Выбрать главу

„Ona też podejrzewa, że Alsalam nie żyje” – pomyślał Rand. – „I dlatego postanowiła zaryzykować”.

– Naprawdę lepiej byłoby znaleźć Alsalama – rzekł Rand – lub przynajmniej wyjaśnić, jaki spotkał go los. Dopiero wtedy będziecie mogli wybrać nowego króla. Tak to się właśnie odbywa, nieprawdaż?

– Jestem pewna, że bez większej zwłoki można będzie przeprowadzić twoją koronację, mój Lordzie Smoku – oświadczyła bez zmrużenia oka.

– To nie wchodzi w grę – odparł Rand. – Przyślij do mnie tego posłańca, Milisair, a może twe oczy ujrzą nowego króla na tronie. Możesz odejść.

Wahała się przez chwilę, potem ukłoniła głęboko i wyszła. Za otwartymi drzwiami Rand zobaczył Min, która w towarzystwie Aielów przyglądała się odejściu członkini Rady Kupców. Na chwilę ich spojrzenia się spotkały, w jej oczach zobaczył troskę. Może miała jakąś wizję związaną z Milisair? Już chciał ją zawołać, ale w tym samym momencie ona odwróciła się i odeszła szybkim krokiem. Stojąca obok Alivia przyglądała się jej z ciekawością. Była damane dystansowała się ostatnio od wszystkich, jakby czekała cierpliwie na wypełnienie przepowiedni, zgodnie z którą miała odegrać główną rolę w dramacie śmierci Randa.

Mimowolnie poderwał się na nogi. Ten wyraz oczu Min… Może wciąż nie potrafiła zapomnieć? Jego ręki na jej szyi, kolana przyciskającego ją do podłogi?

Zmusił się, żeby usiąść. Min może poczekać.

– W porządku – powiedział, zwracając się do Aielów. – Przyprowadźcie mi moich skrybów i zarządców, a także Rhuarca, Baela i wszystkich możnych tego miasta, którzy nie uciekli albo nie zginęli w zamieszkach. Musimy opracować plany rozdziału zboża.

Aielowie posłali gońców z rozkazami, Rand tymczasem zapadł się głębiej w fotel. W pierwszym rzędzie należy nakarmić ludzi, przywrócić porządek i zwołać Radę Kupców. Potem zająć się wyborem nowego króla.

Nie było jednak mowy, żeby zaniechać poszukiwań Alsalama. Intuicja podpowiadała mu, że znalazłszy króla, znajdzie również Graendal. Należało pójść tym tropem.

Gdy ją znajdzie, zgładzi ją ogniem stosu, jak wcześniej Semirhage. W ten sposób dopełni się to, co konieczne.

30.

Rada z dawnych lat.

Gawyn niewiele zachował wspomnień o swoim ojcu – choćby dlatego, że ten nie bardzo był mu ojcem – niemniej doskonale pamiętał jeden dzień w ogrodach pałacowych Caemlyn. Stał wtedy obok małego stawu i rzucał kamienie w wodę. Taringail natomiast szedł Szpalerem Róż z młodym Galadem przy boku.

Zdarzały się w jego życiu chwile, gdy tamta scena jak żywa stawała mu przed oczami. Duszna woń róż w pełni rozkwitu. Srebrne zmarszczki na powierzchni stawu, złote rybki pierzchające na boki przed małymi głazami, które w nie ciskał. Obraz ojca z tamtego dnia też zapamiętał dokładnie. Wysoki, przystojny, z lekko kręconymi włosami. Galad w owym czasie był już taki jak dzisiaj: wyprostowany, chłodny. Kilka miesięcy później miał uratować Gawyna przed utonięciem w tym samym stawie.

Pamiętał też słowa, które wypowiedział wtedy ojciec i które na zawsze utkwiły w jego głowie. Cokolwiek można było sądzić o Taringailu Damodredzie, ta rada, którą wówczas wygłosił, była czystą prawdą. „Dwu rodzajom ludzi nigdy nie należy ufać” – mówił do Galada, kiedy obaj mijali Gawyna. „Przede wszystkim ładnym kobietom. A w drugim rzędzie Aes Sedai. Zaś niech Światłość ma cię w swej opiece, synu, kiedy przyjdzie ci spotkać się z kimś, kto będzie jednym i drugim naraz”.

„Niech Światłość ma cię swej opiece, synu” – powtórzył teraz w myślach.

Jednocześnie w uszach brzmiały mu słowa Lelaine:

– Po prostu nie mogę zlekceważyć woli Amyrlin, która jasno wypowiedziała się w tej sprawie – mówiła Aes Sedai, mieszając atrament w niewielkim kałamarzu stojącym na jej biurku. Żaden mężczyzna nie ufał pięknej kobiecie, jakkolwiek by go nie fascynowała. Niewielu jednak w pełni rozumiało prawdę, którą wtedy wygłosił Taringail – że ładna dziewczyna może być znacznie bardziej niebezpieczna, ponieważ jest niczym węgle na tyle ostygłe, żeby mylnie wydawały się chłodne.

Lelaine nie była piękna, lecz z pewnością zasługiwała na miano ładnej, zwłaszcza gdy się uśmiechała. Szczupła, pełna wdzięku, bez jednego pasemka siwizny w ciemnych włosach. Twarz w kształcie migdała, pełne usta. Teraz spoglądała na niego oczyma zbyt sympatycznymi, aby mogły należeć do kogoś o jej pozycji. Poza tym chyba wiedziała. Rozumiała, że jest dość atrakcyjna, żeby mężczyźni zwracali na nią uwagę, a równocześnie nie na tyle, żeby się jej bali.

To ją czyniło wyjątkowo niebezpieczną. Wydawała się naturalna, mężczyźni z pewnością wierzyli, że nie potraktuje ich z góry. Nie była tak ładna jak Egwene, która miała w sobie coś zniewalającego, coś, co sprawiało, że człowiek chciał z nią cały czas przebywać. Jednak uśmiech tej kobiety sprawiał, że człowiek zaczynał liczyć noże przy pasie i w butach, aby stwierdzić, czy przypadkiem któryś nie tkwi już w jego plecach.

Gawyn stał obok jej biurka w niebieskim namiocie o poziomym dachu. Nie poprosiła go, aby usiadł, sam też nie zapytał o pozwolenie. Rozmowa z Aes Sedai, zwłaszcza wysoko postawioną, wymagała rozumu i przytomności. Więc lepiej postać trochę. Może dzięki temu będzie bardziej uważny.

– Egwene stara się was chronić – odrzekł, tłumiąc w sobie odruch irytacji. – Dlatego właśnie kazała wam zapomnieć o operacji ratunkowej. To oczywiste, że nie chce was wystawiać na niebezpieczeństwo. Chce złożyć siebie w ostatecznej ofierze.

„Gdyby tak nie było” – dodał w myślach – „nigdy nie pozwoliłaby się wmanewrować w rolę fałszywej Amyrlin”.

– Moim zdaniem nie ma żadnych przesłanek, że coś jej grozi – stwierdziła Lelaine, zanurzając pióro w kałamarzu. Potem zaczęła pisać na kawałku pergaminu; pewnie wiadomość do kogoś.

Gawyn przez grzeczność powstrzymał się od czytania jej przez ramię, choć doskonale rozumiał sens tego, co ona robi. Był na tyle nieważny, żeby nie poświęcać mu całej uwagi. Zdecydował, że zignoruje obrazę. W końcu Bryne’a nie udało mu się onieśmielić – z tą kobietą byłoby to jeszcze trudniejsze.

– Ona próbuje was uspokoić, Lelaine Sedai – rzekł tylko.

– Znam się trochę na ludziach, młody Trakandzie. Nie przypuszczam, aby sama sądziła, iż jest w niebezpieczeństwie. – Pokręciła głową. Jej perfumy pachniały kwiatami jabłoni.

– Nie wątpię – odparł. – Lecz gdybym wiedział, w jaki sposób się porozumiewacie, być może mógłbym wyciągnąć własne wnioski. Gdybym…

– Ostrzeżono cię, abyś nie wypytywał o te sprawy, dziecko – ucięła zdecydowanie Lelaine, choć jej głos pozostał cichy i melodyjny. – Sprawy Aes Sedai lepiej zostawiać Aes Sedai.

Odpowiedź właściwie identyczna z tą, której udzielały inne siostry pytane o to samo. Poczuł, jak szczęki zaciskają mu się z irytacji. Lecz czego się spodziewał? W grę wchodziła Jedyna Moc. A mimo całego czasu, jaki spędził w Białej Wieży, wciąż niewielkie miał pojęcie, co można, a czego nie można zdziałać Mocą.

– Powinniśmy więc poprzestać na tym – podjęła po chwili Lelaine – że Amyrlin sądzi, iż jest całkiem bezpieczna. Poza tym informacje uzyskane od Shemerin tylko potwierdzają to, co przekazała nam Egwene. Elaida jest tak odurzona władzą, że nie uważa, aby prawowita Amyrlin stanowiła dla niej jakiekolwiek zagrożenie.

Nie mówiła mu wszystkiego. Gawyn potrafił to wyczuć. Zresztą prawie już stracił nadzieję, że uda mu się od którejś z sióstr uzyskać jasne objaśnienie obecnego położenia Egwene. Słyszał plotki, że zamknięto ją w ciemnicy i że straciła status nowicjuszki, który przynajmniej pozwalał poruszać się swobodnie po Wieży. Ale wyciągnięcie z Aes Sedai jakichś informacji było równie trudne jak ubicie kamienia na masło!