Выбрать главу

– I co? – dopytywała się Nynaeve.

– Cóż, poszedł od razu do lady Chadmar, a potem… – Loral urwała. – Nynaeve Sedai, nie chcę przysparzać dodatkowych kłopotów mojej pani i…

– Potem został wydany na przesłuchanie – rzekła krótko Nynaeve. – Nie ma czasu na głupoty, Loral. Nie szukam tu dowodów przeciwko twojej pani i tak naprawdę nie obchodzi mnie, komu jesteś lojalna. W grę wchodzą poważniejsze rzeczy. Odpowiedz na moje pytanie.

– Tak, pani – szybko powiedziała Loral i zbladła. – Oczywiście, wszyscy wiemy, co się wydarzyło. Ale to nie w porządku oddawać jednego z ludzi króla w ręce śledczych. Zwłaszcza zaś tego człowieka. Z tak piękną twarzą i w ogóle.

– Wiesz, gdzie znajduje się loch i siedziba śledczych?

Loral znowu się zawahała, a potem niechętnie pokiwała głową. Dobrze. Nie zamierzała niczego ukrywać.

– Wobec tego idziemy – rzekła Nynaeve, wstając.

– Moja pani?

– Do lochów – oznajmiła Nynaeve. – Zakładam, że nie znajdują się na terenie posiadłości, a może Milisair Chadmar nie jest tak ostrożna, za jaką ją uważam?

– Są niedaleko, na Uczcie Mew – wyjaśniła Loral. – Chcesz tam iść jeszcze dziś, pani?

– Tak – potwierdziła Nynaeve, lecz po chwili dodała: – Chyba że lepiej będzie pójść od razu do siedziby śledczych.

– To jest to samo miejsce, moja pani.

– Świetnie. Idziemy.

Loral nie miała wyboru. Nynaeve pozwoliła jej tylko wrócić do pokoju i ubrać się – ale w towarzystwie żołnierza.

Jakiś czas później Nynaeve i jej żołnierze wyprowadzili dosun – wraz z czterema służącymi, żeby uniemożliwić im ostrzeżenie kogokolwiek -z budynku rezydencji. Cała piątka miała dość kwaśne miny. Powodem była zapewne wiara w zabobonne plotki o niebezpieczeństwach czyhających pośród nocy. Nynaeve wiedziała lepiej. Noc nie była może bezpieczna, lecz to samo można było powiedzieć o każdej innej porze dnia. Po namyśle doszła do wniosku, że pewnie była bezpieczniejsza. Mniej ludzi oznaczało mniejsze szanse, że komuś obok skóra zakwitnie cierniami, z gardła wyskoczą mu płomienie albo umrze w jakiś inny, równie niezrozumiały sposób.

Doszli do granic terenu rezydencji, Nynaeve maszerowała raźnym krokiem w nadziei, że przynajmniej w ten sposób rozproszy nerwowość pozostałych. Przy bramie skinęła głową wartownikom, a potem ruszyła w kierunku wskazanym przez Loral. Podeszwy jej butów stukały o deski chodnika, zachmurzone nocne niebo lśniło słabą poświatą skrytego księżyca.

Nynaeve nie pozwoliła sobie na luksus powtórnego zastanowienia nad swym planem. Postawiła przed sobą cel i jak na razie wszystko szło nieźle. Rand może się zdenerwować, gdy się dowie, że bez pytania wzięła pod swoje rozkazy jego żołnierzy i narobiła zamieszania. Lecz czasami, kiedy chciało się zobaczyć, co jest w beczce pełnej zamulonej deszczówki, trzeba było w niej zamieszać, żeby to, co było na dnie, wypłynęło na powierzchnię. W tej sprawie było jej zdaniem po prostu zbyt dużo zbiegów okoliczności. Milisair Chadmar wtrąciła posłańca do lochu już wiele miesięcy temu, a umarł na krótko przed tym, jak Rand chciał go widzieć. Był jedyną osobą w mieście, która znała miejsce pobytu króla.

Zbiegi okoliczności się zdarzały. Kiedy dwaj farmerzy byli skłóceni i krowa jednego z nich zdychała w nocy, to mógł być przypadek. Lecz czasami już pobieżne dochodzenie ujawniało, że tak nie było.

Loral szła przodem, prowadząc ich do Uczty Mew, zwanej też Mewią Dzielnicą – części miasta, gdzie trafiały odpadki z połowów. Jak większość wrażliwych ludzi, Nynaeve unikała tego rewiru, i wkrótce nos przypomniał jej, dlaczego tak robiła. Być może z rybich flaków powstawał znakomity nawóz, jednak ohydny smród czuło się już z odległości kilku przecznic. Nawet uciekinierzy nie zapuszczali się w panujące tu mroki.

Co zrozumiałe, droga trwała dość długo – architekci bogatej dzielnicy zadbali, aby od Uczty Mew dzieliła ją jak największa odległość. Nynaeve szła cierpliwie i nie zwracała uwagi na ciemne zaułki oraz bramy budynków, niemniej jej mały orszak – nie licząc żołnierzy – z każdym krokiem otaczał ją coraz ciaśniej. Saldaeanie też położyli dłonie na rękojeściach wężowatych mieczy i starali się patrzeć we wszystkie strony naraz.

Żałowała, że nie ma pojęcia, co się dzieje w Białej Wieży. Ile już czasu minęło, odkąd otrzymała jakieś wieści od Egwene lub którejś z pozostałych? Miała poczucie, jakby była ślepa. Co zresztą było jej winą, ponieważ uparła się, że pojedzie z Randem. Ktoś przecież musiał mieć na niego oko, skutkiem czego straciła kontakt z pozostałymi. Czy Wieża wciąż była podzielona? Czy Egwene dalej pozostawała Amyrlin? Z ulicznych plotek niewiele można było się dowiedzieć. Każdej, którą słyszała, towarzyszyła zazwyczaj druga, zaprzeczająca tamtej. W Białej Wieży trwała wojna domowa. Nie, Biała Wieża walczyła z Asha’manami. Nie, Biała Wieża padła pod ciosami Seanchan. Zniszczył ją Smok Odrodzony. Nie, te wszystkie plotki to były kłamstwa propagowane przez Wieżę, żeby podstępem skusić wrogów do jej zaatakowania.

Stosunkowo nieliczne wspominały z imienia Elaidę lub Egwene, niemniej mętnych informacji na temat dwóch Amyrlin było sporo. To ją zaskoczyło. Żaden obóz Aes Sedai nie miał interesu w rozpowszechnianiu wieści o drugiej Amyrlin. Plotki o konfliktach w łonie Białej Wieży działały na niekorzyść obu frakcji.

W końcu Loral się zatrzymała. Czterej służący poszli jej śladem, zbijając się w niespokojną gromadkę. Nynaeve spojrzała na dosun.

– Co teraz?

– To tutaj, pani. – Wskazała kościstym palcem budynek po przeciwnej stronie ulicy.

– Warsztat świecarza? – zapytała Nynaeve.

Loral przytaknęła.

Nynaeve gestem przywołała jednego z krzywonogich żołnierzy. – Przypilnujesz tej piątki i zadbasz, żeby nikt nie wpakował się kłopoty. Wy dwaj, idziecie ze mną.

Ruszyła na drugą stronę ulicy, ale nie usłyszawszy odgłosu kroków, odwróciła się ze zmarszczonym czołem. Trzej wartownicy stali bez ruchu i wpatrywali się w pojedynczą latarnię, zapewne żałując, że nie wzięli jeszcze jednej.

– Och, na litość Światłości – warknęła Nynaeve, unosząc rękę i obejmując Źródło. Splotła kulę światła, która rozbłysła tuż u jej palców, oświetlając ziemię wokół chłodnym, jednostajnym światłem. – Zostawcie tę latarnię.

Dwaj Saldaeanie posłuchali i ruszyli za nią. Ona tymczasem podeszła do drzwi warsztatu świecarza, splotła osłonę przeciwko podsłuchom i otoczyła nią siebie, drzwi oraz obu żołnierzy.

Wbiła spojrzenie w jednego z nich.

– Jak masz na imię?

– Triben, moja pani – odpowiedział. Miał twarz o ostrych, jastrzębich rysach, krótki, przystrzyżony wąsik i bliznę na czole. – A to jest Lurts – dodał, wskazując na potężnie zbudowanego towarzysza, który ku zdumieniu Nynaeve miał na sobie mundur kawalerzysty.

– Dobrze, Triben – rzekła Nynaeve. – Wyważ te drzwi. Triben nie wahał się ani przez chwilę. Uniósł nogę w ciężkim buciorze i kopnął w drewno. Futryna poddała się od razu i skrzydło drzwi się uchyliło. Jeśli jednak poprawnie splotła osłonę, nikt w budynku nie mógł tego usłyszeć. Zerknęła do środka. Wnętrze pachniało woskiem i perfumami, drewnianą podłogę znaczyły liczne plamy. Ślady po rozlanym wosku, którego właściwie nie sposób było wywabić do końca.

– Szybko – powiedziała do żołnierzy i natychmiast rozplotła osłonę, zachowując jednak kulę światła. – Lurts, idź na tył sklepu i obserwuj ulicę. Nie pozwól nikomu uciec. Triben, za mną.