Dotarli w końcu do pałacu, gdzie pięćdziesięciu żołnierzy Bashere pełniło straż przy bramie. Kiedy Rand ich mijał, zasalutowali jak jeden mąż. Kolumna przejechała przez obóz Aielów w ogrodzie i jeźdźcy zsiedli z koni przy stajniach. Rand przełożył statuetkę z pętli przy siodle do specjalnie zaprojektowanej powiększonej kieszeni kaftana, która zresztą bardziej przypominała sakwę naszytą na ubraniu. Ręka statuetki ściskająca sferę i tak wystawała na zewnątrz.
Od razu udał się do sali tronowej. Od kiedy wniesiono tam prawdziwie królewski tron, nie potrafił o niej myśleć inaczej. Tron był zaiste ogromny, złocone poręcze i oparcie nad głową wysadzane były klejnotami, które umieszczone w drewnie wyglądały niczym wybałuszone oczy i tworzyły wrażenie zbytkownego przepychu, którego Rand nie znosił. Mebel znaleziono poza pałacem. Jeden z lokalnych kupców „zaopiekował się” nim na czas zamieszek. Być może myślał o wzięciu go w posiadanie również w bardziej dosłownym sensie.
Rand niechętnie zasiadł na krzykliwym tronie, przez jakiś czas szukając pozycji, w której klucz dostępu nie wbijał mu się w bok. Możni miasta nie byli jeszcze pewni, co o nim sądzić, i ta sytuacja w pełni mu odpowiadała. Nie ogłosił się królem, niemniej jego wojska panowały nad stolicą. Wciąż mówił o przywróceniu Alsalamowi należnego mu miejsca, a jednak zasiadał na jego tronie, jakby miał do tego prawo. Nie wprowadził się do pałacu. Chciał, żeby się zastanawiali.
Tak naprawdę to sam jeszcze nie podjął decyzji. Dużo zależało od raportów, jakie miały spłynąć dzisiaj. Jako pierwszy w komnacie pojawił się Rhuarc. Rand skinął mu głową, a muskularny Aiel odpowiedział tym samym. Zasiedli na okrągłym dywaniku zdobionym barwnymi spiralami, który spoczywał na posadzce tuż przed podwyższeniem wyłożonym zielonym kobiercem. Za pierwszym razem spowodowało to spore poruszenie wśród służby Domani i dworzan rozrastającego się dworu Randa.
– Zlokalizowaliśmy i pojmaliśmy następną, Randzie al’Thor – zaczął Rhuarc. – Alamindra Cutren ukrywała się na ziemiach swego kuzyna przy północnej granicy. Informacje, które udało się nam zdobyć w jej posiadłości, doprowadziły nas prosto na miejsce.
Tym sposobem już czworo członków Rady Kupieckiej znalazło się w jego rękach.
– Co z Mershan Dubaris? Twierdziłeś, że ją również uda się znaleźć?
– Nie żyje – powiedział Rhuarc. – Zginęła z rąk motłochu jakiś tydzień temu.
– Jesteś pewien? To mogą być celowo rozpowszechniane kłamstwa, które mają nas zmylić.
– Wprawdzie nie widziałem na własne oczy ciała – odrzekł Aiel – lecz widzieli je ludzie, którym wierzę, oni zaś twierdzili, że zgadzało się z opisem. Mam wiarygodne podstawy, by przypuszczać, że trop był prawdziwy.
Czworo pojmanych, dwoje nie żyje. Zostawało jeszcze czworo do odnalezienia, żeby powstało ciało zdolne zarządzić elekcję. Nie będzie to oczywiście najbardziej etyczna elekcja króla w historii Domani, ale czemu miał się tym przejmować? Mógł sam wyznaczyć króla lub sam zasiąść na tronie. Co go obchodziły utrwalone obyczaje polityczne Domani?
Rhuarc przyglądał mu się z namysłem. Zapewne zastanawiał się nad tym samym.
– Kontynuuj poszukiwania – polecił Rand. – Nie mam zamiaru brać Arad Doman dla siebie. Albo znajdziemy osobę nadającą się na króla, albo stworzymy kworum w Radzie Kupców, aby mogli sami go wybrać. Nie interesuje mnie, kto nim będzie, pod warunkiem że nie będzie to Sprzymierzeniec Ciemności.
– Jako rzeczesz, Car’a’carnie – rzekł Rhuarc, podnosząc się.
– Porządek jest najważniejszy, Rhuarcu – zapewnił go Rand. – Sam nie mam czasu, żeby zajmować się tym królestwem. Ostatnia Bitwa nadchodzi wielkimi krokami. – Zerknął na Nynaeve, która wraz z niewielkim oddziałem Panien Włóczni stała w głębi sali. – Z końcem miesiąca chcę mieć tych czterech brakujących członków Rady.
– Dużo od nas wymagasz, Randzie al’Thorze – stwierdził Rhuarc.
Rand powstał.
– Znajdź mi tylko tych kupców. Ten kraj zasługuje na to, by mieć władcę.
– A król?
Rand zerknął w bok, gdzie stała Milisair Chadmar, bacznie obserwowana przez straż Aielów. Wydawała się… wynędzniała. Lśniące niegdyś kruczoczarne włosy układała teraz w kok, najwyraźniej dlatego, że tak łatwiej było o nie zadbać. Jej suknia wciąż była wystawna, lecz nieco sfatygowana, jakby od dawna nie zmieniana. Oczy miała przekrwione. Dalej znać w niej było piękną kobietę, jednak było to piękno obrazu, który ktoś wyjął z ram, zmiął, a potem rozprostował na blacie stołu.
– Obyś zawsze znalazł wodę i cień, Rhuarcu – rzekł Rand na pożegnanie.
– Obyś zawsze znalazł wodę i cień, Randzie al’Thorze. – Wysoki Aiel opuścił komnatę, kilka jego włóczni podążyło za nim. Rand wziął głęboki oddech i na powrót zasiadł na wystawnym tronie. Rhuarca traktował z szacunkiem, na który tamten sobie zasłużył. Pozostali… pozostali też dostaną to, na co sobie zasłużyli.
Pochylił się naprzód, gestem nakazując Milisair, aby się zbliżyła. Jedna z Panien szturchnęła ją w plecy, zmuszając do pierwszego kroku. Kobieta wyglądała na znacznie bardziej zalęknioną niż podczas ostatniego spotkania z Randem.
– No, więc? – zapytał.
– Mój Lordzie Smoku… – zaczęła, a potem nerwowo rozejrzała się dookoła, jakby szukając pomocy u zebranych w komnacie zarządców Domani i dworzan. Zignorowali ją, nawet ten fircyk lord Ramshalan uciekł spojrzeniem.
– Mów, kobieto – zażądał Rand.
– Goniec, o którego pytałeś, nie żyje – wydusiła wreszcie.
Rand znowu wziął głęboki oddech.
– Jak to się stało?
– Ludzie, których przydzieliłam mu do ochrony… – zaczęła szybko tłumaczyć – nie miałam pojęcia, że tak źle go traktują! Przez wiele dni nie dawali mu wody, a kiedy przyszła gorączka…
– Innymi słowy – wszedł jej w słowo Rand – nie udało ci się wydobyć z niego żadnych informacji, więc wrzuciłaś go do lochu, żeby tam zgnił, a przypomniałaś sobie o nim dopiero wtedy, gdy zażądałem, aby się przed mną stawił.
– Car’a’carnie – odezwała się nagle jedna z Panien Włóczni, młoda kobieta imieniem Jalani, występując naprzód. – Znaleźliśmy tę kobietę, gdy pakowała swe rzeczy, zapewne chcąc uciec z miasta.
Milisair wyraźnie zbladła.
– Lordzie Smoku…– wykrztusiła. – Chwila słabości! Ja…
Rand gestem nakazał jej milczenie.
– Co mam teraz z tobą zrobić?
– Powinna zostać stracona, mój panie! – powiedział z zapałem Ramshalan, dając krok naprzód.
Rand zmierzył go spojrzeniem spod zmarszczonych brwi. Nie prosił nikogo o radę. Ramshalan był chudy, górną wargę zdobił mu charakterystyczny dla Arad Doman cienki wąsik, a wydatny nos zdradzał, że musiał mieć jakiegoś saldaeańskiego przodka. Odziany był w obrzydliwie krzykliwy kaftan w błękitne, pomarańczowe i żółte wzory, z którego rękawów wylewały się białe koronki. Najwyraźniej taka teraz panowała moda w niektórych kręgach wyższych sfer Domani. Jego kolczyki miały godło jego domu, a na policzku przykleił sztuczny pieprzyk w kształcie ptaka w locie.
Rand zdążył już poznać wielu takich jak on, dworzan o zbyt małym rozumie, za to zbyt rozległych koligacjach. W kręgach szlacheckich mnożyli się chyba równie licznie jak owce w Dwu Rzekach. Szczególnie irytujące były u Ramshalana nosowy głos oraz gotowość zdradzenia każdego, byle tylko przypodobać się Randowi.
Mimo to ludzie tacy jak on bywali użyteczni. Od czasu do czasu.