Выбрать главу

Po odległych ulicach przechadzały się dziwne stworzenia, które Seanchanie przywieźli z drugiej strony oceanu, Rand jednak był jeszcze zbyt daleko, aby zobaczyć je ze szczegółami. Na niebie unosiły się rakeny – gdzieś w pobliżu musiała być większa stajnia tych stworów. Głowa Tomana leżała na południowej granicy Arad Doman, można było więc oczekiwać, że Falme stanowi jedno z głównych centrów seanchańskiej północnej kampanii.

Dziś ta kampania miała dobiec końca. Rand nie miał innego wyjścia, jak za wszelką cenę zaprowadzić pokój, musiał przekonać Córkę Dziewięciu Księżyców, aby wycofała swe armie. Rzecz jasna, doskonale sobie zdawał sprawę, że pokój ten będzie nietrwały – będzie to tylko cisza przed burzą. Nie ustrzeże jego ludzi przed wojną, po prostu odwlecze ją, żeby mogli za niego zginąć gdzie indziej. Niemniej trzeba zrobić to, co koniecznie.

Nynaeve jechała obok niego, razem powoli zdążali w kierunku Falme. Jej schludna suknia w barwach błękitu i bieli skrojona była na modłę Domani, lecz uszyta ze znacznie grubszego – i przez to znacznie mniej wyzywającego – materiału. Z łatwością przyswajała sobie mody z całego świata i w każdym mieście swobodnie zmieniała krój sukni, zawsze jednak dostosowywała go do osobistego gustu i poczucia przyzwoitości. Kiedyś może Randowi zdałoby się to zabawne. Lecz teraz nie potrafił się zdobyć na takie uczucia. Znajdował w sobie tylko chłodną martwotę, skrywającą wieczne źródło hamowanej furii.

Jak dotąd udawało mu się utrzymywać równowagę między furią a martwotą. Nie miał innego wyjścia.

– A więc wróciliśmy tutaj – odezwała się Nynaeve. Wrażenie wywierane przez schludną suknię nieco psuły wielobarwne ter’angreale, z których składała się jej biżuteria.

– Tak – odparł Rand.

– Pamiętam, jak to było ostatnim razem – ciągnęła dość swobodnym tonem. – Chaos, szaleństwo. A na koniec znaleźliśmy cię z raną w boku.

– Tak – wyszeptał Rand. Pierwszą z nieuleczalnych ran odniósł właśnie tu, w Falme, walcząc z Ishamaelem na niebie ponad miastem. Na samo wspomnienie rana zaczęła pulsować gorącem. Gorącem i bólem. Z biegiem czasu nauczył się traktować ten ból jak starego przyjaciela, dowód na to, że żyje.

– Widziałam cię wtedy w powietrzu – wspominała Nynaeve. – Nie potrafiłam uwierzyć. Potem… próbowałam Uzdrowić tę ranę, ale jeszcze nie umiałam pokonać wewnętrznych ograniczeń i nie potrafiłam wezwać na pomoc gniewu. Min nie chciała cię opuścić nawet na moment.

Dzisiaj Min nie było przy jego boku. Coś się między nimi zmieniło, choć wciąż pozostawała mu bliska. Stało się to, czego się od zawsze obawiał. Wiedział, że kiedy na niego patrzy, widzi swojego niedoszłego mordercę.

Jeszcze kilka tygodni temu nie mógł jej odmówić, gdy chciała mu towarzyszyć. Dziś bez jednego słowa protestu została w Bandar Eban.

Ten chłód. Wszystko wkrótce się skończy. Nie ma czasu na żale i smutki.

Aielowie biegli przodem, wypatrując zasadzki. Wielu miało na głowach czerwone opaski. Randowi obca była ich ostrożność. Seanchanie go nie zdradzą, chyba że ukrywa się wśród nich kolejny Przeklęty.

Opuścił dłoń, musnął palcami rękojeść miecza przy pasie. To był ten zakrzywiony, w czarnej pochwie zdobionej krętą sylwetką smoka w czerwieniach i złocie. Broń też budziła rozmaite skojarzenia z Falme.

– W tym mieście po raz pierwszy zabiłem człowieka mieczem – rzekł cicho. – Nigdy nikomu o tym nie mówiłem. To był seanchański lord, mistrz miecza. Verin zabroniła mi przenosić Moc w mieście, więc nie miałem innego wyjścia, jak stawić mu czoła z mieczem. Pokonałem go. Zabiłem go.

Nynaeve uniosła brew.

– A więc jednak masz prawo posługiwać się klingą z czaplą.

Rand pokręcił głową.

– Nie było świadków. Mat i Hurin walczyli gdzie indziej. Spotkałem się z nimi zaraz po walce, lecz nie byli przy decydującym ciosie.

– Jakie znaczenie mają świadkowie? – zapytała. – Pokonałeś mistrza miecza, więc jesteś mistrzem miecza. Nie ma znaczenia, czy ktoś to widział, czy nie.

Spojrzał na nią.

– Po co nosi się klingę z czaplą, jeśli nie po to, żeby oglądali ją inni, Nynaeve?

Nie odpowiedziała. Przed nimi tuż pod murami miasta stał wzniesiony przez Seanchan wielki namiot w czarne i białe pasy. Namiot nie miał ścian, wokół niego przechadzały się chyba setki sul’dam i damane, te pierwsze w czerwono-niebieskich z symbolami błyskawic na piersiach, te drugie w charakterystycznych szarych sukniach. Rand zabrał ze sobą tylko kilkoro zdolnych do przenoszenia Mocy: Nynaeve, trzy Mądre, Morele, Narishmę, Flinna. Drobny ułamek jego sił, nawet jeśli nie liczyć armii stacjonujących na wschodzie.

Lecz nie, lepiej zabrać ze sobą tylko symboliczną eskortę i w ten sposób podkreślić, że przybywa w pokoju. Jeżeli spotkanie skończy się bitwą, jedyna nadzieja w szybkiej ucieczce przez bramę. Albo to, albo coś, co zakończy walkę w jednej chwili.

Statuetka mężczyzny unoszącego sferę wisiała przy siodle. Dzięki niej mógł stawić czoła setce damane. Dwóm setkom. Jak żywe stanęło mu przed oczyma wspomnienie Mocy, którą dzierżył, gdy oczyścił saidina. To była Moc, która mogła niszczyć miasta, mogła zgładzić każdego, kto wystąpiłby przeciwko niemu.

Nie. To nie skończy się w ten sposób. Nie mógł pozwolić, żeby tak to się skończyło. Seanchanie muszą sobie zdawać sprawę, że atak na niego doprowadzi do katastrofy. Przecież dążył do ponownego spotkania, mimo iż za pierwszym razem ukrywający się w ich szeregach zdrajca próbował go pojmać, a może i zabić.

Lecz jeśli nie… Sięgnął dłonią w dół, ujął klucz dostępu i na wszelki wypadek przełożył do powiększonej kieszeni kaftana. Potem wziął głęboki oddech, skoncentrował się i poszukał pustki. Znalazłszy się w niej, pochwycił Źródło.

Fala mdłości i zawroty głowy były tak silne, że o mało nie spadł z siodła. Zachwiał się, kolanami ścisnął boki Tai’daishara, palce dłoni zacisnęły się na kluczu dostępu w kieszeni. Zacisnął zęby. W głębi jego głowy obudził się Lews Therin. Szaleniec walczył z nim o panowanie nad Jedyną Mocą. Walka była zażarta, a kiedy Rand w końcu zwyciężył, nie był w stanie nawet wyprostować się w siodle.

W uszach słyszał własne mamrotanie.

– Rand? – dobiegł go głos Nynaeve.

Rand uniósł głowę. Był sobą, czyż nie? Był Randem al’Thorem. Czasami po zmaganiach z szaleńcem miał kłopoty z przypomnieniem sobie, kim właściwie jest. Czasami zdawało mu się, że zepchnął Randa, intruza, w jakiś kąt swego umysłu i stał się Lewsem Ther’inem. Nie dalej jak wczoraj obudził się w południe, skulony w kącie swej komnaty, płacząc i szeptem nawołując Ilyenę. Czuł niemal namacalnie delikatną gładkość jej złotych włosów, pamiętał ciepło jej tulonego ciała. A równocześnie widział, jak leży martwa u jego stóp, ofiara Jedynej Mocy.

Kim był?

Czy naprawdę miało to jakiekolwiek znaczenie?

– Dobrze się czujesz? – zapytała Nynaeve.

– Czujemy się dobrze – machinalnie odpowiedział Rand, nie zdając sobie sprawy, że używa liczby mnogiej, póki słowa nie opuściły jego ust. Powoli przejaśniało mu się przed oczyma, choć kontury przedmiotów wciąż były z lekka zamglone. Wszystko było nieco zniekształcone i skrzywione, jak zawsze od tamtej chwili, gdy Semirhage pozbawiła go dłoni. Ledwo już zwracał na to uwagę.

Wyprostował się, za pomocą klucza dostępu zaczerpnął odrobinę Mocy, saidin wypełnił go. Był słodki, mimo mdłości, jakie mu towarzyszyły. Opanowało go pragnienie by zaczerpnąć więcej, ale nie uległ mu. Już dzierżył więcej Mocy, niż dałby radę bez wspomagania. Wystarczy.