Выбрать главу

– Możecie wziąć piątą część – oznajmił. – Ale tylko od bogaczy mieszkających w tej dzielnicy.

Nie tak się to odbywało – Aielowie z pewnością uważali, że mają prawo do piątej części majątku wszystkich mieszkańców miasta. Lecz Rhuarc nie zaprotestował. Może dlatego, że Aielowie tak naprawdę nie zdobyli szturmem Bandar Eban, choć walczyli z gangami i zbirami. A gdyby tak nic im nie proponować? Z drugiej strony, sądząc po otoczeniu, skarbów bogaczy wystarczy.

Panny skinęły głowami, jakby takiego właśnie rozstrzygnięcia oczekiwały, a potem zniknęły we wnętrzach, najpewniej w poszukiwaniu trofeów. Dobraine obserwował je z widoczną konsternacją. W swej historii Cairhien nieraz musiało oddawać Aielom piątą część swych bogactw.

– Nigdy nie zrozumiem, dlaczego pozwalasz im swobodnie plądrować, jakby byli przydrożnymi rabusiami korzystającymi ze snu strażników karawany – oznajmiła z uśmiechem Corele, majestatycznie wkraczając do holu. Na widok bogatego wystroju, uniosła brew. – I to w takim pięknym domu. Jakbyś pozwalał żołnierzom tratować wiosenne kiełki.

Czy po tym, jak potraktował Merise, misja spoczęła na jej barkach? Spojrzała mu w oczy w swój zwykły, beztroski sposób, ale w końcu pod naciskiem jego wzroku uciekła spojrzeniem i odwróciła się. A tak dobrze pamiętał czasy, kiedy nawet nie śniłby, żeby tak potraktować Aes Sedai.

– Dobrze sobie poradziłeś – zwrócił się do Dobraine’a. – Nawet jeśli porządek nie jest jeszcze tak ugruntowany, jakbym sobie tego życzył. Zwołaj żołnierzy na apel. Narishma otworzy wam bramę do Łzy.

– Do Łzy, mój panie? – zdumiał się szlachcic.

– Tak – potwierdził Rand. – Powiedz Darlinowi, żeby przestał mnie nękać kolejnymi posłańcami. Ma dalej prowadzić zaciąg, a kiedy zdecyduję, że nadszedł czas, sprowadzę go do Arad Doman. – Nastąpi to nie wcześniej niż po spotkaniu z Córką Dziewięciu Księżyców, które rozstrzygnie, jakie należy podjąć dalsze kroki.

Dobraine wydawał się zbity z tropu. A może Randowi tylko się zdawało? Twarz Dobraine’a rzadko cokolwiek wyrażała. Czy żegna się teraz z nadziejami na tron dla siebie? Czy już spiskuje przeciwko Smokowi Odrodzonemu? -

– Tak jest, mój panie. Rozumiem, że mam wyruszać natychmiast?

„Dobraine nigdy nie dał nam powodów, żebyśmy w niego zwątpili. Przecież gromadził nawet poparcie dla starań Elayne o Tron Słońca!”.

Lecz Rand myślał inaczej. Zbyt długo Dobraine przebywał z dala od niego. Zbyt długo, żeby mu teraz ślepo zaufać. Decyzja o pozbyciu się go stąd była słuszna. Miał dość czasu, żeby zbudować lokalne zaplecze polityczne, a Rand nie wierzył, aby jakikolwiek Cairhienianin potrafił się powstrzymać przed intrygami i Grą Domów.

– Tak, za godzinę – potwierdził Rand i ruszył w górę zgrabnymi białymi schodami.

Dobraine zasalutował, odwrócił się i wyszedł frontowymi drzwiami. Z pozoru nic nie zmąciło jego zwykłego spokoju. Posłuszny jak zawsze. Ani słowa skargi. To naprawdę był dobry człowiek. W głębi duszy Rand nie miał wątpliwości.

„Światłości, co się ze mną dzieje?” – pomyślał. „Muszę przecież komuś zaufać, prawda?”.

„Zaufanie…?” – szepnął Lews Therin. „Tak, być może mu ufamy. Nie potrafi przenosić. Światłości, przede wszystkim nie powinniśmy ufać sobie…”.

Rand poczuł, jak zaciskają się jego szczęki. Jeżeli Alsalam się nie odnajdzie, może sprezentuje Dobraine’owi tron. Ituralde go nie chciał.

Szerokimi, prostymi schodami wszedł na podest, gdzie schody rozgałęziały się i zakręcały, wiodąc na pierwsze piętro.

– Potrzebna mi będzie sala audiencyjna – rzucił Rand w stronę służby wciąż stojącej na parterze – i tron. Szybko.

Nie minęło dziesięć minut, jak mógł zasiąść w ociekającym zdobieniami salonie na piętrze, gdzie czekał teraz na Milisair Chadmar, członkinię Rady Kupców. Misternie rzeźbiony fotel z białego drewna nie do końca był tronem, ale od biedy się nadawał. Nie można było wykluczyć, że Milisair siedziała na nim, przyjmując petentów. Pomieszczenie pełniło zresztą rolę sali audiencyjnej z niskim podestem na jednym z krańców, gdzie mógł zasiąść wyniesiony ponad zgromadzonych. Podłogę pokrywał wzorzysty czerwono-zielony dywan, który współgrał z porcelaną Ludu Morza na piedestałach w jednym z rogów. Za plecami miał cztery wysokie okna – przez każde mógłby przejść, nie schylając się – przez które wlewało się do wnętrza przesączone przez chmury światło słoneczne. Siedząc pochylony do przodu z dłonią na kolanach, czuł ciepło słońca na karku. Statuetkę postawił na podłodze w zasięgu ręki.

Milisair Chadmar nie kazała długo na siebie czekać. Wkrótce pojawiła się w drzwiach, minąwszy najpierw straż Aielów. Miała na sobie jedną ze słynnych sukien Domani. Wprawdzie zakrywała jej ciało od szyi po czubki palców u stóp, lecz była właściwie przezroczysta, a przy każdym poruszeniu podkreślała krągłości figury – których ta kobieta miała naprawdę dużo. Suknia była w barwie ciemnej zieleni, stroju dopełniał sznur pereł na szyi. Ciemne włosy spływały kaskadą krętych loków aż na plecy, kilka pasm kołysało się wokół twarzy. Nie oczekiwał, że spotka osobę tak młodą, ledwie po dwudziestce.

Skazać ją na śmierć, to byłaby prawdziwa hańba.

„Minął ledwie dzień” – pomyślał – „a już myślę o zabiciu kobiety tylko za to, że nie chce się opowiedzieć po mojej stronie. A były czasy, gdy wzdragałem się przez posłaniem na szafot zbrodniarzy”.

Milisair złożyła mu głęboki ukłon, z którego należało pewnie wnioskować, że akceptuje jego tytuł i wszystko, co z nim związane. A może chodziło tylko o to, by mógł sobie lepiej obejrzeć wszystko, co podkreślała suknia. Byłoby to jak najbardziej w stylu Domani. Nie mogła wiedzieć, nieszczęsna, że problemów z kobietami miał już dość jak na jednego mężczyznę.

– Mój Lordzie Smoku – zaczęła, prostując się. – Czym mogę ci służyć?

– Kiedy otrzymałaś ostatnią wiadomość od króla Alsalama? – spytał bez wstępów.

Demonstracyjnie nie poprosił, aby usiadła w jednym z foteli.

– Od króla? – zdziwiła się. – Minęły całe tygodnie.

– Chcę porozmawiać z posłańcem, który ją przyniósł – oznajmił Rand.

– Nie obiecuję, że da się go znaleźć. – W jej głosie zabrzmiały nerwowe tony. – Nie interesują mnie losy każdego posłańca, który przybywa do miasta i wyjeżdża z niego, mój panie.

Nie wstając z miejsca, Rand pochylił się naprzód.

– Kłamiesz? – zapytał cicho.

Zamarła z otwartymi ustami, wyraźnie wstrząśnięta jego bezpośredniością. Pod względem zręczności politycznej Domani nie dorównywali Cairhienianom, którzy chyba rodzili się z odpowiednimi talentami, niemniej cechowała ich duża subtelność. Zwłaszcza kobiety.

Rand natomiast nie był ani subtelny, ani politycznie utalentowany. Był pasterzem, który został zdobywcą i jego serce wciąż należało do Dwu Rzek, choć płynęła w nim krew Aielów. Nie miał zamiaru wdawać się z nią w żadne politykowanie i nie okaże pobłażania żadnym gierkom.

– Skąd… – zaczęła Milisair, nie odrywając odeń spojrzenia. – Mój Lordzie Smoku…

Co się kryło w jej głowie?

– Co mu zrobiłaś? – zaryzykował Rand. – Posłańcowi?

– Nic nie wiedział o możliwym miejscu pobytu króla – pospiesznie powiedziała Milisair; słowa niepohamowanym strumieniem wylewały się z jej ust.– Moi śledczy byli dość skrupulatni.

– Nie żyje?

– On… Nie, mój Lordzie Smoku.

– Wobec tego każ go do mnie przyprowadzić.

Zbladła jeszcze bardziej, uciekła wzrokiem w bok, jakby mimowolnie szukała drogi ucieczki.

– Mój Lordzie Smoku – powiedziała wreszcie z wahaniem, znów spoglądając mu w oczy. – Skoro już tu jesteś, może lepiej byłoby, gdyby król… pozostał dalej w ukryciu. Może już nie ma po co go szukać.