Lekko pochylił się naprzód. Stojący za nią Strażnicy Skazańców zesztywnieli, skrzypnęła skóra zbroi.
– Zaprowadzimy pokój – oznajmił al’Thor. – Dzisiaj. Tutaj.
Selucia cicho syknęła przez zęby. Słowa Smoka Odrodzonego zabrzmiały prawie jak żądanie. Tuon okazała mu ogromny szacunek, traktując jak równego sobie. Wszelako nie wydaje się rozkazów członkom rodziny Imperium.
AI’Thor zerknął na Selucię.
– Możesz powiedzieć swojej strażniczce, żeby się uspokoiła – rzekł sucho. – Nasze spotkanie nie stanie się zarzewiem wojny. Nie dopuszczę do tego.
– Ona jest moim Głosem i moją Prawdomówczynią – ostrożnie poinformowała go Tuon. – Strażą przyboczną jest człowiek stojący za krzesłem.
AI’Thor parsknął cicho. A więc był nadzwyczaj spostrzegawczy. Lub po prostu miał szczęście. Niewielu byłoby w stanie odgadnąć, kim naprawdę jest Selucia.
– Chcesz pokoju – zmieniła temat Tuon. – Czy twoja… propozycja obwarowana jest jakimiś warunkami?
– To nie jest propozycja, stwierdzam tylko fakt: nie mamy innego wyjścia – sprostował al’Thor. Miał zdumiewająco miękki głos. Wszyscy mieszkańcy tych ziem mówili dość szybko, lecz słowa al’Thora niosły w sobie ciężar. Przywodził jej na myśl matkę. – Nadchodzi Ostatnia Bitwa. Nie uwierzę, że wasz lud zapomniał o proroctwach. Prowadząc dalej tę swoją wojnę, sprowadzasz niebezpieczeństwo na nas wszystkich. Moje wojska… wszystkie wojska… potrzebne są do walki z Cieniem.
Ostatnia bitwa miała się rozegrać miedzy Imperium a siłami Czarnego. Wszyscy o tym wiedzieli. Proroctwa stwierdzały jednoznacznie, że Imperatorowa pokona tych, którzy służą Cieniowi, a potem wyśle Smoka Odrodzonego na pojedynek z Pożeraczem Światła.
Ile z tych proroctw zdołał już wypełnić? Wciąż jeszcze nie stracił wzroku, a więc to miało dopiero nadejść. „Cykl Essanik” powiadał, że stanie nad własnym grobem i zapłacze. Lecz wspomniane wersety równie dobrze mogły się odnosić do powracających na świat umarłych, co wedle doniesień właśnie miało miejsce. Z pewnością niektóre z tych duchów stawały nad własnymi grobami. Proroctwa nie zawsze były jasne.
Żyjące tu ludy najwyraźniej zapomniały większość proroctw, podobnie jak zapomniały o swych przysięgach wyczekiwania Powrotu. Jednak żadnej z tych myśli nie wypowiedziała na głos. „Uważaj na to, co mówisz…”.
– Sądzisz więc, że Ostatnia Bitwa jest już blisko? -zapytała.
– Blisko? – odparł al’Thor. – Jest tak blisko, jak zabójca, którego paskudny oddech zieje ci w kark, gdy tymczasem ostrze szuka serca. Jest tak blisko, jak ostatni dzwon przed północą, gdy wybiło już pozostałych jedenaście. Blisko? Tak, blisko. Strasznie blisko.
Czy padł już ofiarą swego szaleństwa? Jeżeli tak, wszystko bardzo się skomplikuje. Obserwowała go, szukając oznak obłędu. Wydawał się całkiem opanowany.
Podmuch wiatru uderzył w dach namiotu, szarpnął płótno i tchnął jej w nozdrza wonią zgniłej ryby. Ostatnimi czasy nic nie mogło się oprzeć zgniliźnie.
„Te stwory” – pomyślała. „Te Trolloki”. Co zwiastowała ich obecność? Tylee wybiła je do nogi, a wysłani zwiadowcy nie znaleźli żadnych dalszych śladów. Niemniej w obliczu pasji, jaka wyzierała ze słów Smoka, zawahała się. Tak, Ostatnia Bitwa była niedaleko, być może nawet tak blisko, jak twierdził. Tym bardziej naglącym i ważnym zadaniem było zjednoczenie tutejszych ziem pod sztandarem Imperium.
– Chcę ci tylko wytłumaczyć, dlaczego pokój jest tak ważny – kontynuował al’Thor. – Po co ze mną walczysz?
– My jesteśmy Powrotem – oznajmiła Tuon. – Pojawiły się znaki, które obwieściły, że już czas, abyśmy wrócili, więc wróciliśmy, spodziewając się zastać zjednoczone królestwo, gotowe wiwatować na naszą cześć i wzmocnić swoimi armiami szeregi przygotowane do Ostatniej Bitwy. Zamiast tego znaleźliśmy zdezintegrowane kraje, które zapomniały o swoich przysięgach i są całkowicie nieprzygotowane na to, co ma nadejść. Jak możesz więc nie rozumieć, po co walczymy? Zabijanie was nie sprawia nam przyjemności, jak nie sprawia przyjemności rodzicowi karanie dziecka, które zeszło z właściwej drogi.
Al’Thor popatrzył na nią z niedowierzaniem.
– W waszych oczach jesteśmy dziećmi?
– To była tylko metafora – wycofała się Tuon.
Przez chwilę siedział w milczeniu, potem dłonią potarł podbródek. Czy winił ją za utratę ręki? Falendre opowiedziała jej wszystko.
– Metafora – odezwał się w końcu. – Być może nawet i trafna. Tak, te ziemie były rozbite. Lecz ja wykułem ich jedność. Spawy są może słabe, powinny jednak wytrzymać. Gdyby nie moja obecność, wasza wojna zjednoczeniowa byłaby przedsięwzięciem ze wszech miar słusznym. W obecnej sytuacji stanowicie jedynie przeszkodę. Musimy zaprowadzić pokój. Nasz sojusz potrwa tylko do mojej śmierci. – Spojrzał jej prosto w oczy. – Zapewniam cię, że nie będziesz długo czekać.
Siedziała za szerokim stołem, bez ruchu, z rękoma założonymi na piersiach. Nawet gdyby al’Thor wyciągnął rękę, nie byłby w stanie jej dotknąć. Ta aranżacja była zaprojektowana całkowicie świadomie, choć z perspektywy czasu wydawała się godna politowania. Gdyby postanowił ją zabić, nie musiałby używać rąk. O tym jednak lepiej nie myśleć.
– Skoro dostrzegasz wartość unifikacji – odrzekła – może powinieneś zjednoczyć swe ziemie pod sztandarem Seanchan, kazać swym ludziom złożyć przysięgi i… – W miarę jak Tuon mówiła, oczy stojącej za al’Thorem marath’damane rozszerzały się coraz bardziej.
– Nie – uciął al’Thor, wchodząc Tuon w słowo.
– Z pewnością jednak musisz rozumieć, że jeden władca z…
– Nie – powtórzył ciszej, lecz bardziej zdecydowanie. Po prawdzie, to w jego głosie zabrzmiały groźne tony. – Nie pozwolę, aby choć jedna osoba została wzięta na waszą plugawą smycz.
– Plugawą? To jedyny sposób postępowania z tymi, które potrafią przenosić!
– Jakoś żyliśmy z nimi od wieków.
– I skończyło się to…
– W tej kwestii nie ustąpię – oznajmił al’Thor.
Strażnicy Tuon – Selucię włączywszy – zgrzytnęli zębami, dłonie opadły na rękojeści mieczy. Przerwał jej dwa razy z rzędu. Córce Dziewięciu Księżyców. Skąd brał czelność?
Był Smokiem Odrodzonym, oto skąd. Lecz jego słowa były głupie. Klęknie przed nią, gdy tylko zostanie Imperatorową. Takie były wymogi proroctw. Z pewnością wynikało stąd, że w konsekwencji jego królestwa dołączą do Imperium.
Pozwoliła, aby rozmowa wymknęła się jej spod kontroli. Marath’damane stanowiły nadzwyczaj drażliwą kwestię dla wielu żyjących po tej stronie oceanu. l choć prawdopodobnie rozumieli logikę, która stała za koniecznością nakładania smyczy tym kobietom, tradycja kazała im zachowywać się inaczej. Bez wątpienia to dlatego każda rozmowa na ten temat grzęzła w unikach i niedopowiedzeniach.
Należało skierować rozmowę na inne tory. Wspomnieć o czymś, co zbije Smoka Odrodzonego z pantałyku. Przyglądała mu się przez chwilę.
– I tylko o tym będziemy rozmawiać? – zapytała. – Będziemy siedzieć naprzeciw siebie, mówiąc wyłącznie o tym, co nas dzieli?
– A o czym jeszcze mielibyśmy rozmawiać? – zdziwił się al’Thor.
– Niewykluczone, że mamy wiele ze sobą wspólnego.
– Wątpię, aby były to kwestie dostatecznie istotne.
– Czyżby? – spytała Tuon. – Może porozmawiamy o Matrimie Cauthonie?
Tak, to nim wstrząsnęło. Smok Odrodzony zamrugał, jego wargi rozchyliły się lekko.
– O Mat’cie? – powtórzył. – Znasz Mata? Skąd…
– Porwał mnie – wyjaśniła Tuon. – I ciągnął za sobą przez pół Altary.