Выбрать главу

– Randzie?

Odwrócił się zdziwiony, że nie usłyszał zbliżającej się Nynaeve. Miała na sobie zieloną suknię, skromną wedle norm Domani, lecz dość śmiałą i odsłaniającą znacznie więcej, niż pozwoliłaby sobie w czasach, gdy była Wiedzącą w Dwu Rzekach.

„Też ma prawo się zmieniać” – pomyślał Rand. „Czym jest lekkie rozluźnienie kodeksu ubioru wobec banicji i egzekucji, które ja zarządzałem?”.

– Co postanowiłeś? – zapytała.

– Spotkam się z nimi w Falme – odpowiedział.

Mruknęła coś pod nosem.

– Chciałaś coś powiedzieć? – zapytał.

– Och, tylko tyle, że jesteś wełnianogłowym głupcem – oświadczyła, patrząc mu wyzywająco w oczy.

– Zgodzą się na Falme – stwierdził.

– Tak – przyznała. – Ponieważ tym sposobem wydasz się w ich ręce.

– Nie mogę sobie pozwolić na dłuższą zwłokę, Nynaeve – tłumaczył. – Musimy podjąć pewne ryzyko. Poza tym wątpię, aby spróbowali coś przedsięwziąć.

– Ostatnim razem też tak mówiłeś, prawda? – zauważyła. – I kosztowało cię to rękę.

Spojrzał na kikut ręki.

– Mało prawdopodobne, aby tym razem towarzyszyło im któreś z Przeklętych.

– Jesteś pewien?

Znowu spojrzał jej w oczy, a ona wytrzymała jego wzrok, co ostatnio nie udawało się wielu. Wreszcie pokręcił głową.

– Nie mogę być pewny.

Parsknęła w odpowiedzi, co miało znaczyć, że we własnej opinii wygrała ten spór.

– Cóż, będziemy musieli po prostu zachować szczególną ostrożność. Może wspomnienia o twojej ostatniej wizycie w Falme dadzą im do myślenia.

– Mam taką nadzieję – powiedział.

Przez chwilę mruczała jeszcze coś pod nosem, ale nie potrafił rozróżnić słów. Nynaeve nigdy nie stanie się wzorową Aes Sedai, zbyt bardzo folgowała swym emocjom i zbyt łatwo unosiła się gniewem. Rand nie uważał tego za wadę, przynajmniej zawsze wiedział, o co jej chodzi. Gry polityczne były jej obce, a to czyniło ją cenną w jego oczach. Ufał jej. Jako jednej z nielicznych.

„Ufamy jej, prawda?” – zapytał Lews Therin. „Ale czy postępujemy właściwie?”.

Rand nie odpowiedział. Dokończył inspekcję doków. Przez cały czas Nynaeve pozostawała przy jego boku. Sposępniała, choć Rand nie potrafił zrozumieć dlaczego. Po banicji Cadsuane przypadła jej rola głównej doradczyni Smoka Odrodzonego. Czy nie potrafiła tego docenić?

Może martwiła się o Lana.

Gdy orszak Randa dotarł do końca nabrzeży i zawracał do miasta, zapytał:

– Miałaś od niego jakieś wiadomości?

Nynaeve zerknęła na niego, jej oczy się zwęziły.

– Od kogo?

– Wiesz, od kogo – powiedział Rand.

Właśnie przejeżdżali wzdłuż rzędu jaskrawoczerwonych proporców powiewających nad szeregiem budynków; na każdym widniało godło tego samego Domu.

– To, co robi, nie powinno cię obchodzić – odcięła się Nynaeve.

– Obchodzi mnie cały świat, Nynaeve. – Spojrzał jej w oczy. – Nie zgadzasz się?

Otworzyła już usta, żeby warknąć na niego, ale powstrzymało ją coś, co dostrzegła w jego oczach.

„Światłości” – pomyślał, widząc wyraz jej twarzy. „Mógłbym to zrobić również Nynaeve. Co oni muszą widzieć, gdy patrzą mi w oczy?”. To, jak na niego patrzyła, sprawiło, że omal nie przestraszył się samego siebie.

– Lanowi nic się nie stanie – stwierdziła Nynaeve, uciekając wzrokiem.

– Pojechał do Malkier, zgadza się?

Zarumieniła się.

– Ile już czasu minęło? – dopytywał się Rand. – Nie mógł jeszcze dotrzeć na Ugór, prawda? – Poświęcając się bez reszty swemu obowiązkowi i przeznaczeniu, Lan zdążał teraz samotnie do Malkier. Królestwo, jego królestwo, które wiele dziesięcioleci temu zostało pochłonięte przez Ugór. Lan był wówczas dzieckiem.

– Jeszcze jakieś dwa, trzy miesiące – powiedziała. – Może trochę dłużej. Pojechał do Shienaru, żeby potem stanąć pod Przełęczą, nawet gdyby miał być sam.

– Szuka zemsty – cicho stwierdził Rand. – Zemsty za coś, czego nie można było uratować.

– Spełnia tylko swą powinność! – sprzeciwiła się Nynaeve. – Ale… martwi mnie jego porywczość. Chciał, żebym zabrała go na Ziemie Graniczne. Zrobiłam to, ale zostawiłam go w Saldaei. Chciałam, by znalazł się tak daleko od Przełęczy, jak to tylko możliwe. Aby się do niej dostać, będzie musiał pokonać naprawdę trudny teren.

Na myśl o Lanie zmierzającym ku Przełęczy Rand poczuł w sercu lodowate ukłucie. Tamten jechał na śmierć. Lecz nic nie można było na to poradzić.

– Przykro mi, Nynaeve – powiedział, choć nie była to prawda. Nie było mu przykro, ostatnio w ogóle niewiele czuł.

– Wyobrażasz sobie, że wysłałam go samego? – warknęła. – Obaj jesteście wełnianogłowymi głupcami! Zadbałam o jego armię, choć jednoznacznie stwierdził, że tego nie chce.

Była do tego w pełni zdolna. Zapewne wysłała w imieniu Lana apel do wszystkich żyjących jeszcze Malkierczyków. Lan był dziwnym człowiekiem – nie chciał wznieść sztandaru Malkier ani ogłosić się królem swego ludu, ponieważ nie chciał poprowadzić ich na śmierć. Jednak z całkowitym spokojem postanowił w imię własnego honoru tejże śmierci poszukać.

„Czy ja postępuję tak samo?” – zadumał się Rand. „Podążam ku śmierci w imię honoru? Ale nie, to nie to samo. Lan miał wybór”. – Nie istniały żadne proroctwa zwiastujące śmierć Lana, niezależnie od tego, co on sam sądził na temat swego losu.

– Mimo wszystko przydałaby mu się pomoc – rzekła z wahaniem Nynaeve. Zwracanie się do kogoś o pomoc zawsze przychodziło jej z trudem. – Jego armia będzie niewielka. Wątpię, aby zdziałali coś przeciwko Trollokom.

– Zamierzają zaatakować Ugór? – zapytał Rand.

Nynaeve zawahała się z odpowiedzią.

– Nie powiedział – przyznała. – Ale pewnie tak, myślę, że to zrobią. Lan uważa, że marnujesz tu czas, Randzie. Kiedy przybędzie na miejsce, zbierze armię i zobaczy, że Trolloki koncentrują się przy Przełęczy Tarwina… Wtedy pewnie zaatakuje.

– Skoro pojechał bez nas, zasługuje na wszystko, co go spotka – stwierdził Rand.

Nynaeve obrzuciła go ponurym spojrzeniem.

– Jak możesz tak mówić?

– Muszę – odpowiedział cicho. – Ostatnia Bitwa jest coraz bliżej. Niewykluczone, że atak, który poprowadzę na Ugór, nastąpi w tym samym czasie co atak Lana. A może nie… – Urwał, ponieważ coś mu przyszło do głowy. Jeżeli Lan ze swoją armią nawiąże walkę na Przełęczy… wówczas może ściągnąć na siebie uwagę. Kiedy okaże się, że to nie jest atak sił Randa, Cień będzie zdezorientowany. A korzystając z tego, że jego oczy będą wpatrzone w Lana, Rand uderzy z innej strony.

– Tak – powiedział z namysłem. – Jego śmierć faktycznie może mi posłużyć.

Oczy Nynaeve rozszerzyły się ze wściekłości, ale Rand spokojnie patrzył przed siebie. Gdzieś w głębi serca aż się trząsł ze strachu o przyjaciela. Musiał jednak zignorować ten strach, uciszyć go za wszelką cenę. Lecz cichy głos wciąż szeptał do niego:

„Nazwał cię przyjacielem. Nie możesz go zostawić…”.

Nynaeve zdołała jakoś opanować swój gniew. Rand nie mógł jej nie podziwiać.

– Porozmawiamy jeszcze o tym – zapewniła go oschłym tonem. – Może, gdy już dotrze do ciebie, co właściwie znaczy porzucenie Lana na pastwę losu.

Wciąż wyobrażał sobie, że Nynaeve jest tą samą wojowniczą Wiedzącą, która rugała go w Dwu Rzekach. Zawsze tak się starała, zamartwiała, że w oczach innych jej tytuł będzie bez znaczenia, że zlekceważą ją z powodu młodego wieku. Ale od tego czasu i ona dojrzała.