– Ty tam – zawołał do nowo przybyłego. – Jeśli można prosić, to przed wejściem wytrzyj buty.
Mężczyzna stanął jak wryty i zmarszczył brwi, ale zrobił, jak mu kazano. Quillin westchnął i osunął się w krzesło przy stoliku Aes Sedai.
– Szczerze mówiąc, pani Shore, jak dla mnie, to ostatnio robi tu się za duży ruch. Czasami nie jestem w stanie obsłużyć wszystkich klientów. Ludzie wychodzą, bo nie mogą się doczekać, aż im przyniosę coś do picia.
– Powinieneś wziąć kogoś do pomocy – zauważyła. – Jakąś dziewkę służebną czy dwie.
– Co takiego? Żeby ukradły mi całą zabawę? – Słowa wypowiedziane były z całą powagą.
Cadsuane upiła łyk wina. Zaiste znakomity rocznik, prawdopodobnie też na tyle drogi, że w żadnej gospodzie – choćby najwspanialszej – nie stałby na półce za barem. Westchnęła. Wywodząca się z Domani żona Quillina była jednym z najbardziej utalentowanych kupców jedwabnych w mieście – wiele okrętów Ludu Morza zabiegało, by mieć z nią wyłączność kontaktów handlowych. Przez dwadzieścia lat Quillin prowadził jej księgowość, a potem wycofał się, kiedy bogactwo obojga na to pozwoliło.
I co zrobił z zarobionymi pieniędzmi? Otworzył gospodę. Okazało się, że przez całe życie o niczym innym nie marzył. Już dawno temu Cadsuane nauczyła się nie dziwić dziwactwom ludzi posiadających zbyt dużo pieniędzy.
– Jakie wieści, Quillin? – przeszła w końcu do rzeczy, przesuwając po stole w jego stronę niewielką sakiewkę z monetami.
– Obrażasz mnie, pani – zaprotestował, unosząc do góry ręce. – Nie mogę brać od ciebie pieniędzy!
Spojrzała na niego spod uniesionych brwi.
– Nie mam dzisiaj cierpliwości na takie gierki, panie Tasil. Jeżeli sam ich nie potrzebujesz, rozdaj biednym. Światłość jedna wie, że ostatnimi czasy dość ich w mieście.
Westchnął, a potem z wyraźną niechęcią, lecz jednak schował sakiewkę. Może dlatego jego wspólna sala tak często świeciła pustkami – karczmarz, który nie dbał o pieniądze, był zaiste rzadkością. Zapewne wielu klientów czuło się tu równie nieswojo ze względu na Quillina, jak i nieskazitelną podłogę oraz bogaty wystrój.
Niemniej Quillin był naprawdę znakomitym źródłem informacji. Żona chętnie dzieliła się z nim zasłyszanymi plotkami. Oczywiście, musiał sobie zdawać sprawę, że ma do czynienia z Aes Sedai, pozbawiona śladów wieku twarz nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Jego najstarsza córka, Namine, została wysłana do Białej Wieży, gdzie ostatecznie wybrała Brązowe Ajah, i gdzie osiadła na dobre w bibliotece. Bibliotekarka wywodząca się spośród Domani nie była zresztą żadnym ewenementem – biblioteka Terhana w Bandar Eban zaliczana była do najlepszych na świecie. Niemniej, poznawszy Namine, Cadsuane zainteresowała się jej celnymi opiniami dotyczącymi aktualnych wydarzeń, a potem zbadała źródło jej wiedzy, mając nadzieję na wykorzystanie kontaktów z dobrze sytuowanymi rodzicami. Posiadanie córki w Białej Wieży wystarczało, żeby w ludziach osłabić odruchową niechęć wobec Aes Sedai. Takim sposobem dotarła do Quillina. Nie ufała mu bezgranicznie, ale darzyła go sympatią.
– Jakie wieści? – powtórzył pytanie Quillin. Doprawdy, jakiż karczmarz nosił pod fartuchem jedwabną haftowaną kamizelkę? Nic dziwnego, że ludzie podejrzliwie odnosili się do gospody i karczmarza. – Od czego zacząć? Ostatnimi czasy tyle się działo, że trudno było za wszystkim nadążyć!
– Zacznij od Alsalama – poradziła Cadsuane, upijając łyk wina. – Kiedy widziano go po raz ostatni?
– Zależy czy interesują cię opinie wiarygodnych świadków, czy plotki.
– Jedne i drugie.
– Są pomniejsi kupcy i szlachta, którzy twierdzą, że jeszcze przed tygodniem otrzymywali osobiste listy od króla, moja pani, ale ja traktuję te doniesienia ze sceptycyzmem. Wkrótce po tym, jak nastąpiła… przerwa w panowaniu Alsalama, zaczęły się pojawiać sfałszowane dekrety z jego rozporządzeniami. Na własne oczy widziałem kilka takich dokumentów, których nie sposób było zakwestionować, a przynajmniej nie sposób było zakwestionować przyłożonej do nich pieczęci… ciebie jednak interesuje sama osoba króla, nieprawdaż? Wobec tego należy uznać, że minął rok od czasu, gdy po raz ostatni widział go ktoś, za kogo mogę ręczyć.
– Wiadomo, gdzie się znajduje?
Karczmarz wzruszył ramionami i spojrzał na nią przepraszająco.
– Przez jakiś czas byliśmy wszyscy przekonani, że za zniknięciem króla stoi Rada Kupców. Rzadko pozwalali mu na wiele swobody, a w obliczu kłopotów na południu mogli zdecydować o ukryciu go w jakimś bezpiecznym miejscu.
– Ale?
– Ale moje źródła – przez które należało rozumieć żonę – nie są już dłużej tego pewne. Ostatnimi czasy Rada Kupców jest właściwie w rozsypce, każdy próbuje ratować przez zagładą swój kawałek Arad Doman. Gdyby mieli króla w swej gestii, zapewne ktoś podparłby się jego autorytetem.
Cadsuane w rozdrażnieniu postukała paznokciem w ściankę pucharka. Może więc al’Thor miał rację, upierając się, że Alsalam pozostaje we władzy jednego z Przeklętych?
– Co jeszcze?
– W mieście są Aielowie, moja pani – powiedział Quillin, ścierając niewidoczną plamkę z obrusa.
Obdarzyła go spojrzeniem bez wyrazu.
– Jakoś nie zauważyłam.
Zachichotał.
– Tak, tak, myślę, że trudno nie zauważyć. Lecz chodzi o dokładną liczbę, a jest ich dwadzieścia cztery tysiące. Niektórzy twierdzą, że ich obecność jest świadectwem władzy Smoka Odrodzonego. Mimo wszystko, kto kiedykolwiek słyszał, aby Aielowie rozdawali żywność? Połowa biedaków miasta boi się iść na miejsca dystrybucji, ponieważ są przekonani, że Aielowie nasączają ziarno jakimiś swoimi truciznami.
– Trucizny Aielów? – Tej akurat plotki jeszcze nigdy nie słyszała.
Quillin skinął głową.
– Są tacy, co twierdzą, że taka jest przyczyna psucia się żywności, moja pani.
– Lecz żywność psuła się w kraju na długo przedtem, nim pojawiali się w nim Aielowie, nieprawdaż?
– Tak, tak, oczywiście – zgodził się Quillin. – Ale w obliczu tak wielkich ilości zepsutego ziarna czasami niełatwo o tym pamiętać. Poza tym po przyjeździe Lorda Smoka do miasta tempo gnicia wzrosło.
Cadsuane ukryła swoje zaskoczenie, biorąc łyk wina. Pogorszyło się od przybycia al’Thora? Tylko plotka czy prawda? Odstawiła pucharek.
– Zdarzyło się jeszcze coś dziwnego? – zapytała, ostrożnie dobierając słowa, ciekawa, co z tego wyniknie.
– A więc o tym już słyszałaś? – zapytał Quillin, nachylając się ku niej. – Ludzie oczywiście nie lubią o tym wspominać, ale moje źródła są dobrze zorientowane. Rodzą się martwe niemowlęta, ludzie giną od upadków, które normalnie skończyłby się tylko siniakami, kamienie spadają ze szczytów budynków, zabijając kobiety przy handlu. Niebezpieczne czasy, moja pani. Nienawidzę powtarzać zwykłych plotek, ale w tym wypadku na własne oczy widziałem liczby!
Same w sobie te wydarzenia nie były niczym niespodzianym.
– Oczywiście, poniekąd to się równoważy.
– Równoważy?
– Coraz więcej zawiera się małżeństw – stwierdziła, wykonując lekceważący gest dłonią – dzieci cało uchodzą ze spotkań z dzikimi zwierzętami, jakiś biedak znajduje fortunę pod podłogą swego domu. Tego rodzaju rzeczy.
– To ostatnie z pewnością byłoby miłe – zachichotał Quillin. – Przyjemnie jest sobie pomarzyć, moja pani.
– Nie słyszałeś żadnych tego rodzaju historii? – zdziwiła się Cadsuane.
– Nie, moja pani. Jeśli sobie życzysz, mogę się popytać.
– Zrób tak. – Al’Thor był ta’veren, lecz Wzór zawsze szukał równowagi. Na każdą przypadkową śmierć spowodowaną pobytem Randa w mieście powinno przypadać jedno cudowne ocalenie. Gdyby przyjąć, że ta równowaga się kruszy, cóż to może oznaczać?