– Niech mnie Czarny porwie, jeśli kłamię! – Nadzorca zarumienił się, jakby było to dlań kwestią zawodowej dumy. – Jeszcze nigdy w życiu nie spotkałem człowieka, który tak by się opierał! Taki goguś powinien pęknąć bez większych zachęt z mojej strony. A on nie chciał. Gotów był mówić o wszystkim, oprócz rzeczy, na których nam zależało! – Jorgin pochylił się naprzód. – Nie wiem, jak mu się udało, pani. Żebym sczezł, ale nie wiem! Jakby jakaś siła… trzymała go za język. Jakby naprawdę nie mógł powiedzieć. Nawet gdyby chciał!
Dwaj łotrzy mamrotali coś do siebie lękliwie. Najwyraźniej Nynaeve trafiła na jakiś ślad.
– A więc przycisnąłeś go za mocno – rzuciła – i zabiłeś.
– Kobieto, słuchaj, co ci mówię! – warknął nadzorca. – Krew i krwawe popioły! Nie zabiłem go! Czasami ludzie po prostu umierają.
Czuła, że wbrew sobie zaczyna mu wierzyć. Jorgin był łajdakiem, któremu przydałoby się z dziesięć lat najpodlejszych obowiązków wykonywanych pod okiem Wiedzącej. Ale nie kłamał.
I tyle wyszło z jej wielkich planów. Westchnęła i wstała, dopiero teraz czując, jak bardzo jest zmęczona. Światłości! Skutek tej intrygi będzie tylko taki, że Rand na nią nawrzeszczy, a przecież chodziło o to, aby chętniej słuchał jej rad. Trzeba wracać do pałacu i przespać się trochę. Może jutro wymyśli coś, dzięki czemu przekona Randa, że stoi po jego stronie.
Gestem nakazała żołnierzom, żeby odprowadzili nadzorcę i jego ludzi na górę. Potem splotła strumień Powietrza, żeby zatrzasnąć drzwi celi Milisair Chadmar. Koniecznie trzeba się zatroszczyć o lepsze warunki dla niej. Jakkolwiek byłaby godna pogardy, nie powinna być w ten sposób traktowana. Rand zrozumie, kiedy mu to wyjaśni. Milisair była tak blada, że może i ją dopadły przedśmiertne konwulsje. Mimowolnie Nynaeve podeszła do otworu w drzwiach celi i splotła z Ducha Sondę, żeby zbadać stan zdrowia tamtej.
Rozpoczęła Sondowanie i zamarła. Spodziewała się, że w organizmie Milisair znajdzie oznaki wyczerpania. Jakiejś choroby, może wygłodzenia.
Nie spodziewała się, że odkryje truciznę krążącą w żyłach.
Zaklęła, w jednej chwili opadła z niej cała senność. Otworzyła drzwi i wbiegła do środka. Tak, wstępne Sondowanie jej nie zwiodło. Liść tarszrota. Raz w życiu Nynaeve zdarzyło się go podać psu, który musiał zostać uśpiony. Roślina należała do dość powszechnie występujących, miała bardzo gorzki smak. Ze względu na ten smak posługiwano się nią rzadko, gdyż należało ją podawać wyłącznie doustnie.
Tak, to była kiepska trucizna – chyba że truło się człowieka, którego miało się w swej mocy i który nie miał innego wyjścia, jak jeść wszystko, co mu się podawało. Nynaeve natychmiast przystąpiła do Uzdrawiania. Splotła wszystkich pięć Mocy, równocześnie usuwając truciznę i wzmacniając organizm Milisair. Jako że liść tarszrota nie był szczególnie jadowity, Uzdrawianie należało do raczej prostych. Żeby uzyskać pożądany efekt, należało albo wziąć naprawdę sporą dawkę – jak postąpiła z tamtym psem – albo podawać ją kilkukrotnie. W tym drugim wypadku ofiara będzie sprawiać wrażenie, jakby zmarła z przyczyn naturalnych.
Gdy tylko stan Milisair nieco się poprawił, Nynaeve jak burza wypadła z celi.
– Stać! – krzyknęła. – Jorgin!
Stojący na tyłach Lurts odwrócił się zaskoczony. Schwycił nadzorcę Jorgina za ramię, obrócił szarpnięciem.
– Kto przygotowuje jedzenie dla więźniów? – spytała Nynaeve, idąc w jego stronę.
– Jedzenie? – zdziwił się Jorgin. – To jest jedno z zadań Kerba. Dlaczego?
– Jakiego Kerba?
– To chłopak – wyjaśnił Jorgin. – Nikt ważny. Czeladnik, którego parę miesięcy temu znaleźliśmy w tłumie uchodźców. Udało nam się… ostatni czeladnik, którego mieliśmy, uciekł, a ten już nieźle znał się na rzeczy…
Znienacka zdenerwowana Nynaeve uciszyła go gestem uniesionej dłoni.
– Chłopak! Gdzie on jest?
– Był tutaj… – odrzekł Lurts, zerkając w górę. – Poszedł z…
Z góry dobiegły odgłosy gwałtownej szamotaniny. Nynaeve zaklęła, zawołała na Tribena, żeby łapał chłopaka. Przepchnęła się do drabiny i zaczęła wspinać. Wpadła do pomieszczenia na górze, kula światła posłusznie szła za nią. Dwaj łotrzy stali lękliwie w pomieszczeniu, saldaeański wartownik mierzył w nich obnażonym mieczem. Spojrzał na nią pytająco.
– Chłopak! – zawołała.
Triben zerknął w kierunku drzwi do warsztatu. Były otwarte. Przygotowując w biegu strumienie Powietrza, Nynaeve wypadła na ulicę.
Tam zobaczyła chłopaka o imieniu Kerb – leżał na błotnistej ulicy, przyciskany do ziemi przez czterech amatorów kości, których przyprowadziła ze sobą z pałacu. Zeszła z chodnika, a tamci tymczasem podnieśli szarpiącego się, walczącego chłopaka. Ostatni z trójki Saldaean stał z wyciągniętym mieczem obok drzwi, jakby dosłownie przed chwilą postanowił spieszyć jej na ratunek.
– Wyskoczył na ulicę, Aes Sedai – opowiadał jeden ze służących – jakby Sam Czarny go ścigał. Twój żołnierz pobiegł sprawdzić, czy nic ci nie grozi, a my pomyśleliśmy sobie, że lepiej złapać chłopaka, zanim czmychnie. Tak na wszelki wypadek.
Nynaeve wypuściła długo wstrzymywany oddech i spróbowała się uspokoić.
– Dobrze postąpiliście – pochwaliła służących. Chłopak szarpał się coraz słabiej. – Zaiste dobrze.
33.
Rozmowa ze Smokiem.
– Lepiej żeby to było coś ważnego – oznajmił Rand.
Na dźwięk jego głosu za swymi plecami Nynaeve odwróciła się i zobaczyła Randa w drzwiach pokoju gościnnego. Miał na sobie ciemnoczerwony szlafrok z czarnymi smokami wyhaftowanymi na ramionach. Kikut ręki krył się w fałdach lewego rękawa. Choć znać było po rozczochranych włosach, że wyrwała go ze snu, oczy patrzyły czujnie.
Wszedł do środka, jak zawsze królewski – nawet teraz, dobrze po północy, właśnie rozbudzony, tchnął pewnością siebie. Służący przynieśli dzbanek gorącej herbaty, nalał sobie filiżankę. Tymczasem do komnaty wsunęła się Min, również odziana w szlafrok – szlafroki były jedną z najbardziej charakterystycznych cech mody Domani – tyle że żółty i znacznie cieńszy. Panny Włóczni zajęły miejsce przy drzwiach, całkowicie rozluźnione w ten swój dziwnie niebezpieczny sposób.
Rand upił łyk herbaty ze swej filiżanki. Nynaeve coraz trudniej przychodziło dostrzec w nim chłopaka, którego znała w Dwu Rzekach. Czy zawsze miał wokół ust te zmarszczki znamionujące determinację? Gdzie nauczył się poruszać tak pewnym krokiem, skąd ta dumna postawa? Mężczyzna, którego miała przed sobą, wydawał się jakby… wariacją na temat jej dawnego Randa. Posąg, obrobiony w kamieniu tak, żeby wyglądał jak on, jednak przesadnie uwydatniający cechy heroiczne.
– No? – zapytał. – Któż to jest?
Młody czeladnik imieniem Kerb siedział skrępowany Powietrzem na jednej z wyściełanych ław. Nynaeve obrzuciła go przelotnym spojrzeniem, a potem objęta Źródło i splotła osłonę przeciwko podsłuchom. Rand spojrzał na nią groźnie.
– Przenosisz? – nasrożył się.
Potrafił bez przygotowania wyczuć, kiedy ktoś to robił. Zgodnie z tym, czego dowiedziały się Egwene i Elayne, czuł wtedy rodzaj dreszczu na skórze.
– Osłona przed podsłuchem – wyjaśniła, nie dając się zastraszyć. – Jakoś nie pamiętam, żebym musiała cię prosić o pozwolenie na przenoszenie Mocy. Stałeś się ważny i potężny, Randzie al’Thorze, lecz nie zapominaj, że dawałam ci klapsy, kiedy ledwie odrosłeś od kolan.