W tej chwili coś przyszło jej do głowy. Chwyciła się tego pomysłu, jak tonący we wzburzonych falach chwyta się tego, co pod ręką. Nie wiedziała jeszcze, jakie mogą być konsekwencje, jednak innej nadziei nie miała.
Okręciła się na pięcie i pośpieszyła z powrotem drogą, którą przemierzyła wcześniej. Szła z pochyloną głową, ledwie odważając się myśleć o krystalizującym się w głowie planie. Tak łatwo mogło wszystko spełznąć na niczym. A jeżeli – czego się obawiała – al’Thor był już całkiem we władzy targającego nim gniewu, to nawet to na nic się nie zda.
Jeżeli jednak sprawy zaszły tak daleko, wówczas nic mu nie pomoże. Wynikało stąd, że nie ma nic do stracenia. Nic prócz świata.
Przepychając się przez tłum i czasami schodząc na błotniste ulice, dotarła w końcu do bram posiadłości al’Thora. Jacyś Aielowie zajęli tymczasem obóz po żołnierzach Dobraine’a, którzy podążyli za swym dowódcą. Poczynali sobie dość swobodnie: jedni obsiedli tereny ogrodowe, inni skrzydło budynku, pozostali pobliskie domy.
Cadsuane ruszyła do zajmowanego przez Aielów skrzydła niezatrzymywana przez nikogo. Wśród Aielów cieszyła się szacunkiem większym niż którakolwiek z jej sióstr. Wreszcie odnalazła w bibliotece Sorileę i pozostałe Mądre. Naradzały się, zasiadając jak zwykle na podłodze. Sorilea powitała Cadsuane skinieniem głowy. Sama pomarszczona skóra i kości, choć nikt zapewne nie określiłby jej mianem „kruchej”. To pewnie przez jej oczy, wyzierające ze spalonej słońcem i wysuszonej wiatrem twarzy, która mimo to sprawiała zadziwiająco młode wrażenie. Jak to możliwe, że Mądre potrafią żyć tak długo, a jakoś nie mają tych twarzy, co Aes Sedai, twarzy, na których nie widać śladów przeżytych lat? Na to pytanie Cadsuane nigdy nie znalazła odpowiedzi.
Zsunęła kaptur i przyłączyła się do Mądrych, siadając na posadzce i lekceważąc poduszki. Spojrzała prosto w oczy Sorilei.
– Zawiodłam – oznajmiła.
Mądra pokiwała głową, jakby myślała podobnie. Cadsuane zdusiła w sobie przypływ irytacji.
– Porażka nie przynosi wstydu – stwierdziła Bair – kiedy wina leży po stronie kogoś innego.
Amys przytaknęła jej słowom.
– Car’a’carn jest uparty, jak żaden inny mężczyzna, Cadsuane Sedai. Nie masz wobec nas żadnego toh.
– Hańba czy toh – zaczęła Cadsuane – wkrótce nie będą miały żadnego znaczenia. Ale mam plan. Pomożecie mi?
Mądre popatrzyły po sobie.
– Na czym polega ten plan? – zapytała Sorilea.
Cadsuane uśmiechnęła się i przystąpiła do wyjaśnień.
Rand patrzył przez ramię za oddalającą się Cadsuane. Prawdopodobnie uznała, że nie widział, jak kryje się pod ścianą. Kaptur płaszcza skrywał twarz, ale nic nie mogło skryć tej dumnej postawy, nawet toporne obuwie. Było to widoczne zwłaszcza, gdy się śpieszyła – panowała nad otoczeniem, a inni odruchowo ustępowali jej z drogi.
Śledząc go po mieście, igrała z zakazem. Skoro jednak nie pokazała twarzy, musiał pozwolić jej odejść. Z upływem czasu coraz mniej podobał mu się pomysł banicji, którą na nią nałożył, niemniej nie było już odwrotu. Postanowił jednak, że w przyszłości lepiej będzie panował nad własnym temperamentem. Najlepiej zakuć go w lód, niech żarzy się w głębi piersi i tętni jak drugie serce.
Spojrzał w stronę portu. Może i trudno było znaleźć powody, dla których miałby osobiście nadzorować rozdział żywności. Przekonał się już jednak, że pod jego okiem ziarno miało znacznie większe szanse, aby trafić do rąk naprawdę potrzebujących. Ci ludzie od zbyt dawna żyli bez swego króla, zasługiwali na to, by widzieć, iż jest ktoś, kto włada w ich mieście.
Gdy dotarł do portu, kazał Tai’daisharowi powoli jeździć wzdłuż nabrzeża. Zerknął na jadących obok Asha’manów. Naeff miał mocną twarz o grubych rysach i szczupłą sylwetkę wojownika. Kiedyś był żołnierzem w Gwardii Królowej Andoru, odszedł jednak powodowany niesmakiem za rządów „lorda Gaebrila”. Jakimś sposobem trafił do Czarnej Wieży i teraz miał przy kołnierzu i Miecz, i Smoka.
W końcu Rand zapewne będzie musiał odesłać go do jego Aes Sedai – Naeff był jednym z pierwszych, którzy pozwolili nałożyć sobie więź zobowiązań – albo sprowadzić ją w swoje otoczenie. Myśl o następnej Aes Sedai przy boku napełniała go niechęcią, choć Nelavaire Demasiellin z Zielonych Ajah jak na siostrę była całkiem miła.
– Mów dalej – zwrócił się Rand do Naeffa.
Asha’man pełnił funkcję łącznika przy sztabie Bashere, zajmującym się organizacją spotkania z Seanchanami.
– Cóż, mój panie – zaczął wojownik – to tylko moje wrażenie, ale nie sądzę, aby zdecydowali się na spotkanie w Katarze. Gdy tylko lord Bashere lub ja o nim wspominamy, natychmiast zaczynają piętrzyć trudności, twierdząc, że czekają na dalsze instrukcje od Córki Dziewięciu Księżyców. Z ich tonu można wnosić, że „instrukcje” uznają miejsce spotkania za nie do przyjęcia.
– Katar jest miejscem neutralnym, nie znajduje się ani na terenach Arad Doman, nie był też szczególnie długo pod okupacją Seanchan – zauważył cicho Rand.
– Wiem, mój panie. Próbowaliśmy. Tak jak obiecałem.
– Niech będzie – rzekł Rand. – Skoro się upierają, niech będzie inne miejsce. Wróć do nich i powiedz, że spotkamy się w Falme.
Za jego plecami Flinn cicho zagwizdał.
– Mój panie – zaprotestował Naeff. – Falme znajduje się daleko poza granicami okupowanych ziem.
– Wiem – odparł Rand, zerkając na Flinna. – Ale jest miejscem o… określonym znaczeniu historycznym. Nic nam nie grozi, Seanchan krępuje ich poczucie honoru. Nie zaatakują nas, jeżeli przybędziemy pod sztandarem pokoju.
– Jesteś pewien, mój panie? – cicho zapytał Naeff. – Nie podoba mi się sposób, w jaki na mnie patrzą. W ich oczach jest pogarda, nic innego. Tylko pogarda i litość, jakbym był bezpańskim psem,. który szuka resztek na tyłach karczmy. Żebym sczezł, mam już tego dosyć.
– Trzymają w pogotowiu te swoje obroże, mój panie – wtrącił Flinn. – I niezależnie, czy przyjdziemy ze sztandarem pokoju, będą ich ręce świerzbić, żeby nam je nałożyć.
Rand przymknął oczy, próbując stłumić falę narastającego gniewu. Na chwilę wystawił twarz na podmuch morskiego wiatru, poczuł słone powietrze na policzkach. Otworzył oczy i spojrzał w niebo zaciągnięte ciemnymi chmurami. Nie będzie myślał o obroży na szyi, o dłoni zaciśniętej na gardle Min. To już minęło.
Był twardszy niż stal. Nic go nie złamie.
– Musimy zawrzeć pokój z Seanchanami – oświadczył. – Niezależnie od dzielących nas różnic.
– Różnic? – oburzył się Flinn. – Nie wydaje mi się, aby można to określić tym słowem. Oni chcą nas wziąć w niewolę, może nawet stracić. Wydaje im się, że jedno lub drugie będzie przysługą oddaną światu!
Rand spokojnie wytrzymał jego spojrzenie. Flinn nie miał w sobie buntowniczej żyłki, był równie lojalny jak inni. Mimo to pod spojrzeniem Randa skulił się i w końcu skłonił głowę. Nie można tolerować niezgody. Skutkiem niezgody i kłamstw była obroża na jego szyi. Nigdy więcej.
– Przepraszam, mój panie – wykrztusił w końcu Flinn. – Żebym sczezł, jeśli Falme to nie jest najlepszy wybór! Przez cały czas będą z lękiem patrzyli w niebo, zobaczysz.
– Zawieź wiadomość, Naeff – rozkazał Rand. – Chcę to już mieć załatwione.
Naeff skinął głową, zawrócił konia i odłączył się od kolumny wraz z niewielką grupą Aielów. Podróżować można było tylko z miejsca, które się dobrze znało, więc Naeff nie mógł otworzyć bramy w dowolnym miejscu portu. Rand jechał dalej wzdłuż nabrzeża, nieco zdziwiony milczeniem Lewsa Therina. Ostatnimi czasy szaleniec zachowywał się nadzwyczaj powściągliwie. Rand powinien się z tego cieszyć, lecz nie potrafił. Miało to coś wspólnego z bezimienną mocą, z której wówczas skorzystał. Wspominając tamtą chwilę, wciąż słyszał, jak Lews Therin płacze i mamrocze, zdjęty grozą.