Выбрать главу

– Talmanes posłał mnie po ciebie – wyjaśnił Olver. – Twierdzi, że to ktoś ważny. Powiedział, że ona ma kartki, a na nich ciebie i „jedyne w swoim rodzaju oblicze”, cokolwiek by to miało znaczyć. To…

Olver paplał dalej, lecz Mat już przestał słuchać. Skinął głową Aludrze i pozostałym, a potem wybiegł z jej obozowiska, mijając płócienne zasłony i zanurzając się w las. Olver pobiegł za nim i tak dotarli na granicę obozu.

Czekała tam na nich pulchna matrona dosiadająca krótkonogiej siwej klaczy. Odziana była w brązową suknię, spięte w kok na karku włosy przetykały pasma siwizny. Otaczał ją oddział żołnierzy, a dowodzący nim Talmanes i Mandevwin nie spuszczali z niej oka, czujni i wyniośli niczym dwa pylony strzegące ujścia zatoki.

Kobieta miała pozbawioną śladu upływu lat twarz Aes Sedai, obok jej konia stał podstarzały Strażnik. Choć jego włosy również były bardzo przyprószone siwizną, roztaczał wokół siebie aurę niebezpieczeństwa, jak to zwykle Strażnicy. Ramiona miał zaplecione na piersiach, spokojnym wzrokiem przyglądał się żołnierzom Legionu.

Na widok biegnącego Mata, Aes Sedai się uśmiechnęła.

– Ach, jak miło – powiedziała afektowanym głosem. – Od czasu naszego ostatniego spotkania stałeś się znacznie bardziej ochoczy, Matrimie Cauthon.

– Verin – rzekł Mat, dysząc lekko po biegu. Zerknął na Talmanesa, który trzymał w dłoni kartkę papieru, jedną z tych, na których powielono podobizny Mata. – Dowiedziałaś się, że ktoś rozpowszechnia moją podobiznę w Trustair.

Roześmiała się.

– Można tak powiedzieć.

Obrzucił ją przelotnym spojrzeniem, po chwili jednak coś w jej ciemnobrązowych oczach przyciągnęło jego uwagę.

– Krew i krwawe popioły – mruknął. -To ty? Ty mnie szukasz!

– Od dłuższego już czasu, dodam – spokojnie oświadczyła Verin. – I raczej wbrew własnej woli.

Mat przymknął powieki. I tyle, jeśli chodzi o misterny plan ataku. Żeby to wszystko sczezło! To był taki dobry plan.

– Skąd się dowiedziałaś, gdzie jestem? – zapytał, na powrót otwierając oczy.

– Jakąś godzinę temu w Trustair zgłosił się do mnie pewien poczciwy kupiec i wyjaśnił, że właśnie odbył z tobą miłe spotkanie i że zapłaciłeś mu sowicie za szkic planu Trustair. Pomyślałam sobie, że oszczędzę temu biednemu miasteczku ataku twoich… kompanów i sama się do ciebie wybiorę.

– Godzinę temu – powtórzył Mat, marszcząc brwi. – Przecież Trustair znajduje się w odległości dnia marszu!

– Zaiste, jest jak mówisz. – Verin się uśmiechnęła.

– Żebym sczezł – powiedział. – Potrafisz Podróżować, prawda?

Uśmiech na jej twarzy się pogłębił.

– Domniemywam, że wybierasz się ze swoją armią do Andoru, panie Cauthon.

– To zależy – rzucił Mat. – Możesz nas tam zabrać?

– W jednej chwili – potwierdziła Verin. – Twoi ludzie będą w Caemlyn przed wieczorem.

Światłości! Zaoszczędzą dwadzieścia dni marszu? Może faktycznie wkrótce uda się uruchomić produkcję smoków Aludry! Zawahał się, mierząc wzrokiem Verin i dokładając starań, żeby podniecenie zbyt wyraźnie nie odbijało się na jego twarzy. Kiedy się układało z Aes Sedai, należało zawsze skrupulatnie liczyć koszty.

– Czego chcesz w zamian? – zapytał.

– Szczerze mówiąc… – zawiesiła głos i westchnęła cicho. – Czego naprawdę chcę, Matrimie Cauthon, to uwolnić się z tej sieci, jaką tka wokół mnie twoja natura ta’veren! Czy wiesz, jak długo musiałam przez ciebie błąkać się po tych górach?

„Musiałam?”.

– Tak – odpowiedziała na niezadane pytanie. – Chodź, mamy wiele do omówienia. – Delikatnie ściągnęła wodze, a jej wierzchowiec wkroczył do obozu. Talmanes i Mandevwin niechętnie odstąpili. Mat stanął obok nich i przez chwilę patrzył, jak jedzie prosto w kierunku kotłów ze strawą.

– Nie będzie więc żadnego rajdu, jak podejrzewam – zauważył Talmanes. W jego głosie jakoś nie było słychać rozczarowania.

Mandevwin musnął palcami opaskę na oku.

– Czy to oznacza, że mogę wrócić do mojej starej, biednej ciotecznej babci?

– Nie masz żadnej starej, biednej ciotecznej babci – warknął Mat. – Chodźcie, posłuchamy, co ta kobieta ma nam do powiedzenia.

– Świetnie – ucieszył się Mandevwin. – Ale następnym razem to ja będę Strażnikiem, zgoda, Mat?

Mat tylko westchnął i pospieszył za Verin.

35.

Czarna aureola.

Gdy tylko Rand przejechał przez bramę, owionęła go chłodna morska bryza. Delikatny, lekki jak piórko wietrzyk niósł ze sobą wonie tysiąca ognisk, przy których w całym Falme gotowano gulasz na śniadanie.

Ściągnął wodze Tai’daishara i znienacka opadła go fala wspomnień, które przyniosły ze sobą te zapachy. Wspomnień z czasów, kiedy jeszcze nie do końca rozumiał, na czym będzie polegać jego rola w świecie. Wspomnień z czasów, kiedy Mat wciąż jeszcze dobrotliwie drwił z jego rzekomego upodobania do strojonych kaftanów, a on sam jeszcze się go wstydził. Jak wstydził się sztandarów, które teraz powiewały za jego plecami. Nie tak dawno wznosił je z największym wahaniem, jakby w ten sposób mógł uniknąć ciążącego nad nim przeznaczenia.

Cały orszak posłusznie się zatrzymał, skrzypiały sprzączki, parskały konie. Nie była to pierwsza wizyta Randa w Falme, choć poprzednia trwała dość krótko. W owych czasach nigdzie nie zagrzewał długo miejsca. Podczas dość dziwnego, trwającego kilka miesięcy okresu swego życia albo przed kimś uciekał, albo kogoś ścigał. Do Falme dotarł za Padanem Fainem, który miał ze sobą Róg Valere oraz rubinowy sztylet, którym tamten zadał Matowi nadnaturalną ranę. Na myśl o przyjacielu przed jego oczyma zawirowały kolory, lecz Rand zignorował je. Na tych parę chwil chciał być gdzieś indziej.

Falme stało się punktem zwrotnym w jego życiu, równie ważnym jak późniejsza wyprawa na jałowe ziemie Aielów, gdzie okazało się, że jest Car’a’cannem. Po Falme nie mógł już dłużej się chować, walczyć z tym, kim był. Falme było miejscem, gdzie po raz pierwszy odkrył w sobie zabójcę, miejscem, w którym zrozumiał, jakie stanowi niebezpieczeństwo dla wszystkich, którzy go otaczają. Wtedy też spróbował im uciec. Poszli za nim.

W Falme młody pasterz spłonął, a jego prochy zostały rozrzucone i rozdmuchane po świecie przez morskie wiatry. Z prochów tych narodził się potem Smok Odrodzony.

Rand uściskiem kolan pchnął Tai’daishara naprzód, jego orszak ruszył za nim. Kazał otworzyć bramę za miastem, w nadziei, że damane jej nie zobaczą. Oczywiście stworzył ją Asha’man – co nie pozwalało kobietom dostrzec splotów – lecz nie chciał dawać Seanchanom żadnych wskazówek odnośnie do możliwości Podróżowania. To była jedna z głównych przewag, jakimi względem nich dysponował.

Falme zajmowało niewielki skrawek lądu na wodach oceanu Aryth, półwysep zwany Głową Tomana. Jego ostre klify bez ustanku atakowały wściekle fale, napełniając powietrze cichym, odległym rykiem. Wykonane z ciemnego kamienia budynki miasta piętrzyły się na półwyspie niczym głazy w korycie rzeki. Większość była zbudowana na planie kwadratu – parterowe, dość przysadziste, sprawiały wrażenie, jakby budowniczowie oczekiwali w każdej chwili, że wściekły atak oceanu zwali im się na głowy. Na tutejszych łąkach nie znać było aż takich śladów nieurodzaju, jaki poraził ziemie na północy, niemniej tegoroczna wiosenna trawa wyraźnie żółkła i więdła. Jakby jej źdźbła żałowały już, że w ogóle wystawiły swe koniuszki nad powierzchnię ziemi.

Skały półwyspu schodziły łagodnie ku naturalnej zatoce, gdzie kotwiczyły gromadnie statki Seanchan. Nad miastem powiewały seanchańskie flagi, symbolizujące panowanie Imperium nad tą częścią świata; najwyżej zawieszona była flaga ze złotym jastrzębiem w locie w błękitnym otoku, ściskającym w szponach trzy groty błyskawic.