Następnie zadała Quillinowi kilka bardziej szczegółowych pytań. Pierwszym była kwestia miejsca pobytu prominentnych członków Rady Kupców. Wiedziała, że al’Thor chce ich znaleźć; gdyby udało jej się zdobyć informacje, których on nie miał, zyskałaby kartę przetargową w rozgrywce z chłopakiem. Potem poprosiła Quillina, żeby zorientował się w sytuacji ekonomicznej pozostałych głównych miast Arad Doman oraz o informacje na temat rebelianckich frakcji Tarabon, które przez granicę dokonywały wypadów na terytorium kraju.
Opuszczając karczmę – za której progiem czekało na nią parne popołudnie i konieczność noszenia płaszcza z kapturem naciągniętym na głowę – zrozumiała, że słowa Quillina zasiały w niej więcej wątpliwości, niż dostarczyły odpowiedzi.
Zanosiło się na deszcz. Oczywiście, ostatnimi czasy niebo zawsze tak wyglądało. Ponure, zaciągnięte chmurami zlewającymi się we wszechogarniającą szarą mgłę. Przynajmniej poprzedniej nocy trochę popadało. Z jakiegoś powodu fakt ten czynił pogodę łatwiejszą do zniesienia – sprawiał, że odzyskiwała swój naturalny charakter, zamiast być tylko kolejnym znakiem poruszeń Czarnego we śnie. Najpierw zesłał na ludzi suszę, potem zmroził ich srogą zimą, a teraz chciał pognębić najczystszym smutkiem.
Cadsuane pokręciła głową, kilka razy tupnęła, żeby sprawdzić, czy drewniaki dobrze leżą na nogach, a potem ruszyła zabłoconym chodnikiem w kierunku doków. Musiała się przekonać na własne oczy, ile jest prawdy w plotkach o psującym się ziarnie. I czy faktycznie dziwne wypadki ciągnące za al’Thorem nabrały bardziej złowieszczego charakteru, czy tylko ona wszędzie doszukiwała się potwierdzenia swych najgorszych obaw.
AI’Thor. Należało spojrzeć prawdzie prosto w oczy – zupełnie sobie nie poradziła z chłopakiem. Rzecz jasna, nie chodziło wcale o rzekomy błąd w sprawie męskiego a’dam, nieważne, co twierdził al’Thor. Obrożę ukradł ktoś nadzwyczaj potężny i zręczny. A każdy zdolny do takiego wyczynu równie łatwo mógł zdobyć męskie a’dam u Seanchan. Najprawdopodobniej wróg miał ich mnóstwo.
Nie, a’dam zostało zabrane z jej pomieszczenia po to, aby zasiać podejrzliwość – co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości. Być może kradzież mogła być przykrywką dla innego manewru, może chodziło o to, aby statuetka znów wróciła w ręce al’Thora.
Ostatnimi czasy ogarniały go tak mroczne nastroje, że nie sposób było przewidzieć, jakich zniszczeń może się dopuścić przy jej pomocy.
Biedny, głupi chłopak. Nigdy nie powinno go spotkać coś takiego jak zniewalająca obroża, której drugi koniec trzymała Przeklęta; to zapewne tylko odświeżyło wspomnienia o tym, jak Aes Sedai zamknęły go w skrzyni i biły. I utrudni jej pracę. O ile nie uniemożliwi całkowicie.
To było w tej chwili najważniejsze pytanie. Czy nie da się go już uratować? Czy jest za późno, żeby go zmienić? A jeżeli tak, to co – o ile cokolwiek – mogła jeszcze zrobić? Smok Odrodzony musiał spotkać się z Czarnym w Shayol Ghul. Jeżeli do tej walki nie dojdzie, wszystko będzie stracone. Cóż jednak począć, jeśli konsekwencje tego spotkania okażą się równie katastrofalne?
Nie. Nie potrafiła uwierzyć, że bitwa jest z góry przegrana. Musi być coś, co można zrobić, żeby zmienić kierunek, w którym zmierzał al’Thor. Ale co?
AI’Thor nie postępował jak typowy farmer, któremu znienacka władza wpadła w ręce – nie stał się ani samolubny, ani małostkowy. Nie gromadził bogactw, nie szukał dziecinnej zemsty na wszystkich, którzy skrzywdzili go w młodości. Trzeba było mu oddać, że podejmował wiele mądrych decyzji – lecz tylko wtedy, gdy w grę nie wchodziła bezmyślna pogoń za niebezpieczeństwem.
Cadsuane cierpliwie wędrowała drewnianym chodnikiem, mijając po drodze uchodźców Domani w ich niedorzecznie barwnych ubraniach. Od czasu do czasu musiała obchodzić większe grupki siedzące na drewnianych kłodach oraz prowizoryczne obozowiska zakładane na jedną noc u wylotów niewielkich uliczek czy w nieużywanych bocznych drzwiach budynków. Nikt z tych ludzi nie ustępował jej drogi. Jaki jest pożytek z oblicza Aes Sedai, kiedy trzeba je ukrywać? A poza tym w mieście panował zbyt wielki tłok.
Cadsuane zwolniła kroku obok proporców z imieniem rejestratora portowego. Nabrzeża znajdowały się tuż przed nią, cumowało przy nich dwukrotnie więcej okrętów Ludu Morza niż podczas jej poprzedniej wizyty, wiele z nich stanowiły rakeny, najszybsze jednostki ich floty. Wśród nich co najmniej kilka stanowiły zaadaptowane okręty seanchańskie, zapewne zdobyte w Ebou Dar podczas niedawnego odwrotu wojsk Imperium.
W porcie kłębił się tłum pragnący zdobyć ziarno. Ludzie rozpychali się i krzyczeli, najwyraźniej całkowicie obojętni na „trucizny”, o których wspominał Quillin. Oczywiście głód potrafi rozproszyć wiele pomniejszych lęków. Tłumu strzegli dokerzy, wśród których gdzieniegdzie można było zobaczyć Aielów w brązach cadin’sor, trzymających włócznie i spoglądających tak, jak tylko Aielowie potrafią. O dziwo, znajdowało się tu też sporo kupców, zapewne liczących na zdobycie towaru, który można zmagazynować, a później sprzedać.
Port wyglądał więc tak samo jak każdego dnia od przybycia al’Thora do miasta. Cóż więc sprawiło, że nagle się zawahała? To dziwne wrażenie, jakby ciarki chodziły po plecach, jakby…
Odwróciła się gwałtownie i zobaczyła pochód ciągnący błotnistą ulicą. AI’Thor siedział dumnie wyprostowany na swym karym rumaku w stroju dopasowanym barwą do maści zwierzęcia, ozdobionym tylko z rzadka czerwonymi haftami. Jak zawsze miał za plecami oddział żołnierzy, a nadto sporą grupę doradców i szybko rosnące szeregi pochlebców Domani.
Chodząc po ulicach miasta, jakoś zbyt często się na niego natykała. Opanowała się i nie uciekła w którąś z bocznych uliczek. Została na miejscu, naciągnąwszy tylko głębiej kaptur na czoło, żeby skryć twarz. Al’Thor przejechał tuż przed nią i niczym nie dał po sobie znać, że ją zauważył. Wydawał się zatopiony w myślach, jak to mu się ostatnio często zdarzało. Chciała krzyknąć do niego, żeby działał szybciej, żeby umocnił swoją władzę nad Arad Doman, a potem ruszał dalej, lecz opanowała się. Przecież nie pozwoli, aby jej prawie trzystoletnie życie zakończyła egzekucja z rozkazu Smoka Odrodzonego!
Orszak przejechał obok niej. Jak wcześniej, kiedy odwracała odeń wzrok, wydało jej się, że widzi… ledwie kątem oka… spowijającą go ciemność, jakby zgęstniały cień rzucany przez zachmurzone niebo. Kiedy przypatrzyła się uważniej, ciemność zniknęła.
Zawsze tak było – gdy próbowała ją przyszpilić wzrokiem, nie widziała nic. Ciemność pojawiała się tylko w przypadkowych, z ukosa rzucanych spojrzeniach.
W całym swoim długim życiu nigdy o czymś takim nie słyszała. Widok Smoka Odrodzonego spowitego w ciemność napełniał ją grozą. Grozą, która tłamsiła nie tylko jej dumę, lecz nawet wspomnienia popełnionych błędów. Nie. Ta sprawa zawsze była większa od niej. Próby kierowania al’Thorem przypominały nie tyle jazdę na spłoszonym koniu, ile walkę z rozszalałym morskim sztormem!
Nigdy nie będzie w stanie zmienić kierunku, w którym chłopak podążał. Nie ufał Aes Sedai i miał po temu dobre powody. Nie ufał już chyba nikomu, wyjąwszy Min – lecz Min opierała się wszelkim wysiłkom Cadsuane, zmierzającym do zbudowania wspólnego frontu. Dziewczyna była niemal równie niemożliwa co sam al’Thor.
Ta wizyta w porcie nie miała sensu. Rozmowy z informatorami nie miały sensu. Jeżeli szybko czegoś nie zrobi, zagłada będzie nieuchronna. Co jednak mogła zrobić? Oparła się o ścianę budynku, trójkątne proporce powiewały przed nią, wskazując na północ. Ku Ugorowi, gdzie na al’Thora czekało jego przeznaczenie.