To powiedziawszy, wyszedł szybkim krokiem z namiotu, niepotrzebnie obejrzawszy się za siebie na przewracającego właśnie oczami Talmanesa. Żeby sczezł! Na tych kartkach były naprawdę piękne, prawdziwie dramatyczne historie!
Niebo prześwitujące przez gałęzie sosen było zaciągnięte chmurami. Jak zawsze. Kiedy to się wreszcie skończy? Kręcąc głową, Mat ruszył przez obóz, między żołnierzami, którzy salutowali i pozdrawiali go tytułem „lorda Mata”. Obóz znajdował się na ustronnym, zalesionym zboczu wzgórza, jakieś pół dnia marszu od miasteczka, Legion stacjonował tu od czterech dni, przygotowując się do szturmu. Trójiglaste sosny rosły tu wysoko, gęsty cień ich rozłożystych koron uniemożliwiał krzewienie się roślinom poszycia. Namioty stały kręgami wokół pni. Powietrze było chłodne i rześkie, wokół pachniało żywicą i gliną.
Obszedł obóz, sprawdził, jak postępują prace, i z zadowoleniem stwierdził, że wszystko idzie jak należy. Tamte stare wspomnienia – dar Eelfinn – powoli stapiały się z własnymi, tak że już nie umiał powiedzieć, które odruchy są jego własne, a które im zawdzięcza.
Cieszył się, że ma Legion przy sobie. Wcześniej nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo mu go brakowało. Z radością wyglądał połączenia z resztą swoich sił dowodzonych przez Esteana i Daerida. Pozostawało mieć nadzieję, że im poszło łatwiej.
Priorytet stanowiła inspekcja kawalerii. Jej miejsce postoju było wydzielone z reszty obozu – jeźdźcy zawsze uważali się za lepszych od piechoty. Znów dziś narzekali na brak paszy, ostatnio tym utyskiwaniom właściwie nie było końca. Mieli zresztą rację – dla dobrego kawalerzysty wierzchowiec powinien być ważniejszy od niego samego. Droga z Hinderstap bardzo dała się zwierzętom we znaki, przede wszystkim dlatego, że podczas postojów konie właściwie nie miały co skubać. Świeżej trawy były tej wiosny naprawdę mało, po zimie zostały zdumiewająco nędzne resztki. Poza tym pewnych połaci zeschłej trawy konie wyraźnie unikały – jakby zepsuła się w ten sam sposób co prowiant. Ziarna też brakowało, ponieważ założone tempo marszu nie pozwalało ciągnąć wozów ze zbożem – Mat błędnie przyjął, że konie pożywią się tym, co znajdą po drodze.
Cóż, wkrótce będzie trzeba coś wymyślić. Zapewnił kawalerzystów, że cały czas pracuje nad problemem, a oni oczywiście nie mieli innego wyjścia, niż wziąć jego słowa za dobrą monetę. Jak dotąd lord Mat nigdy ich jeszcze nie zawiódł. Oczywiście, ci których zawiódł, gnili już w grobach. Nie zgodził się na wywieszenie sztandaru. Na to przyjdzie czas po ataku na Trustair. Właściwie nie dysponował w tym momencie piechotą, która byłaby godna tego miana – wszyscy zostali z Esteanem i Daeridem. Talmanes przytomnie założył, że mobilność będzie najważniejsza, dlatego też zabrał ze sobą tylko trzy chorągwie kawalerii i prawie cztery tysiące konnych kuszników. Do tych ostatnich Mat wybierał się w następnej kolejności, po drodze przystanął tylko na moment, żeby na tyłach obozu przyjrzeć się musztrze szyku bojowego kilku szwadronów.
Stanął przy wysokiej sośnie, której najniższe gałęzie znajdowały się dobre dwie stopy nad jego głową, i oparł się o pień. Szeregi kuszników ćwiczyły nie tyle celność strzałów, ile współdziałanie w szyku. W trakcie bitwy nie ma zbyt wiele czasu na celowanie i z tego właśnie powodu kusze tak dobrze sprawdzały się na polu walki. Kusznicy wymagali dziesięciokrotnie krótszego szkolenia niż łucznicy posługujący się długimi łukami. Ci drudzy strzelali, rzecz jasna, szybciej i dalej, jeżeli jednak człowiek nie mógł poświęcić całego życia na osiągnięcie mistrzostwa, wówczas kusza stanowiła znakomite zastępstwo.
Poza tym tryb ładowania kuszy ułatwiał szkolenie w strzelaniu salwami. Dowódca szwadronu stał na skraju szyku i co dwie sekundy podawał tempo uderzeniami laski w drzewo. Każde uderzenie było równoznaczne z komendą. Pierwsze: unieść kusze do ramienia. Drugie: strzelać. Trzecie: opuścić kusze. Czwarte: naciągnąć kusze. I znowu – na pięć – kusze do ramienia. Jego ludzie z każdym dniem stawali się coraz lepsi, a strzały skoordynowanymi salwami zapewniały większą siłę rażenia. Za każdym czwartym uderzeniem laski w las leciała chmura bełtów.
„Potrzebujemy więcej grotów” – pomyślał Mat, widząc, jak wiele pęka w trakcie ćwiczebnego strzelania. Więcej amunicji marnowano na ćwiczenia niż na prawdziwą walkę, lecz każdy stracony teraz bełt wart będzie dwóch lub trzech w boju. Kusznicy faktycznie byli nieźli. Gdyby w bitwie pod Wodospadami Krwawej Rzezi miał kilka chorągwi tych ludzi, może Nashif szybciej zrozumiałby swoją lekcję.
Oczywiście byliby skuteczniejsi, gdyby mogli strzelać jeszcze szybciej. Słabym punktem całego procesu było naciąganie kuszy. I to nie tyle samo działanie mechanizmu korbowego, ile konieczność opierania kuszy o ziemię. Za każdym razem traciło się po cztery sekundy na zmianę pozycji broni. Dopiero nowe mechanizmy korbowe, których projekt Talmanes wydobył od tego mechanika z Murandy, zdecydowanie przyśpieszyły cały proces. Lecz mechanik zdążał przecież do Caemlyn, gdzie miał nadzieję zainteresować swoim wynalazkiem innych – więc któż mógł wiedzieć, kto jeszcze kupił go odeń po drodze? Nie minie wiele czasu, a wszyscy będą się nimi posługiwać. Cała przewaga szybkości zniknie, jeśli wróg zastosuje te same innowacje.
Nowe mechanizmy korbowe dały Matowi w Altarze zwycięstwo nad Seanchanami. Mierziła go myśl, że wkrótce miałby tę przewagę stracić. Może jednak da się wymyślić coś, żeby kusze strzelały jeszcze szybciej?
Namyślając się nad całą sprawą, ruszył przez obóz, żeby sprawdzić jeszcze parę rzeczy – zwerbowani do Legionu Altaranie aklimatyzowali się dobrze, poza paszą dla koni i ewentualnie bełtami do kusz, reszta zapasów była na niezłym poziomie. Zadowolony, udał się na poszukiwanie Aludry.
Jej namiot stał na skraju obozu w wąskiej szczelinie w skalistym zboczu. Choć Aludra zaanektowała dla siebie teren znacznie mniejszy niż polana wśród drzew, którą wybrały dla siebie i swego orszaku Aes Sedai, miał on charakter zdecydowanie bardziej ustronny. Żeby dotrzeć do jej namiotu, Mat musiał najpierw przecisnąć się między trzema płóciennymi zasłonami rozwieszonymi wśród drzew – tak rozlokowanymi, żeby uniemożliwić podglądanie Aludry przy pracy. Zresztą i tak w jednej chwili zatrzymał go gest uniesionej dłoni Bayle’a Domona, więc stał i czekał, aż Aludra pozwoli, by się zbliżył.
Szczupła ciemnowłosa Iluminatorka siedziała na pniaku pośrodku swego niewielkiego obozowiska, wokół niej na płótnach leżały jakieś proszki, zwoje papieru, tabliczka do notatek i inne instrumenty jej cechu. Już nie zaplatała warkoczy, długie włosy swobodnie spływały na ramiona. Mat jakoś nie mógł się do tego przyzwyczaić. Choć teraz znów przyłapał się na podziwianiu jej urody.
„Żebyś sczezł, Mat. Jesteś już żonaty” – napomniał się w myślach. Mimo to Aludra nie zdała mu się przez to mniej urodziwa. Obok niej stała Egeanin, trzymając łuskę nocnego kwiatu, nad którą właśnie pracowała Aludra. Jej pełne usta i rysy twarzy ściągnięte były w skupieniu, lekko stukała w tubę łuski. Ciemne włosy Egeanin powoli odrastały, przez co coraz mniej przypominała idealny wizerunek seanchańskiej szlachcianki. Mat wciąż nie umiał zdecydować, jak się do niej zwracać. Sama chciała, żeby nazywać ją Leilwin i czasami nawet potrafił w myślach kojarzyć z nią to imię. Wszelako ostateczną głupotą wydawała mu się zmiana imienia tylko dlatego, że ktoś tak każe – z drugiej strony, czy można ją winić za to, że nie chciała drażnić Tuon? Potrafiła być przecież cholernie uparta. Gdy tylko o niej pomyślał, odruchowo spojrzał na południe. Krew i krwawe popioły! Przecież nic się jej nie może stać.