Выбрать главу

– Przepraszam, Aludro – powiedział. – Nie powinienem w ten sposób mówić.

Wzruszyła ramionami.

Nabrał głęboko powietrza w płuca.

– Posłuchaj, wiem, że… cóż, to dziwne jak Tuon mogła…

Machnęła dłonią, przerywając mu.

– Nie mówmy o tym. Mam moje smoki. Tobie zawdzięczam szansę ich stworzenia. Inne sprawy nie mają już znaczenia. Życzę ci szczęścia.

– Cóż… – zaczął znowu. Podrapał się po brodzie, westchnął. Lepiej niech wszystko potoczy się swoim torem, a co trzeba odejdzie w przeszłość. -Tak czy siak, mam nadzieję, że uda mi się doprowadzić rzecz do końca. Prosisz o mnóstwo surowców.

– Ludzie i materiały to wszystko, czego mi trzeba – rzekła. – Nic więcej i nic mniej. Moja praca na razie dobiegła końca. Kiedy dostanę ludwisarzy i metale, czeka nas jeszcze wiele tygodni prób… Najpierw będziemy musieli wykonać pojedynczego smoka i sprawdzić go w działaniu. Masz więc trochę czasu, żeby wszystko zgromadzić. Pamiętaj jednak, że to potrwa długo, poza tym wciąż nie wiem, gdzie chcesz wykorzystać te smoki.

– Nie mogę ci powiedzieć czegoś, czego sam nie wiem, Aludro – powiedział Mat, spoglądając na północ. Czuł dobiegający stamtąd dziwny zew, przyciąganie, jakby ktoś wbił haczyk rybackiej linki w jego wnętrzności i lekko… lecz uparcie… za nią ciągnął.

„Randzie, czy to ty, żebyś sczezł?” – Barwy zawirowały mu przed oczyma.

– Już wkrótce, Aludro – wyrwało mu się mimowolnie. – Zresztą czasu nie zostało wiele. Tak mało czasu…

Zawahała się, jakby wyczuła coś w jego głosie.

– Cóż – rzekła wreszcie. – Jeżeli masz rację, to może moje życzenia wcale nie zasługują na miano przesadnych? Skoro świat gotuje się do wojny, wkrótce kuźnie zostaną zalane zamówieniami na groty strzał i podkowy dla bojowych rumaków. Więc zanim to nastąpi, zapędź kogo możesz do pracy przy moich smokach. Zapewniam cię, że każdy, którego zrobimy, wart będzie w bitwie tysiąca mieczy.

Mat westchnął, podniósł się i uchylił rondo kapelusza.

– Dobrze – oznajmił. – W porządku. Zakładając, że Rand nie spali mnie na popiół w momencie, gdy mu powiem, czego potrzebuję, zobaczę, co da się zrobić.

– Na twoim miejscu okazywałabym więcej szacunku pani Aludrze – odezwała się Leilwin, mierząc Mata ponurym wzrokiem. W jej głosie wciąż wyraźnie pobrzmiewał śpiewny seanchański akcent. – I dała sobie spokój z tą frywolnością.

– Naprawdę tak myślę! – bronił się Mat. – Żebym sczezł, kobieto, wyobrażasz sobie, że z Randem można postępować ot tak sobie? Nie potrafisz wyczuć, kiedy mężczyzna mówi szczerze?

Dalej na niego patrzyła, jakby próbowała zdecydować, czy te ostatnie słowa przypadkiem nie kryją w sobie szyderstwa. Mat przewrócił oczami. Kobiety!

– Pani Aludra jest genialna – surowo oznajmiła Leilwin. – Nawet sobie nie zdajesz sprawy z talentu, jaki znalazł ujście w tych planach. Gdyby Imperium dysponowało taką bronią…

– Cóż, to od ciebie chyba zależy, czy wpadnie w jego ręce, czy nie, Leilwin – odciął się Mat. – Nie chcę się obudzić pewnego ranka i stwierdzić, że uciekłaś z tymi planami, kierowana nadzieją na odzyskanie tytułu!

Wydawała się obrażona taką sugestią, choć przypuszczenie było całkiem logiczne. Seanchanie mieli osobliwe poczucie honoru – Tuon ani razu nie próbowała uciec, choć okazji po temu miała dosyć.

Oczywiście Tuon niemal od samego początku miała powody, aby zakładać, że wyjdzie za niego za mąż. Dysponowała Przepowiednią tej damane. Żeby sczezł, już ani razu nie obejrzy się na południe. Ani razu!

– Mój okręt pchają teraz inne wiatry, Matrimie Cauthon – stwierdziła Leilwin, a potem odwróciła się i spojrzała na Bayle’a.

– Lecz nie chcesz walczyć z Seanchanami przy naszym boku – rzekł Mat. – Wygląda, jakbyś…

– Wpłynąłeś właśnie na głębokie wody, chłopcze – przerwał mu cichy głos Bayle’a. – Tak, głębokie wody, pełne lworybów. Może czas przestać tak głośno chlapać.

Mat zamknął rozdziawione usta.

– Dobrze – powiedział. Czy oni oboje nie powinni go traktować z większym szacunkiem? Czy nie był przypadkiem jakimś seanchańskim księciem? Choć z drugiej strony wiedział przecież, że Leilwin i brodaty żeglarz mają coś takiego za nic.

Nieważne, mówił szczerze. Słowa Aludry były mądre, choć w pierwszej chwili zdały mu się czystym wariactwem. Do tej roboty potrzebnych będzie naprawdę wiele kuźni. Tygodnie, które dzieliły go od Caemlyn z każdą chwilą wydawały się coraz dłuższe. Zamiast marnować je w drodze, należało już budować smoki! I choć mądry żołnierz wiedział, że próżna jest irytacja długimi przemarszami, Mat ostatnimi czasy jakoś nie czuł się szczególnie mądry.

– Dobrze – powtórzył po raz kolejny. Spojrzał jeszcze raz na Aludrę. – Wolałbym jednak zabrać te plany i schować w bezpiecznym miejscu, choć z zupełnie innych powodów niż te, o których nieopatrznie wspomniałem.

– Z zupełnie innych powodów? – powtórzyła Leilwin tonem pozbawionym wyrazu, jakby zastanawiała się, czy znowu jej nie obraził.

– Tak – stwierdził Mat. – Powody są takie, że nie chcę, aby były w pobliżu, gdy Aludra za mocno uderzy w jeden z tych nocnych kwiatów i wyleci w powietrze, żeby zatrzymać się dopiero na Przełęczy Tarwina!

Aludra zachichotała, natomiast Leilwin chyba obraziła się na dobre. Z Seanchanami trzeba było postępować jak z jajkiem. Jak z tymi przeklętymi Aielami. Dziwne, pod pewnymi względami stanowili niemal swoje przeciwieństwa, pod innymi zaś wydawali się prawie nieodróżnialni.

– Możesz zabrać plany, Mat – zgodziła się Aludra. – Pod warunkiem że obiecasz mi, iż trafią do skrzyni, w której trzymasz złoto. To jedyna rzecz w obozie, którą darzysz prawdziwym uczuciem.

– Wielkie dzięki – odparł, ignorując zawoalowaną złośliwość i pochylił się, żeby zebrać z ziemi kartki. Czyż nie pogodzili się przed momentem? Przeklęta kobieta. – A tak na marginesie, o mało co zupełnie nie zapomniałem. Znasz się może trochę na kuszach, Aludro?

– Na kuszach? – zdziwiła się.

– Tak – potwierdził Mat, układając kartki. – Pomyślałem sobie, że może da się jakoś usprawnić ich ładowanie. Jak w tych nowych mechanizmach korbowych, tylko żeby tam była jakaś sprężyna albo coś takiego. Może korba pozwalająca naciągnąć kuszę bez zmiany jej pozycji.

– Niewiele miałam z tymi sprawami do czynienia, Mat – stwierdziła Aludra.

– Wiem. Ale znasz się na tego typu rzeczach i może…

– Będziesz musiał zwrócić się do kogoś innego – ucięła Aludra i odwróciła się, żeby wziąć do ręki kolejny na wpół ukończony nocny kwiat. – Teraz jestem zbyt zajęta.

Mat sięgnął dłonią pod rondo kapelusza, podrapał się po głowie.

– To…

– Mat! – dobiegło go wołanie z oddali. – Mat, jesteś potrzebny! – Mat odwrócił się i zobaczył Olvera wpadającego do obozowiska Aludry. Bayle ostrzegawczo uniósł dłoń, lecz oczywiście Olver tylko się pochylił i przemknął pod nią.

Mat się wyprostował.

– O co chodzi? – zapytał.

– Ktoś przybył do obozu – oznajmił Olver, a jego twarz jaśniała z podniecenia. Jak mu się to często zdarzało, Mat i teraz przez chwilę nie mógł oderwać oczu od tej twarzy. Uszy zbyt duże jak na tak małą głowę, płaski nos, okropnie szerokie usta. U dzieciaka w jego wieku ta brzydota była tylko wzruszająca. Kiedy się zestarzeje, z pewnością przeklnie ją nieraz. Może żołnierze mieli rację, ucząc go posługiwania się bronią. Mając taką twarz, lepiej umieć walczyć.

– Czekaj, powoli – powiedział Mat, wsuwając za pas notatki Aludry. – Ktoś przyjechał? Kto? Po co jestem potrzebny?