Skinęła Tribenowi głową, a on wyłowił klucze ze skrzyni i po kolei otworzył drzwi cel. Pierwsza była pusta, w drugiej czekał na nich ponury widok – kobieta w noszącej ślady niedawnej świetności sukni Domani, teraz całej powalanej. Lady Chadmar kuliła się pod ścianą, oczy jej się kleiły tak, że ledwie dostrzegła, iż ktoś otworzy! drzwi. Twarz miała brudną, włosy potargane. W nozdrza Nynaeve uderzyła woń, którą dotąd maskowała wszechobecny smród gnijących ryb. Ludzkie odchody i niemyte od dawna ciało. Zapewne to przyświecało pomysłodawcom ulokowania lochu w Uczcie Mew.
Na widok traktowania, jakiego zaznała ta kobieta, Nynaeve prychnęła. Jak Rand mógł do czegoś takiego dopuścić? Prawda, ona sama skazywała innych na podobny los, jednak to nie dawało nikomu prawa zniżać się do jej poziomu.
Na jej gest Triben zamknął drzwi, a sama Nynaeve usiadła na jednym z taboretów i po kolei przyjrzała się trzem nadzorcom. Za jej plecami Lurts strzegł wyjścia, mając oko na biednego czeladnika. Otyły nadzorca wciąż wisiał w powietrzu.
Potrzebowała informacji. Mogła poprosić Randa o pozwolenie na wizytę w więzieniu, lecz musiałaby z tym zaczekać do rana i ryzykowałaby, że ktoś ich ostrzeże przed inspekcją. Liczyła na to, że uda jej się zaskoczyć i zastraszyć ludzi, z których chciała wydobyć zeznania.
– Dobrze – powiedziała, zwracając się do wszystkich trzech naraz – zadam wam kilka pytań. Odpowiecie na nie. Jeszcze nie zdecydowałam, co z wami zrobię, powinniście więc zrozumieć, że lepiej być ze mną szczerym.
Stojący na klepisku zerknęli na swego przywódcę, który wciąż wisiał w górze na niewidzialnych strumieniach Powietrza. Potem pokiwali głowami.
– Przyprowadzono do was człowieka… – zaczęła. – Posłańca od króla. Kiedy pojawił się u was?
– Dwa miesiące temu – powiedział jeden z łotrów, ten z wydatnym podbródkiem i złamanym nosem. – Przywieźli go w worku z ogarkami świec z pałacu lady Chadmar, tak jak wszystkich innych więźniów.
– Wasze rozkazy?
– Mieliśmy go zamknąć – rzekł drugi. – I utrzymać przy życiu. Nam się wiele nie mówi… ech… pani Aes Sedai. Jorgin zajmuje się przesłuchaniami.
Spojrzała na grubasa.
– Ty jesteś Jorgin?
Niechętnie przytaknął.
– I jakie miałeś rozkazy?
Jorgin nie odpowiedział. Nynaeve westchnęła.
– Posłuchaj – zwróciła się do niego. – Jestem Aes Sedai i wiąże mnie dane słowo. Jeżeli powiesz mi wszystko, co chcę wiedzieć, postaram się, żeby cię nie oskarżono o współudział w zamordowaniu tamtego człowieka. Smoka nie obchodzi nikt z waszej trójki, w przeciwnym razie już dawno nie kierowalibyście waszym małym… przybytkiem.
– Jeżeli ci wszystko powiemy, puścisz nas wolno? – zapytał grubas, przyglądając się jej uważnie. – Dajesz słowo?
Nynaeve ze zniecierpliwieniem rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu. Lady Chadmar została w swej celi i teraz zza drzwi dobiegały jej stłumione krzyki. Z pewnością w celi jest ciemno, ciasno i nieprzyjemnie. Ludzie, którzy znaleźli sobie zajęcie w miejscu takim, jak to, właściwie nie zasługiwali na darowanie życia, nie mówiąc o wolności.
Lecz chodziło o rzeczy znacznie bardziej paskudne niż los tych tutaj.
– Tak – zgodziła się, a słowo gorzko smakowało jej w ustach. – Choć sami wiecie, że na to nie zasłużyliście.
Jorgin zawahał się, potem skinął głową.
– Opuść mnie na ziemię, Aes Sedai, a odpowiem na wszystkie twoje pytania.
Tak też uczyniła. Mężczyzna zapewne nie mógł o tym wiedzieć, lecz miała niewielkie możliwości manewru – jej poczynania nie wspierały się na żadnych jawnych prerogatywach; nie mogła wyciągać od nich informacji, posługując się metodami, z którymi byli oswojeni; działała bez wiedzy Randa. Smok prawdopodobnie nie zareagowałby najlepiej, gdyby się dowiedział o jej inicjatywie – chyba że miałaby dla niego cenne wieści.
Jorgin tymczasem w pierwszych słowach zwrócił się do łotra ze złamanym nosem:
– Mord, przynieś mi taboret.
Mord pytająco zerknął na Nynaeve, ta nieznacznie skinęła głową. Po chwili Jorgin umościł swój potężny korpus na stołku, pochylił się naprzód i złożył dłonie. Wyglądał jak niezgrabny żuk przewrócony na bok.
– Nie do końca rozumiem, czego ode mnie chcesz – zaczął. – Wydaje mi się, że wszystko już wiesz. Wiesz o mojej placówce i o ludziach, którzy w niej przebywali. Co jeszcze można tu powiedzieć?
Placówka? Ciekawe określenie.
– To moja sprawa – sucho stwierdziła Nynaeve, obrzucając go spojrzeniem, z którego jak miała nadzieję wynikało, że o tym, co można, a czego nie można, decydują same Aes Sedai i nikt więcej. – Opowiedz mi o śmierci posłańca.
– Umarł niegodnie – odparł Jorgin. – Jak wszyscy, na ile się na tym znam.
– Opowiedz, jak było, albo znowu zawiśniesz.
– Kilka dni temu otworzyłem celę, żeby go nakarmić. Nie żył.
– A ile czasu minęło, odkąd po raz ostatni dałeś mu jeść?
Jorgin parsknął.
– Nie głodzę moich gości, Aes Sedai. Tylko… zachęcam ich, aby podzielili się swoją wiedzą.
– Jak bardzo zachęcałeś posłańca?
– Nie na tyle, żeby go zabić – bronił się nadzorca.
– Och, daj spokój – zdenerwowała się Nynaeve. – Od miesięcy miałeś go w swoich rękach i przez cały ten czas rzekomo był w dobrym zdrowiu. A kiedy następnego dnia ma stanąć przed Smokiem Odrodzonym, to nagle umiera? Przecież już obiecałam ci amnestię. Powiedz mi, kto ci go kazał zabić, a dam ci ochronę.
Nadzorca pokręcił głową.
– To nie było tak. Mówię ci, że po prostu umarł. To się czasami zdarza.
– Męczą mnie twoje gierki.
– To nie są żadne gierki, żebyś sczezła! – warknął Jorgin. – Myślisz, że mógłbym zrobić taką karierę w moim zawodzie, gdyby ludzie gadali, że za łapówkę zabijam swoich gości? Przecież komuś takiemu nie można by zaufać bardziej niż kłamliwym Aielom!
Puściła mimo uszu tę ostatnią uwagę, choć nie bardzo sobie wyobrażała, jak można „zaufać” komuś takiemu jak siedzący przed nią człowiek.
– Posłuchaj – ciągnął Jorgin – tak czy siak, nie był to więzień z rodzaju tych, których się zabija. Wszyscy chcą znać miejsce pobytu króla. Kto zabiłby jedynego człowieka będącego w posiadaniu takiej informacji? On był wart mnóstwo pieniędzy.
– A więc żyje – zaryzykowała przypuszczenie Nynaeve. – Komu go sprzedałeś?
– Mówię, że nie żyje – odparł nadzorca, chichocząc. – Gdybym go sprzedał, długo bym nie pożył. W mojej profesji człowiek szybko uczy się takich rzeczy.
Nynaeve odwróciła się do pozostałych łotrów.
– Kłamie? – zapytała. – Sto złotych marek dla tego, który mi udowodni, że tak jest.
Mord zerknął na szefa, potem się skrzywił.
– Za sto marek w złocie sprzedałbym własną matkę, pani. Żebym sczezł, sprzedałbym. Ale Jorgin mówi prawdę, niestety. Chłopina był martwy jak kamień. Ludzie Smoka sami to sprawdzili, gdy przyprowadzili nam damę.
A więc Rand wziął tę możliwość pod uwagę. Wciąż jednak brakowało dowodu, że jej nie okłamują. Jeżeli mieli coś do ukrycia, z pewnością łatwo nie da się z nich tego wyciągnąć. Postanowiła zmienić sposób postępowania.
– A czego się dowiedzieliście o miejscu pobytu króla? – zapytała.
Jorgin tylko westchnął.
– Już mówiłem ludziom Lorda Smoka i mówiłem ludziom lady Chadmar, zanim sama wylądowała w lochu. Ten człowiek coś wiedział, ale nie chciał powiedzieć.
– Daj spokój – żachnęła się Nynaeve, a jej oczy na moment spoczęły na skrzyni z ostrymi instrumentami. Szybko uciekła spojrzeniem, żeby się jeszcze bardziej nie rozzłościć. – Człowiek o twoich… talentach? Nie potrafił wyciągnąć z niego prostej informacji?