Z roztargnieniem przyglądał się miastu. Budynki były tu wysokie i kanciaste, przypominały pudełka ustawione jedne na drugich. Na licznych balkonach stali mieszkańcy, równie zaciekawieni i czujni, jak tłumy na chodnikach.

Wraz z każdym imieniem w sercu Randa odzywał się ból, dziwnie teraz stłumiony. Od dnia, w którym zabił Semirhage, jego uczucia stały się… jakieś inne. W ciągu paru krótkich chwil nauczyła go, jak ukrywać poczucie winy i cierpienie. Chciała uczynić zeń niewolnika, zamiast tego dała mu siłę.

Litania obejmowała obecnie również jej imię oraz imię Elzy. Sam nie bardzo potrafił to pojąć. Semirhage była nie tyle kobietą, ile potworem. Elza zdradziła go, gdyż od początku służyła Cieniowi. Niemniej wymieniał ich imiona wraz z pozostałymi. W końcu zabił je, jak tamte. I żadną miarą nie mógł zaprzeczyć, że taki właśnie miał zamiar. Wtedy, za pierwszym razem, nie kalkulował – życie Lanfear za życie Moiraine, teraz całkiem świadomie użył ognia stosu, by unicestwić Semirhage, wymazać ją ze Wzoru, żeby już nigdy nie mogła mieć go w swej mocy.

Palcami musnął przedmiot spoczywający w sakwie przy siodle. Pogłaskał przez materiał gładką powierzchnię statuetki. Nie powiedział Cadsuane, że słudzy zabrali ją z jej pokoju. l już nie powie, gdyż na zawsze zakazał jej się do siebie zbliżać. Rzecz jasna, doskonale wiedział, że ciągnie gdzieś w ogonie jego orszaku, korzystając z literalnej interpretacji jego zakazu, w którym wspominał, że nigdy nie chce „widzieć jej twarzy”. Niemniej, robiła co jej kazał, więc niech tak będzie. O żadnej rozmowie jednak nie mogło być mowy.

Cadsuane była narzędziem, które okazało się bezużyteczne. Nie brakowało mu jej.

„Jendhilin, Panna Włóczni z Chłodnej Turni Miagoma” – pomyślał, a Lews Therin echem powtórzył jej imię. Litania ciągnęła się długo. I miała stać się jeszcze dłuższa, zanim nadejdzie kres.

Śmierć przestała go przerażać. W końcu pojął błagania Lewsa Therina o to, aby nadeszła jak najszybciej. Zastanawiał się raczej, czy istnieje śmierć na tyle ostateczna, żeby pozwoliła uniknąć konieczności odradzania się w Kole Czasu. W końcu dotarł do ostatniego imienia. Ułożył sobie listę dawno temu, aby nigdy nie zapomnieć. Teraz było to już niemożliwe, nawet gdyby chciał. Powtarzał więc w myślach te imiona, żeby wspominać siebie takim, jakim był niegdyś.

Jednak Lews Therin nie miał zamiaru zamilknąć. Wyszeptał jeszcze jedno imię:

„Elmindreda Farshaw”.

Rand mimowolnie ściągnął wodze Tai’daishara, czym zmusił do zatrzymania kolumnę Aielów, saldaeańską kawalerię i resztę swego orszaku. Dobraine odwrócił się na swym siwym rumaku, patrząc pytająco.

„Nie zabiłem jej!” – pomyślał Rand. „Lewsie Therinie, ona żyje. Nie zabiliśmy jej! A poza tym, to Semirhage chciała ją zabić”. Odpowiedzią było milczenie. A on znowu poczuł, jak jego palce zaciskają się na jej szyi, jak ją duszą, bezwolne, a równocześnie niewiarygodnie silne. I choć palcami tymi kierowała wola Semirhage, wina Randa we własnym mniemaniu polegała na tym, że okazał się zbyt słaby, aby odesłać Min w jakieś bezpieczne miejsce.

Nie odesłał jej. Tym razem nie przez swoją słabość, lecz dlatego, że przestał się troszczyć o los innych. Nie zobojętniała mu – kochał ją gorąco i nigdy nic się tutaj nie zmieni. Zrozumiał jednak, że śmierć, ból i zagłada zawsze będą szły w ślad za nim, nieodłączne niczym cień. Być może przy jego boku Min czeka śmierć, lecz gdyby ją odesłał, jej los byłby równie niepewny. Wrogowie musieli się przecież domyślać, że ją kocha.

Nie istniało miejsce, w którym byłaby bezpieczna. Jeżeli zginie, Rand po prostu dołączy jej imię do litanii cierpienia.

Ruszył naprzód, zanim ktokolwiek zdążył zapytać, co się stało. Stukot kopyt Tai’daishara poniósł się stłumionym echem po bitej nawierzchni ulicy, teraz wilgotnej. Deszcze były tu częste. Bandar Eban było głównym portem północnego wschodu. Choć miasto nie dorównywało wielkością metropoliom południa, na przybyszach wywierało stosowne wrażenie. Niekończące się szeregi drewnianych kwadratowych domów – o cofniętych wyższych piętrach przywodzących na myśl dziecięce klocki poukładane jeden na drugim – ciągnęły się jak miasto długie i szerokie, schodząc w dół lekką pochyłością do wielkiego portu.

Tam miasto rozpościerało się najszerzej – na mapie wyglądało niczym głowa o szeroko rozdziawionych ustach, próbujących wypić cały ocean. Teraz jednak nabrzeża były właściwie puste, wyjątek stanowił zespół okrętów Ludu Morza – trójmasztowych rakerów – oraz kilka kutrów rybackich. Lecz dla tych kilkunastu jednostek port był po prostu zbyt duży, co pogłębiało wrażenie opuszczenia.

Widoczny znak, że w Bandar Eban źle się dzieje.

Oprócz ziejącej pustką przystani następną rzeczą, jaka rzucała się w oczy, były niezliczone flagi, proporce i transparenty powiewające nad ulicami miasta. Zawieszone na masztach sterczących z dachów, zwisające ze ścian niemal wszystkich budynków, nieważne jak skromnych. Wiele proporców prezentowało godła rzemiosł, jakimi parali się mieszkańcy – taką samą rolę pełniły w Caemlyn znacznie skromniejsze drewniane szyldy. Po ścianach budynków spływały transparenty, na których jaskrawymi literami wypisano imiona ich właściciela, mistrza rzemiosł lub kupca. Nawet zwykłe domy szczyciły się proporcami z nazwiskiem mieszkających w nich rodzin.

Lud Domani był miedzianoskóry i ciemnowłosy, a ponadto skłonny do ekstrawagancji w ubiorze. Na całym świecie kobiety Domani cieszyły się zasłużoną sławą, czy raczej niesławą dla swych sukien, tak przejrzystych, że aż ocierało się to o nieprzyzwoitość. Powiadano też, że od najmłodszych lat dziewczęta Domani były wprawiane przez matki i ciotki w sztuce manipulowania mężczyznami, co miało je przygotować do dorosłości.

Widok tego barwnego tłumu zgromadzonego na chodnikach niemal zdołał wyrwać Randa z ponurej zadumy. Może jeszcze rok temu rozglądałby się wokół z rozdziawionymi ustami, teraz potrafił poświęcić im jedynie przelotne spojrzenie. W pewnym momencie uderzyło go, że w tłumie Domani nie robili takiego wrażenia, gdy było ich tak wielu. Samotny kwiat na polu pełnym zielska zawsze zachwyca, zaś codzienne spacery obok zadbanych rabat sprawiają, że przestaje się na nie zwracać uwagę.