Merise zbladła, szybko zawróciła klacz i ruszyła na pomoc rannym. Pozostałe Aes Sedai już śpieszyły, żeby Uzdrawiać poszkodowanych w wypadku.
Rand wbił kolana w boki Tai’daishara. Wypadek nie nastąpił wskutek użycia Mocy, lecz był przejawem oddziaływania na świat jego natury ta’veren, która odmieniała prawdopodobieństwo zdarzeń. Wszędzie, gdzie się pojawiał, szły w ślad za nim nadzwyczajne i niewiarygodne zdarzenia. Na przykład niezwykle wzrastała liczba narodzin, zgonów, ślubów i wypadków. Nauczył się już nie zwracać na to uwagi.
Niemniej, rzadko był świadkiem zdarzeń tak… gwałtownych. Czy mógł mieć pewność, że nie jest to skutek kontaktu z nową siłą? Z tą niewidzialną lecz kuszącą studnią mocy, którą odkrył, z której skorzystał, która przyniosła mu taką ekstazę? Lews Therin sądził, że to w ogóle nie mogło nastąpić, że było niemożliwe.
To gorączka Mocy sprawiła, że ludzkość dowierciła się do więzienia Czarnego. Nowe źródło energii, którą można przenosić jak Jedyną Moc, tylko innej natury. Nieznane i dziwne, potencjalnie niewyczerpane. Tym źródłem mocy okazał się sam Czarny we własnej osobie.
Lews Therin zajęczał.
Nie bez powodu Rand nosił teraz wszędzie ze sobą klucz dostępu. Dzięki niemu mógł korzystać z największego sa’angreala, jaki kiedykolwiek stworzono. Zrobił już to raz, gdy z pomocą Nynaeve oczyścił saidina. Klucz dostępu pozwolił mu zaprząc do tego dzieła niewyobrażalną falę Mocy, nurt potężny jak ocean. Nigdy w życiu nie doświadczył niczego podobnego jak wówczas.
Aż do momentu, gdy przyszło mu się posłużyć tamtą bezimienną mocą.
Teraz wzywała go, śpiewała mu, kusiła. Tyle mocy, tyle nadprzyrodzonej cudowności. Lecz równocześnie przerażała go. Dotąd nie ośmielił się jej dotknąć powtórnie i nie miał zamiaru.
Dlatego też zabrał ze sobą klucz. Nie potrafił rozstrzygnąć, które z dwóch źródeł energii jest bardziej niebezpieczne, lecz pomiędzy ich wołaniami potrafił jakoś zachować równowagę. Zagłuszały się wzajemnie niczym głosy dwóch przekrzykujących się ludzi, próbujących zwrócić jego uwagę. Przynajmniej tak było dotychczas.
Poza tym jednego był pewien – za nic nie pozwoli sobie po raz drugi nałożyć obroży. Podczas tamtych zmagań z Semirhage klucz dostępu byłby bezużyteczny – najszersza rzeka Jedynej Mocy nie pomogłaby mężczyźnie, który pozwolił się nieopatrznie w ten sposób zaskoczyć – lecz przyszłość była nieodgadniona. Kiedyś nie odważyłby się po tę Moc sięgnąć z obawy przed tym, co dawała. Teraz tego rodzaju wahania były już za nim.
Cel ich podróży przez miasto rzucał się w oczy z daleka – jakieś pięć setek cairhieniańskich zbrojnych obozowało na terenach rozległej jak na miejskie warunki, dostojnej posiadłości. Na ziemi brązowiały namioty Aielów, którzy zajęli również pobliskie budynki i dachy. Dla Aielów rozbicie obozu było tym samym co pilnowanie danego miejsca, ponieważ odpoczywający Aiel był po dwakroć tak czujny jak zwykły żołnierz na patrolu. Większość sił Randa została za miastem, zadanie znalezienia dlań odpowiedniej rezydencji w obrębie murów miejskich wzięli więc na siebie Dobraine i jego zarządcy.
Rand zatrzymał Tai’daishara i przyjrzał się swemu nowemu domowi.
„Nie mamy domu” – szepnął Lews Therin. „Zniszczyliśmy go. Spaliliśmy. Stopił się na żużel niczym piach w ogniu”.
Rezydencja bez wątpienia miała wyższy standard niż tamten drewniany dwór. Teren wokół otaczało ogrodzenie z żelaznymi bramami. Kwiatowe rabaty były puste – tej wiosny kwiaty jakoś nie chciały kwitnąć – lecz trawnik był bardziej zielony niż wszystko, co oczy Randa w tym roku widziały. Cóż, dalej trudno go było nazwać „bujnym”, lecz miejscami, wśród typowych ostatnimi czasy żółci i brązów, wykwitały spłachetki autentycznej zieleni. Ogrodnicy najwyraźniej nie próżnowali; dowodem ich wysiłków były rzędy cisów Aryth przystrzyżonych w kształty fantazyjnych zwierząt, okalające trawnik ze wszystkich stron.
Rezydencja była właściwie pałacem – choć, oczywiście, w mieście był tylko jeden prawdziwy przybytek tego rodzaju, a on należał do króla. Słyszał jednak, jak ktoś mówił, że nie dorównuje on żadnej z siedzib członków Rady Kupców. Sztandar łopoczący na dachu pysznił się lśniącym złotem i czernią – barwami siedziby Domu Chadmar. Niewykluczone, że Milisair w emigracji pozostałych dostrzegła szansę dla siebie. Jeżeli nawet, to się rozczaruje – Rand zamierzał traktować ją jak jeńca.
Bramy wiodące na teren posiadłości były otwarte, Aielowie wchodzący w skład orszaku Randa już śpieszyli przez nie, witając się z członkami społeczności i klanów. Randa denerwowało, że rzadko czekali na rozkazy lub polecenia, lecz Aielowie byli Aielami. Na wszelką sugestię, że może powinni poczekać, z pewnością zareagowaliby śmiechem, jak na świetny żart. Łatwiej okiełznać wiatr, niż nauczyć ich zwyczajów mieszkańców mokradeł.
Kiedy tak przyglądał się Aielom, pomyślał o Aviendzie. Gdzie ona zniknęła tak nagle? Czuł jej obecność w więzi, lecz była nadzwyczaj niewyraźna, musiała więc znajdować się bardzo daleko. Na wschodzie. Cóż ją zawiodło na Pustkowie?
Pokręcił głową. Kobiety w ogóle niełatwo było zrozumieć, a kobiety Aielów były po dziesięciokroć bardziej tajemnicze. Wcześniej miał nadzieję, że uda mu się spędzić z nią kilka chwil, lecz demonstracyjnie go unikała. Może odpychała ją obecność Min? A może dzięki temu uda mu się nie skrzywdzić jej, nim nadejdzie jego własna śmierć. Lepiej, że uciekła. Wrogowie nie znali jeszcze jej imienia.
Skierował Tai’daishara w bramę posiadłości, a potem nie zatrzymując się, podjechał pod sam budynek. Zeskoczył z siodła, wyciągnął statuetkę z sakwy i wsunął do przepastnej kieszeni kaftana, naszytej specjalnie tak, żeby się w niej mieściła. Podał wodze rumaka stajennemu – mężczyzna należał do służby rezydencji, o czym świadczyła zielona liberia z białą koszulą o wytartym kołnierzu i mankietach. Służba została poinformowana, że odtąd Rand będzie tu mieszkał i że poprzednia właścicielka znalazła się… pod jego ochroną.
Na schodach wiodących do wejścia dogonił go Dobraine. Front budynku lśnił śnieżną bielą, frontowy ganek ograniczały z obu stron drewniane kolumny. Przeszli przez drzwi. Choć mieszkał już w rozmaitych miejscach, teraz z wrażenia stanął jak wryty. Lecz równocześnie poczuł niesmak. Przepych, jaki ujrzał po przekroczeniu progu pałacu, świadczył, że jego właścicielka nie dba o głód panujący w mieście. Pod ścianą w głębi holu stali rzędem zdenerwowani służący. Potrafił wręcz poczuć ich strach. W końcu nie co dzień się zdarza, że do czyjegoś domu wprowadza się sam Smok Odrodzony.
Rand wsunął dłoń pod ramię, przycisnął ją do tułowia kaleką ręką i zdjął rękawicę, a potem zatknął za pas.
– Gdzie ona jest? – zapytał, zwracając się do dwóch Panien Włóczni, Beralny i Riallin, które pilnowały służby.
– Pierwsze piętro – odparła jedna z nich. – Pije herbatę, ale ręce tak jej się trzęsą, że należy się obawiać o porcelanę.
– Tłumaczyłyśmy jej, że nie jest więźniem – dodała druga. – Ale ona po prostu nie potrafi wyjść z pokoju.
Obu z jakiegoś powodu cała sytuacja wydawała się nadzwyczaj zabawna. Rand lekko zmieszany spojrzał w bok i zobaczył Rhuarca, który właśnie wszedł przez drzwi. Wysoki płomiennowłosy wódz klanu obrzucił hol przelotnym spojrzeniem. Nietrudno było sobie wyobrazić, co pomyślał na widok migoczących kryształowych kandelabrów i zdobnych wazonów.