Выбрать главу

Jak na człowieka swojej postury Lurts poruszał się zadziwiająco szybko. W jednej chwili objął posterunek za sklepem. Kula światła chybocząca nad dłonią Nynaeve wyłowiła tymczasem z mroku rząd beczek, w których zanurzano świece oraz leżącą w kącie stertę wypalonych ogarków skupowanych za grosze w celu przetopienia. Po prawej stronie były schody wiodące na górę. Na froncie warsztatu znajdowała się wystawa prezentująca rozmaite rodzaje świec, począwszy od prostych białych, a skończywszy na grubych, zdobionych i perfumowanych…

Oczywiście każde tajne przedsięwzięcie musiało mieć jakąś przykrywkę, pod którą działało. Nynaeve ruszyła po schodach, Triben za nią, drewniane stopnie skrzypiały pod ich ciężarem. Budynek był dość wąski. Na pierwszym piętrze zobaczyli dwoje drzwi. Jedne były odrobinę uchylone, więc Nynaeve stłumiła blask swej kuli i splotła wokół pomieszczenia kolejną osłonę przed podsłuchem. Wpadła do środka, a orłonosy Triben ruszył za nią z towarzyszeniem cichego szelestu miecza opuszczającego pochwę.

W pokoju znajdowała się tylko jedna osoba. Otyły mężczyzna spał na leżącym na podłodze materacu, nogi miał zawinięte w stertę koców. Nynaeve splotła kilka strumieni Powietrza i jednym płynnym ruchem skrępowała leżącego. Wybałuszył oczy i otworzył usta do krzyku, Nynaeve jednak zdążyła już wepchnąć mu do ust knebel Powietrza.

Odwróciła się do Tribena, skinęła głową i podwiązała sploty. Oboje wyszli z pokoju i podeszli do następnych drzwi, a tymczasem związany grubas szarpał się w więzach. Nynaeve otoczyła pokój osłoną przeciwko podsłuchiwaniu, co tym razem okazało się szczególnie przydatne, ponieważ znajdujący się w środku dwaj młodzi mężczyźni zareagowali znacznie szybciej. Na widok Tribena jeden z nich poderwał się z krzesła i krzyknął. Jednym skokiem żołnierz dopadł do niego i uderzył w brzuch, pozbawiając oddechu.

Nynaeve związała go strumieniem Powietrza, po czym szybko postąpiła w ten sam sposób z drugim młodzieńcem, który właśnie sennie podnosił się na pryczy. Przyciągnęła ich do siebie trzymanymi splotami, rozpaliła mocniej kulę światła, a potem uniosła mężczyzn w powietrze, zawieszając kilka cali nad podłogą. Obaj byli miejscowi – ciemne włosy, toporne rysy, cienkie wąsiki nad górną wargą. Odziani byli tylko w bieliznę. Ponadto wydawali się trochę za starzy na czeladników.

– Myślę, że trafiliśmy we właściwe miejsce, Nynaeve Sedai – odezwał się Triben, obchodząc wiszących w powietrzu jeńców i stając przed nią.

Spojrzała na niego pytająco.

– To nie są uczniowie świecarza – wyjaśniał Triben. Jego miecz z powrotem znalazł się w pochwie. – Mają wprawdzie odciski na dłoniach, ale brakuje oparzelin. Poza tym są za bardzo umięśnieni. I zbyt starzy. Temu po lewej przynajmniej raz złamano nos.

Przyjrzała się uważniej. Triben miał rację.

„Czemu sama tego nie dostrzegłam?”. Choć przecież zwróciła uwagę na wiek tamtych…

– Jak myślisz, któremu wyjąć knebel – zapytała jakby od niechcenia – a którego zabić?

Obaj zaczęli się szarpać w więzach, wybałuszając oczy. Powinni wiedzieć, że żadna Aes Sedai nigdy by czegoś takiego nie zrobiła. Właściwie nie powinna nawet tego sugerować, jednak przeważyła odraza, jaką wzbudzali w niej więzienni nadzorcy.

– Ten po lewej wydaje się chyba bardziej skłonny do rozmowy, pani – odparł Triben. – Może powie ci to, co chcesz wiedzieć.

Pokiwała głową i wyjęła tamtemu knebel z ust. W jednej chwili zaczął mówić:

– Zrobię, co tylko każesz! Proszę, nie zabijaj mnie robakami! Nie zrobiłem nic złego, przysięgam, ja…

Z powrotem wepchnęła mu w usta knebel z Powietrza.

– Za dużo zawodzenia – powiedziała. – Może ten drugi będzie rozumiał, że należy się zamknąć i nie odzywać bez pytania. – Uwolniła drugiego.

Mężczyzna dalej wisiał w powietrzu, wyraźnie przestraszony, lecz milczał. Nawet najbardziej zatwardziali mordercy nie potrafili zachować zimnej krwi w obliczu Jedynej Mocy.

– Którędy do lochu? – zapytała.

Wyglądał na chorego, lecz przecież od początku musiał wiedzieć, że o to jej chodzi. Mało prawdopodobne, aby Aes Sedai po północy wpadała do warsztatu świecarza tylko dlatego, że sprzedano jej oszukaną świecę.

– Klapa w podłodze – powiedział mężczyzna. – Pod dywanem od frontu.

– Świetnie – ucieszyła się Nynaeve. Podwiązała sploty krępujące ręce mężczyzn, potem zakneblowała z powrotem tego, który przed chwilą mówił. Postawiła ich na podłodze, gdyż chciała ich zabrać ze sobą, a nie miała ochoty ich ciągnąć – niech idą na własnych nogach.

Tribenowi kazała przyprowadzić z drugiego pokoju grubasa, a potem całą trójkę pognała na dół po schodach. Na parterze czekał potężny Lurts, który wciąż obserwował uliczkę na tyłach warsztatu. Na podłodze przed nim siedział młody chłopak – światło Nynaeve wyłowiło z ciemności przerażone oblicze Domani przykryte szopą nietypowo jasnych włosów i ręce poznaczone oparzeniami.

– No, to jest uczeń świecarza – rzekł Triben, drapiąc się po bliźnie na głowie. – Prawdopodobnie odwalał całą oficjalną robotę.

– Spał pod jednym z tych koców. – Lurts skinął głową w kierunku sterty w zaciemnionym kącie i podszedł do Nynaeve. – Kiedy zobaczył, że poszliście na górę, próbował się wymknąć frontowymi drzwiami.

– Daj go tu – poleciła Nynaeve. Tymczasem na froncie warsztatu Triben odsunął dywan, a potem kilkukrotnie wsunął miecz w szczeliny między deskami, aż w końcu coś odpowiedziało metalicznym echem, zapewne zawiasy, jak domyśliła się Nynaeve. Po kilku chwilach dalszego sondowania Triben zdołał otworzyć klapę. W ciemność w dole prowadziła drabina.

Nynaeve dała krok naprzód, lecz Triben uniósł rękę ostrzegawczym gestem.

– Gdybym ci pozwolił zejść tam pierwszej, moja pani, lord Bashere powiesiłby mnie na moich własnych strzemionach – oznajmił. – Nie sposób powiedzieć, co tam może być. – Skoczył w ciemność i ześlizgnął po drabinie, trzymając się jej jedną ręką, w drugiej zaś ściskając miecz. Z głuchym łomotem wylądował na dole.

Nynaeve przewróciła oczami. Mężczyźni! Gestem nakazała Lurtsowi pilnowanie pojmanych, a potem wyzwoliła ich z więzów, żeby mogli zejść. Każdego obdarzyła surowym spojrzeniem i ruszyła po drabinie, oczywiście bez popisów w stylu Tribena. Lurts miał puścić nadzorców zaraz za nią.

Ulokowała kulę światła pod stropem piwnicy i się rozejrzała. Ściany wokół były z kamienia, co nieco zmniejszyło jej obawy związane z ciężarem budynku nad nimi. Podłogę stanowiło klepisko, naprzeciw siebie miała drewniane drzwi. Triben nachylał się, przytykając do nich ucho.

Skinęła głową, a on uchylił gwałtownie drzwi i skoczył żywo do środka. Saldaeanie chyba powoli przejmowali zwyczaje Aielów. Nynaeve ruszyła za nim, na wszelki wypadek trzymając w pogotowiu kilka splotów Powietrza. Za nią nadzorcy niechętnie gramolili się po drabinie, Lurts zamykał pochód.

W pomieszczeniu nie czekały na nich żadne niespodzianki. Grube drewniane drzwi strzegące dwóch cel, stół z kilkoma taboretami i wielka drewniana skrzynia. Nynaeve wysłała swoją kulę światła w jeden z kątów, a orłonosy Triben z bliska przyjrzał się skrzyni. Gdy uniósł wieko, oczy otwarły mu się szerzej, wreszcie wyciągnął ze środka kilka lśniących noży. Instrumenty śledcze. Nynaeve zadrżała. Odwróciła się i spojrzała gniewnie na nadzorców.

Wyjęła knebel temu, z którym rozmawiała poprzednio.

– Klucze? – zapytała.

– Na dnie skrzyni – odparł łotr.

Otyły nadzorca, bez wątpienia przywódca, sądząc po samodzielnym pokoju, obrzucił go wściekłym spojrzeniem. Nynaeve ulokowała go kilka cali nad podłogą.

– Nie prowokuj mnie – warknęła. – Pora jest taka, że wszyscy mądrzy ludzie już dawno leżą w łóżkach.