Выбрать главу

Nynaeve zerknęła na statuetkę. Sfera leciutko lśniła.

– Rand…

– Zaczerpnąłem odrobinę więcej, tak na wszelki wypadek. – Im więcej Mocy dzierżył człowiek, tym trudniej było oddzielić go tarczą od Źródła. Gdyby damane tego spróbowały, zdziwiłyby się siłą jego oporu. Niewykluczone, że mógłby nawet sprawić trudność pełnemu kręgowi.

– Nigdy więcej nie dam się zniewolić – szepnął. – Nigdy więcej. Nie wezmą mnie z zaskoczenia.

– Może powinniśmy zrezygnować – zasugerowała Nynaeve. – Randzie, to spotkanie nie musi przebiegać na ich warunkach. Możemy…

– Zostajemy – uciął Rand cichym głosem. – Załatwimy tę sprawę tu i teraz. – Przed sobą widział pod dachem namiotu postać siedzącą za stołem na podwyższeniu. Po drugiej stronie stołu stało puste krzesło, ustawione na równej wysokości z tamtym. Zaskoczyło go to, z tego co wiedział o Seanchanach, spodziewał się sporów w kwestii równego traktowania z członkiem Krwi.

To była Córka Dziewięciu Księżyców? To dziecko? Marszcząc brwi, ruszył przed siebie i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nie ma do czynienia z dziewczynką, lecz po prostu z nadzwyczaj drobną kobietą. Czerń, w którą była odziana, kładła się cieniem na smagłej skórze niczym u Ludu Morza. Policzki jej spokojnej, okrągłej twarzy były poznaczone smugami popiołu. Kiedy znalazł się bliżej, zrozumiał, że zapewne wcale nie jest od niego młodsza. Wziąwszy głęboki wdech, zsiadł z konia. Czas zakończyć wojnę.

Tuon donoszono, że Smok Odrodzony jest młody, a jednak jego widok ją zaskoczył.

Skąd to zaskoczenie? Bohaterowie i zdobywcy często bywali młodzi. Sam Artur Jastrzębie Skrzydło, wielki antenat Imperium, był młodym mężczyzną, kiedy rozpoczął swe podboje.

Zdobywcy, ci, którzy narzucali swoją wolę światu, spalali się szybko, niczym lampy o nie przyciętych knotach. Smok odziany był w złoto, czerwień i czerń. Kiedy zsiadł z konia i ruszył w kierunku namiotu, guziki jego kaftana rozsiewały wokół iskry blasku. Z bliska dostrzegła, że czarny kaftan jest haftowany na mankietach czerwoną i złotą nicią – mimochodem zarejestrowała pustkę jednego z nich, który powinna wypełniać dłoń – poza tym jednak jego ubiór pozbawiony był zdobień. Jakby wszystkim, co się liczyło, była jego twarz.

Jego włosy miały barwę późnego zachodu słońca – były ciemnorude. Postawę miał królewską – mocno stąpał po ziemi, krok miał zdecydowany, a oczy wbite w przestrzeń przed sobą. Tuon szkolono, żeby poruszać się w ten sposób – nikomu nie ustępować, zmuszać innych do ustąpienia. Przez myśl przemknęło jej pytanie: któż mógł szkolić jego? Zapewne miał najlepszych nauczycieli, którzy uczyli go stylu życia królów i wodzów. Z drugiej strony, raporty donosiły, że dorastał jako farmer w jakiejś zapadłej wiosce. Może była to legenda, którą starannie rozpowszechniano, żeby zapewnić mu zaufanie prostego ludu?

Wszedł pod namiot w towarzystwie marath’damane. Kobieta miała na sobie suknię w barwie nieba w pogodny dzień, ozdobioną koronkową lamówką przywodzącą na myśl zwiewne chmurki. Włosy miała splecione w pojedynczy ciemny warkocz, za ozdoby służył jej komplet kiczowatej biżuterii. Wydawała się czymś rozeźlona – brwi miała zmarszczone, usta zaciśnięte w wąską kreskę. Na jej widok Tuon przeszył dreszcz. Podróże z Matrimem powinny ją przyzwyczaić do towarzystwa marath’damane. Ale nie. Były czymś nienaturalnym. Niebezpiecznym. Tuon nie potrafiła czuć się swobodnie w obecności marath’damane, której nie wzięto na smycz – równie dobrze można by wymagać, żeby czuła się swobodnie w obecności kła łąkowego, który owinął się wokół jej kostki i językiem drażnił skórę.

Lecz jakkolwiek denerwującą była postać marath’damane, prawdziwy wstrząs przeżyła na widok dwóch mężczyzn idących po prawej ręce Smoka Odrodzonego. Jeden, który ledwie wyrósł z lat chłopięcych, miał włosy zaplecione w liczne cienkie warkoczyki zakończone wplecionymi w nie dzwoneczkami. Drugi był starszy, z siwymi włosami i opaloną twarzą. Mimo rzucającej się w oczy różnicy wieku, obaj szli swobodnym, kołyszącym się krokiem mężczyzn oswojonych z walką. Odziani byli w identyczne czarne kaftany, ozdobione na wysokich kołnierzach błyszczącymi odznakami. Wiedziała, że przyjęli miano Asha’manów. Mężczyźni, którzy potrafią przenosić. Zwyrodnialcy, których należało od razu zabić. W Seanchan od czasu do czasu zdarzali się tacy, którzy – mamieni pokusą zdobycia zaskakującej przewagi nad pozostałymi – próbowali szkolić tych Tsorov’ande Doon, czyli Nieokiełznanych o Czarnej Duszy. Głupców wkrótce spotykała zagłada, najczęściej z ręki tych, których próbowali obrócić w posłuszne narzędzia.

Tuon uzbroiła się wewnętrznie. Wśród Karede i Straży Skazańców dało się wyczuć lekkie napięcie. Oznaki były prawie niedostrzegalne – zaciśnięte pięści swobodnie zwisających rąk, oddechy głębsze i bardziej miarowe. Tuon nawet na nich nie spojrzała, tylko sekretnym gestem dała znak Selucii.

– Macie zachować spokój – oznajmił Głos strzegącym Tuon mężczyznom.

Tak też się stanie – w końcu byli Strażą Skazańców. Tuon nienawidziła konieczności wydawania takich rozkazów, jako że poniżały jej sługi. Lecz nie mogła sobie pozwolić na żaden nieszczęśliwy wypadek. Spotkanie ze Smokiem Odrodzonym było ryzykownym przedsięwzięciem. Ryzyka tego nie można było całkowicie wyeliminować. Nawet mając wokół siebie dwadzieścia sul’dam z dwudziestoma damane. Nawet z Karede za plecami i oddziałem łuczników kapitana Musenge na dachach domów w zasięgu strzału. Nawet z Selucią tuż obok, napiętą i gotową do ataku niczym szarpiec przycupnięty na skale. Wszystko to wprawdzie ograniczało ryzyko, na które wystawiona była osoba Tuon, lecz nie czyniło jej całkowicie bezpieczną. Smok Odrodzony był jak ognisko płonące pod dachem domu. Nie da się uratować pokoju, w którym rozgorzało. Można najwyżej starać się uratować dom.

Bez wahania podszedł do krzesła stojącego naprzeciwko Tuon i usiadł, najdrobniejszym nawet gestem nie dając do zrozumienia, że zdaje sobie sprawę, iż został potraktowany jako człowiek jej równy. Wiedziała, że jej otoczenie wciąż zastanawia się, dlaczego dalej nosi popiół żałoby na policzkach, dlaczego nie ogłosiła się Imperatorową. Okres żałoby dobiegł końca, a Tuon wciąż nie objęła tronu.

Powodem był ten człowiek. Imperatorowa z nikim nie mogła spotkać się jak równa z równym – nawet ze Smokiem Odrodzonym. Jednak Córka Dziewięciu Księżyców… cóż, dałoby się znaleźć jakieś, choćby nawet bardzo kazuistyczne uzasadnienie ich porównywalnego statusu. Dlatego też nie podjęła żadnych działań mających doprowadzić do jej wyniesienia. Smok Odrodzony z pewnością nie zareagowałby dobrze, gdyby podczas pierwszego spotkania musiał się przed nią ukorzyć, niezależnie od istniejących po temu, całkowicie usprawiedliwionych powodów.

W momencie gdy siadał, między dwoma odległymi chmurami przeskoczyła pręga światła, choć przecież Malai – jedna z damane potrafiących przewidywać pogodę – upierała się wcześniej, że o, deszczu nie może być dziś mowy.

„Postępuj nadzwyczaj ostrożnie” – odczytała omen w myślach – „i uważaj na to, co mówisz”. Treść znaku nie należała do szczególnie pomocnych. Gdyby miała zachowywać się jeszcze bardziej ostrożnie, musiałaby chyba całkiem dosłownie stąpać na paluszkach!

– Jesteś Córką Dziewięciu Księżyców – powiedział Smok Odrodzony.

To było stwierdzenie, nie pytanie.

– Jesteś Smokiem Odrodzonym – odparła. A spojrzawszy w jego oczy, szare jak odłamki łupku, zrozumiała, że pierwsze wrażenie ją zmyliło. Nie był młody. Owszem, jego ciało mogło należeć do młodego człowieka. Lecz te oczy… to były stare oczy.