Choć był rozkojarzony, nie umknęły mu oznaki wynędznienia. Lekko zdziczały wyraz w oczach dzieci, wyciągnięte twarze dorosłych. Jeszcze kilka tygodni temu w mieście panował chaos, dopiero Dobraine z Aielami przywrócił porządek. Tu i ówdzie w oknach brakowało szyb, drewniane ściany były popękane, na niektórych flagach widać było ślady niedbałego cerowania dziur i rozdarć. Prawo wprawdzie już obowiązywało, lecz wspomnienia jego braku nadal były świeże.
Orszak Randa dotarł do centralnego skrzyżowania miasta, które wedle wielkich łopoczących transparentów nazywało się placem Arandi, i tam Dobraine skręcił na wschód. Wielu znajdujących się pod jego rozkazami Aielów miało na czołach czerwone opaski, oznaczające, że są siswai’aman – Włóczniami Smoka. Wokół miasta obozowało jakieś dwadzieścia tysięcy Aielów pod komendą Rhuarca. Mieszkańcy miasta wiedzieli już zapewne, że są to wojownicy, którzy opowiedzieli się za Smokiem Odrodzonym.
Widok rakerów Ludu Morza, które w końcu przybyły z ziarnem z południa, szczerze ucieszył Randa. Prowiant dla miasta zapewne przyczyni się do uspokojenia nastrojów w tym samym przynajmniej stopniu, co zbrojne ramię Dobraine’a i Aielów.
Tymczasem orszak wkraczał do bogatszej dzielnicy miasta. Rand wiedział, gdzie jej szukać, nim jeszcze domy nabrały bardziej zbytkownego wyglądu – dzielnica położona była możliwie daleko od portu, a równocześnie w zadowalającej odległości od murów miasta. Wiedziałby, gdzie odnaleźć bogaczy, nawet nie patrząc na mapę. Ukształtowanie terenu po prostu wymuszało taką lokalizację.
Obok siebie usłyszał stukot kopyt. W pierwszej chwili pomyślał, że to wierzchowiec Min… ale przecież ona jechała z tyłu, w towarzystwie Mądrych. Czy tylko sobie wyobrażał, czy naprawdę patrzyła teraz na niego innym wzrokiem? Czy za każdym razem, gdy widziała jego twarz, czuła jego rękę na swojej szyi?
Spojrzał w bok i przekonał się, że to Merise na spokojnej bułanej klaczy. Aes Sedai wściekłością zareagowała na banicję Cadsuane i wciąż się na niego gniewała. Nic dziwnego. Kobiety z Białej Wieży zawsze starały się sprawiać wrażenie chłodnych i opanowanych, ale wielbiły Cadsuane jak wiejski karczmarz podejmujący króla.
Tarabonianka miała dziś na ramionach szal – demonstracyjną oznakę przynależności do Zielonych Ajah. A może była to po prostu próba odzyskania autorytetu. Na ten widok Rand westchnął w głębi ducha. Spodziewał się konfrontacji, miał jednak nadzieję, że cała sprawa z wyprowadzką z dworu odwlecze ją do czasu, aż opadną emocje. Szanował Cadsuane – na swój sposób – ale nigdy jej nie ufał. Zawiodła go, więc musiała ponieść konsekwencje, a jej nieobecność przy swym boku powitał z prawdziwą ulgą. Koniec z sieciami intryg, którymi go oplątywała.
Cóż, przynajmniej odrobina wytchnienia.
– Ta banicja jest kompletną głupotą, Randzie al’Thorze – odezwała się Merise z przyganą. Czy świadomie próbowała go wyprowadzić z równowagi po to, aby później tym łatwiej zastraszyć? Po kilku miesiącach zmagań z Cadsuane, jej blada imitacja w wykonaniu tej kobiety mogła go tylko rozbawić.
Tymczasem Merise ciągnęła dalej:
– Powinieneś ją błagać o wybaczenie. Łaskawie zgodziła się nam towarzyszyć, choć twój absurdalny zakaz zmusza ją do noszenia płaszcza z kapturem pomimo panującego upału. Powinieneś się wstydzić.
Znowu Cadsuane. Należało nie pozostawiać żadnych niejasności, jak ma rozumieć jego rozkaz.
– Więc? – zapytała Merise.
Rand odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy. W ciągu ostatnich kilku godzin zastanawiał się nad różnymi sprawami i odkrył ciekawą rzecz. Dzięki temu, że udało mu się zdusić płonącą w nim furię – dzięki temu, że stał się twardy jak cuendillar – zrozumiał coś, co od dawna mu umykało.
Ludzie nie reagowali na wybuchy gniewu. Żądania spływały po nich jak woda po kaczce. Znacznie skuteczniejsze okazywały się znaczące milczenie i dociekliwe pytania. I rzeczywiście, Merise, było nie było Aes Sedai w każdym calu, teraz skuliła się pod jego spojrzeniem.
W tym spojrzeniu nie było żadnych emocji. Co nie oznaczało wszakże, że nic nie czuł. Wściekłość, gniew, pasja wciąż gorzały w jego duszy. Lecz zdołał zamknąć je pod skorupą lodu: zimnego i obezwładniającego. To był lód ściskający miejsce, do którego zapędziła go Semirhage, miejsce, które pod wieloma względami przypominało pustkę Tama, lecz było znacznie bardziej niebezpieczne.
Może Merise potrafiła wyczuć skrzepły gniew w jego wnętrzu. A może wyczuwała tamtą rzecz… tę moc, której użył. Z głębin duszy dobiegł odległy płacz Lewsa Therina. Szaleniec nieodmiennie reagował tak na każde wspomnienie tego, co Rand uczynił, żeby zerwać z szyi obrożę Semirhage.
– Twój postępek nie zasługuje na inne miano, jak głupiego – Kontynuowała Merise. – Powinieneś…
– A więc uważasz mnie za głupca, tak? – zapytał Rand cichym głosem.
Na żądania należało reagować milczeniem, na prowokacje pytaniami. Zadziwiające, jak to się sprawdzało. Teraz słowa zamarły Merise na ustach, zadrżała w widoczny sposób. Jej wzrok mimowolnie pobiegł ku sakwie przy siodle Randa, gdzie ten trzymał statuetkę mężczyzny trzymającego w uniesionej dłoni sferę. Rand przesunął palcem po materiale sakwy i puścił luźno wodze Tai’daishara.
Nie chwalił się statuetką. Po prostu miał ją zawsze przy sobie, ale Merise i większość pozostałych Aes Sedai doskonale wiedziały, że w każdej chwili może skorzystać z niemal nieograniczonego źródła Mocy. To była najpotężniejsza broń na świecie. Niewykluczone, że przy jej pomocy mógłby zniszczyć cały świat. A teraz ot, tak sobie, niewinnie spoczywała przy siodle. Żadna z nich nie potrafiła o tym zapomnieć.
– Ja… Nie, nie uważam – przyznała. – Przynajmniej nie do końca.
– A więc uważasz może, że za błędy nie należy karać? – drążył sprawę Rand, wciąż całkowicie spokojnym głosem. Jak to się stało, że zatracił gdzieś swój temperament? Po prostu zrozumiał, że drobne problemy nie są warte wybuchów gniewu, angażowania całego siebie. Jeżeli ktoś za bardzo będzie się naprzykrzał, można go bez trudu zdmuchnąć, niczym świecę.
Niebezpieczna myśl. Czy należała do niego? Może podpowiedział ją Lews Therin? A może… pochodziła jeszcze skądinąd?
– Nie ulega kwestii, że zareagowałeś zbyt surowo – powiedziała Merise.
– Zbyt surowo? – zdziwił się. – Zdajesz sobie sprawę z wagi jej błędu, Merise? Próbowałaś sobie wyobrazić, jak to się mogło skończyć? Co zdarzyłoby się potem?
– Ja…
– Nastąpiłby koniec wszystkiego, Merise – szepnął Rand. – Czarny miałby w swej mocy Smoka Odrodzonego. Obaj walczylibyśmy po tej samej stronie.
Milczała przez chwilę, po czym przyznała:
– Tak. Lecz jeśli mowa o błędach, to przecież sam również je popełniałeś. I tak samo mogło to się skończyć katastrofą.
– Ja płacę za własne błędy – zareplikował, odwracając wzrok. – Płacę za nie każdego dnia. Każdej godziny. Wraz z każdym oddechem.
– Ja…
– Dość. – Nawet nie podniósł głosu. Mówił tonem stanowczym, lecz wciąż cichym. A równocześnie mierzył ją wzrokiem, z całą siłą dając jej odczuć swe niezadowolenie. Zgarbiła się w siodle, patrząc na niego szeroko otwartymi oczyma.
Znienacka gdzieś z boku rozległ się głośny trzask, a moment później donośny łomot. Powietrze przeszył krzyk. Rand odwrócił się zaalarmowany. Jeden z balkonów, na których stali gapie, oberwał się i spadł na ulicę, rozbijając w drobiazgi niczym beczka trafiona głazem. Ludzie krzyczeli z bólu, wzywali pomocy. Lecz krzyki dobiegały również z drugiej strony ulicy. Rand zmarszczył brwi i spojrzał za siebie – okazało się, że nie wytrzymały również podpory drugiego balkonu, położonego dokładnie naprzeciw pierwszego.