Выбрать главу

Tak czy siak, Tuon wróciła do swoich. Więc po co Egeanin ciągnęła dalej tę zabawę i kazała mówić do siebie per „Leilwin”? Po wyjeździe Tuon zdarzyło mu się raz czy dwa razy zwrócić do niej starym imieniem, za co otrzymał ostrą reprymendę. Kobiety! Kobiety były zupełnie niezrozumiałe, a seanchańskie kobiety były najmniej zrozumiałe ze wszystkich.

Mat spojrzał na Bayle’a Domona. Muskularny, brodaty Illianin stał oparty o pień drzewa przed wejściem do obozowiska Aludry, a dwie płachty płótna łopotały u jego ramion. Wciąż unosił w górę rękę. Jakby nie wiedział, że to obóz Mata!

Jednak nie zdecydował się wepchnąć na siłę. Nie mógł sobie pozwolić na drażnienie Aludry. Z tego co wiedział, była już bardzo blisko ukończenia prac nad projektem tych swoich smoków, a jemu naprawdę na nich zależało. Lecz, Światłości, czym była konieczność opowiadania się na wewnętrznym posterunku we własnym obozie, jeśli nie skandalem!

W końcu Aludra uniosła spojrzenie znad swego dzieła, po czym odgarnęła za ucho niesforne pasmo włosów. Zauważyła Mata i spokojnie wróciła do pracy; po polance poniosło się miarowe postukiwanie młoteczka. Krwawe popioły! Od razu przypomniało mu się, dlaczego tak rzadko odwiedza Aludrę. Samo istnienie wewnętrznego posterunku było już dostatecznie denerwujące, cóż jednak powiedzieć o traktowaniu materiału wybuchowego młotkiem? Czy ta kobieta zupełnie straciła rozum? Z drugiej strony, cała ta zgraja Iluminatorów była właśnie taka. Brakowało im kilku jagniąt w stadzie, jak mawiał ojciec Mat.

– Może wejść – oznajmiła w końcu Aludra. – Dziękuję, panie Domon.

– Nie ma za co, pani Aludro – odparł Bayle, opuszczając dłoń i przyjaźnie kiwając Matowi głową.

Mat wygładził kaftan i podszedł bliżej, w głowie mając pytanie o kusze. Zaraz jednak jego spojrzenie przyciągnęło coś zupełnie innego. Na ziemi obok Aludry leżały rzędem identyczne kartki zapełnione precyzyjnymi rysunkami i linijkami symboli oraz liczb.

– To są plany smoków? – zapytał z nadzieją Mat. Przyklęknął na jednym kolanie i przyjrzał się kartkom, choć nie odważył się wyciągnąć ręki. Aludra potrafiła być strasznie przeczulona na tym punkcie.

– Tak. – Nie przestając stukać młoteczkiem, spojrzała na niego z pewnym zawstydzeniem w oczach. Podejrzewał, że to przez jego małżeństwo z Tuon.

– A te specyfikacje? – Mat starał się ignorować niezręczność sytuacji.

– Zapotrzebowanie materiałowe – wyjaśniła.

Odłożyła młoteczek i obejrzała nocny kwiat ze wszystkich stron. Skinęła głową Leilwin.

Krwawe popioły, ależ wielkie te liczby! Hałda węgla drzewnego, siarki i… guana nietoperzy? Z notatek wynikało, że na północnych stokach Gór Mgły leży miasto specjalizujące się w jego produkcji. Jakież miasto mogło się specjalizować w produkcji guana nietoperzy i do czego ono ludziom potrzebne? Dalej szły szacunki potrzebnej miedzi i cyny, choć z jakiegoś powodu nieopatrzone żadnymi konkretnymi liczbami. Tylko jakieś symbole przypominające gwiazdki.

Mat pokręcił głową. Jak zareagowaliby zwykli ludzie, gdyby się dowiedzieli, że cudowne nocne kwiaty to po prostu papier, proch i – jakby już nie można tam nawsadzać niczego innego – łajno nietoperzy? Nic dziwnego, że Iluminatorzy otaczali swój cech taką tajemnicą. Nie chodziło o zablokowanie konkurencji. Po prostu im więcej się wiedziało o ich zawodowych sekretach, tym mniej cudowne i bardziej prozaiczne się zdawały.

– Dużo tego – zauważył Mat.

– Poprosiłeś mnie o cud, Matrimie Cauthon – odrzekła, podając nocny kwiat Leilwin i biorąc od ręki tabliczkę. Zapisała coś na przypiętej do niej kartce. – Ten cud przemieniłam w listę składników. Już to samo w sobie jest cudownym osiągnięciem, nie sądzisz? Więc nie uskarżaj się na żar, kiedy ktoś podaje ci słońce na dłoni.

– Jakoś to mi się wydaje mało możliwe – mruknął Mat, kierując swe słowa zasadniczo do siebie. – Te liczby to koszty?

– Nie jestem skrybą – stwierdziła Aludra. – To są tylko szacunki. Obliczenia doprowadziłam tak daleko, jak mogłam, resztę jednak muszą skończyć ludzie bardziej wprawni w tym rzemiośle. Smoka Odrodzonego z pewnością stać na takie wydatki. – Leilwin przyglądała się Matowi z wyrazem zaciekawienia na twarzy. Między nimi też coś się zmieniło… i również Tuon była tu powodem. A kierunek tych zmian był równie nieoczekiwany.

Na wzmiankę o Randzie przed oczami Mata zawirowały kolory, odepchnął je od siebie ze stłumionym westchnieniem. Może Randa było stać na takie wydatki, Mata z pewnością nie. Musiałby chyba zagrać w kości z samą królową Andoru, żeby mieć nadzieję na bogactwa tego kalibru!

Lecz to był już problem Randa. Niech sczeźnie, jeśli nie doceni tego, co Mat musiał dlań znosić.

– Nie ma tu szacunkowej wartości siły roboczej – zauważył, powtórnie przyglądając się kartkom. – Ilu ludwisarzy będzie ci potrzebnych do realizacji projektu?

– Wszyscy, jakich uda ci się znaleźć – odparła Aludra. – Czyż nie to mi obiecałeś? Każdego ludwisarza od Andoru po Łzę.

– Chyba tak – zgodził się Mat. Choć naprawdę nie oczekiwał, że potraktuje jego obietnice tak dosłownie. – A co z miedzią i cyną? Tu również nie określiłaś ilości.

– Będę potrzebowała wszystko.

– Jak to wszystko… co chcesz powiedzieć przez „wszystko”?

– Wszystko, co jest – powiedziała tonem tak zwyczajnym i spokojnym, jakby prosiła o nieco więcej konfitur malinowych do owsianki. – Każdą drobinę miedzi i cyny, jaką znajdziesz po tej stronie Grzbietu Świata. – Na moment zawiesiła głos. – Choć to może trochę zbyt ambitne założenie.

– Cholerna racja, że zbyt ambitne – mruknął Mat.

– Tak – zgodziła się Aludra. – Przyjmijmy więc bardziej realistycznie, że Smok panuje w Caemlyn, Cairhien, Illian i Łzie. Gdyby zapewnił mi dostęp do każdej kopalni w tych krajach i każdego magazynu z miedzią i cyną w tych czterech miastach, przypuszczam, że to by wystarczyło.

– Wszystkie magazyny metali – powtórzył ogłupiały Mat.

– Tak.

– W czterech największych miastach świata.

– Tak.

– I ty „przypuszczasz”, że mogłoby tego wystarczyć?

– Tak chyba się wyraziłam, Matrimie Cauthon.

– Świetnie. Zobaczę, co da się zrobić. Jeśli już o tym mowa, to może chciałabyś również, aby Czarny przyszedł osobiście wypastować ci buty? A może wykopiemy zwłoki Artura Jastrzębie Skrzydło z mogiły i każemy mu dla ciebie zatańczyć?

Na dźwięk imienia Artura Jastrzębie Skrzydło Leilwin spojrzała na Mata złym okiem. Aludra na moment wróciła do swych notatek, po chwili znowu uniosła wzrok. Następnie przemówiła, tonem pozbawionym wyrazu, w którym może – ale tylko może – dźwięczały gdzieś odległe, wrogie nuty:

– Moje smoki będą straszną bronią w ręku wojownika. Wydaje ci się, że wymagania są przesadne. Lecz to tylko minimum. – Zmierzyła go spojrzeniem. – Skłamałabym, twierdząc, że oczekiwałam po tobie wyłącznie entuzjazmu, Matrimie Cauthon. Pesymizm podąża za tobą jak cień, prawda?

– W żadnym razie – mruknął Mat, zerkając znów na rysunki. – Ledwie wiem, co znaczy to słowo. Co najwyżej tylko się domyślam. Masz na to moje słowo.

W tym momencie usłyszał ciche parsknięcie Bayle’a. Czy brzmiało w nim rozbawienie, czy szyderstwo, nie potrafił stwierdzić – musiałby się odwrócić, żeby dostrzec wyraz jego twarzy. Ale tego nie zrobił. Aludra nie odrywała odeń wzroku. Na chwilę ich spojrzenia się spotkały i Mat zrozumiał, że chyba traktuje ją zbyt obcesowo. Może wyczuwała, jak niezręcznie zachowuje się w jej obecności? Faktycznie, było w tym trochę prawdy. Zanim w jego życiu pojawiła się Tuon, byli sobie dość bliscy. W oczach Aludry widział teraz coś… może ból?