Выбрать главу

Gawyn przytaknął. Najlepszą rzeczą, jaką mógłby zrobić dla Młodych, to zasypać przepaść między buntowniczkami a lojalistkami. Przedsięwzięcie wydawało się wszakże przekraczać jego możliwości. Może uda mu się coś wymyślić, gdy już uratuje Egwene. Światłości! Przecież nie mogą na poważnie myśleć o czołowym starciu? Już te walki, które się wywiązały po zdetronizowaniu Siuan Sanche, były dość paskudne. A co się stanie, jeżeli pod murami Tar Valon spotkają się dwie armie? Aes Sedai przeciwko Aes Sedai, Strażnik przeciwko Strażnikowi? To będzie katastrofa.

– Nie dojdzie do tego – usłyszał niespodzianie własne słowa.

Bryne zerknął na niego pytająco, podczas gdy ich wierzchowce spokojnie przemierzały nędzną łąkę.

– Nie możesz atakować, Bryne – tłumaczył Gawyn. – Oblężenie to jedna rzecz. Ale co zrobisz, gdy rzucą cię do szturmu?

– To, co zawsze robię – powiedział Bryne. – Wykonam rozkaz.

– Ale…

– Dałem słowo, Gawynie.

– A ilu ofiar warte jest twoje słowo? Szturm na Białą Wieżę to będzie rzeź. Niezależnie od tego, jak słuszne uczucia kierują tymi buntowniczkami, kiedy miecze pójdą w ruch, przepadnie wszelka szansa na pojednanie.

– Decyzja w tej sprawie nie należy do nas – rzekł Bryne i spojrzał na Gawyna przenikliwym spojrzeniem.

– O co chodzi? – zapytał chłopak.

– Zastanawia mnie, czemu tak się tym przejmujesz. Myślałem, że jesteś tu tylko dla Egwene.

– Ja… – zająknął się Gawyn.

– Kim ty jesteś, Gawynie Trakand? – dopytywał Bryne. – Gdzie naprawdę spoczywa twoja lojalność?

– Ty to wiesz lepiej niż inni, Gareth’cie.

– Wiem, kim powinieneś być – ciągnął generał. – Pierwszy Książę Miecza, wyszkolony przez Strażników, ale niezwiązany z żadną kobietą więzią zobowiązań.

– Czy nie tym właśnie jestem? – odparł z irytacją Gawyn.

– Spokojnie, chłopcze – rzekł Bryne. – To nie miała być zniewaga. Tylko myślę na głos. Wiem, że nigdy nie byłeś tak prostolinijny jak twój brat. Podejrzewam, że powinienem wcześniej to w tobie dostrzec.

Gawyn zwrócił się w stronę siwiejącego generała. O czym ten człowiek mówi?

Bryne westchnął.

– To jest coś, z czym większość żołnierzy nigdy nie musi się zmierzyć, Gawynie. Och, wielu się nad tym zastanawia, ale się tym nie zadręcza. To pytanie dla kogoś wyżej.

– Jakie pytanie? – zapytał Gawyn, zupełnie zbity z tropu.

– To kwestia wyboru strony, po której się walczy – odparł Bryne. – A potem przekonania, że wybrało się właściwie. Zwykli żołnierze nie muszą dokonywać tego wyboru, jednak dowódcy… tak, widzę to w tobie. Radzisz sobie z mieczem w sposób wzbudzający szacunek. Przeciwko komu go użyjesz?

– Złożę go u stóp Elayne – powiedział bez wahania Gawyn.

– Tak jak teraz? – odparł Bryne z rozbawieniem.

– Cóż, gdy już uratuję Egwene.

– A jeżeli Egwene nie będzie chciała być uratowana? – dopytywał Bryne. – Znam ten wyraz oczu, chłopcze. Wiem też co nieco o Egwene al’Vere. Ona nie opuści tego pola bitwy, póki nie okaże się, kto jest zwycięzcą.

– Zabiorę ją – upierał się Gawyn. – Z powrotem do Andoru.

– Zmusisz ją, żeby pojechała z tobą? – zdziwił się Bryne. – Przemocą, tak jak wdarłeś się do mego obozu? Staniesz się zbójem i łotrem, słynącym tylko z umiejętności karcenia tych, którzy się z tobą nie zgadzają?

Gawyn nie odpowiedział.

– Komu służyć? – powtórzył Bryne, jakby zwracając się do własnych myśli. – Czasami przeraża nas własna umiejętność zabijania. Ale czym się ona stanie, jeśli nie da się jej ujścia? Zmarnowanym talentem? Początkiem drogi życiowej mordercy? Władza pozwalająca chronić i ratować jest czasami straszna. Więc szukasz kogoś, komu mógłbyś ją złożyć u stóp, kto wykorzysta ją mądrze. Konieczność wyboru dręczy nas nawet po tym, gdy już tego wyboru dokonamy. Młodzi mężczyźni mają z tym większe kłopoty. Nas, stare psy, zadowala po prostu ciepłe miejsce przy kominku. Jeżeli ktoś każe nam walczyć, nie zastanawiamy się nad tym zbyt głęboko. Ale młodzi… oni się dziwią.

– Czy ciebie też męczyło to pytanie? – zapytał Gawyn.

– Tak – odrzekł Bryne. – Nieraz. Podczas Wojen z Aielami nie byłem jeszcze Kapitanem-Generałem, lecz byłem już dowódcą niższego stopnia. Wtedy się zastanawiałem, przez wiele, wiele nocy.

– Nie rozumiem, jak można było kwestionować swoją lojalność podczas Wojen z Aielami? – zdziwił się Gawyn. – Przecież nie chodziło im o nic innego, jak tylko, żeby nas wyrżnąć.

– Nie o nas im chodziło – wyjaśnił Bryne. – Chcieli tylko Cairhienianina. Oczywiście, z początku nie dla wszystkich było to jasne, niemniej, prawdę mówiąc, kilku się zastanawiało. Laman zasłużył na śmierć. Dlaczego mieliśmy stawać na drodze jego śmierci? Niewykluczone, że wszystko skończyłoby się lepiej, gdyby więcej z nas zadawało sobie to pytanie.

– Wobec tego, jak brzmi odpowiedź? – zapytał Gawyn. – Komu zaufać? Komu służyć?

– Nie wiem – szczerze odparł Bryne.

– Więc po co w ogóle pytać? – warknął Gawyn, ściągając wodze konia.

Po kilku krokach Bryne poszedł za jego przykładem. Obejrzał się za siebie.

– Nie wiem, jak brzmi odpowiedź, ponieważ nie ma tu jednej odpowiedzi. Każdy musi udzielić swojej własnej. Kiedy byłem młody, biłem się za honor. W końcu zrozumiałem, że w zabijaniu nie ma wiele honoru, i dotarło do mnie, że się zmieniłem. Potem walczyłem w służbie twojej matki. Ufałem jej. Kiedy mnie zawiodła, znów zacząłem się zastanawiać. Co się stało z tymi wszystkimi latami wiernej służby? Po co w jej imię zabiłem tych wszystkich ludzi? Jaki w tym sens?

Odwrócił się z powrotem, lekko wstrząsnął wodzami, koń ruszył. Gawyn popędził Pretendenta, żeby go dogonić.

– Dziwisz się, czemu jestem tutaj, a nie w Andorze? – zapytał Bryne. – To dlatego, że nie mogłem się powstrzymać. Świat się zmienia, a ja chcę być częścią tych zmian. Wszystko, co miałem w Andorze, zostało mi odebrane, a potrzebowałem nowej sprawy, w której mógłbym ofiarować swą lojalność. Wzór dostarczył mi okazji.

– Skorzystałeś z okazji po prostu dlatego, że się nadarzyła?

– Nie – poprawił go Bryne. – Skorzystałem z niej, ponieważ jestem głupcem. – Spojrzał Gawynowi prosto w oczy. – Ale wytrwałem przy niej, ponieważ sprawa jest słuszna. To, co pękło, musi na powrót stać się jednością, a z doświadczenia wiem, co zły władca potrafi wyrządzić królestwu. Nie można pozwolić, aby Elaida upadając pociągnęła za sobą świat.

Gawyn drgnął.

– Tak – powiedział Bryne. – Naprawdę im wierzę. Głupie kobiety. Jednak, na Światłość, mają rację, Gawynie. A ja postępuję słusznie. Ona ma rację.

– Kto?

Bryne tylko pokręcił głową i mruknął:

– Przeklęta kobieta.

„Egwene?” – zdziwił się w myślach Gawyn.

– Niemniej moje racje nie powinny mieć dla ciebie znaczenia, Gawynie – ciągnął dalej Bryne. – Nie jesteś jednym z moich żołnierzy. Jakąś decyzję jednak będziesz musiał podjąć. Nadchodzą dni, które zmuszą cię do wyboru strony, po której się opowiesz, lecz musisz wiedzieć, dlaczego ją wybierasz. Tyle mam do powiedzenia w tej sprawie.

Wbił kolana w boki konia, popędzając zwierzę do szybszego kroku. W oddali Gawyn widział już kolejny posterunek wart. Kiedy Bryne ze swymi żołnierzami zbliżył się do posterunku, został nieco z tyłu.

Wybrać swoją stronę. A co, jeśli Egwene nie zdecyduje się z nim odjechać?

Bryne miał rację. Coś nadchodziło. Można to było wyczuć w powietrzu, poczuć w słabej poświacie promieni słońca z trudem przedzierających się przez chmury. Z północy dobiegał ledwie słyszalny zew tego czegoś, słaby niczym trzaski niewidzialnej energii za mrocznym horyzontem.