Smok Odrodzony przez chwilę wpatrywał się w nią z otwartymi ustami, aż w końcu odzyskał panowanie nad sobą.
– Teraz sobie przypominam – powiedział cicho. – Widziałem cię już. Razem z nim. Jakoś nie potrafiłem połączyć ciebie z tamtą twarzą. Mat… co robiłaś w jego towarzystwie?
„Widział nas?” – pomyślała Tuon, nie bardzo dowierzając. Wolała to uznać za pierwsze oznaki obłędu. Czy dzięki temu będzie łatwiej nim manipulować, czy wręcz przeciwnie? Niestety, w grę raczej wchodziła ta druga możliwość.
– Cóż – podjął Smok Odrodzony – ufam, że Mat miał swoje powody. Z nim zawsze tak jest. I zawsze te powody wydają mu się w danej chwili tak zniewalające…
A więc Matrim naprawdę znał Smoka Odrodzonego. Będzie więc znakomitym źródłem informacji. Być może dlatego właśnie los postawił go na jej drodze. Żeby dać jej narzędzie zdobycia wiedzy o Smoku Odrodzonym. Żeby jednak mógł pomóc, najpierw będzie musiała wydostać go z miejsca, w którym utknął.
Matrimowi się to nie spodoba, niemniej z pewnością przekonają go jej racje. Był w końcu Pierwszym Księciem Kruków. Zostanie wyniesiony w szeregi Szlachetnej Krwi, ogoli głowę i nauczy się właściwych obyczajów. Myślom tym towarzyszył w jej duszy odruch wstydu – lecz za nic nie potrafiła powiedzieć, skąd się brał.
Nie mogła powstrzymać się przed drążeniem tematu, po części dlatego, że sprawa chyba faktycznie wytrącała go z równowagi, a po części przez zwykłą ciekawość.
– Jakim człowiekiem jest Matrim Cauthon? – spytała. – Muszę ci wyznać, że w moich oczach wyszedł na zwykłego łajdaka, który łatwo znajduje wymówki pozwalające łamać przysięgi.
– Nie masz prawa tak o nim mówić! – Zdumiewające, ale słowa te wyszły z ust marath’damane stojącej za krzestem al’Thora.
– Nynaeve… – zaczął Smok.
– Nie uciszaj mnie, Randzie al’Thorze – weszła mu w słowo ta kobieta, zaplatając ramiona na piersiach. – On jest też twoim przyjacielem. – Po czym odwróciła wzrok i spojrzała Tuon prosto w oczy. Spojrzała jej prosto w oczy! Marath’damane!
Ani jednak myślała się stropić i ciągnęła dalej:
– Matrim Cauthon jest jednym z najlepszych ludzi, jakich w życiu przyszło i przyjdzie ci poznać, Wasza Wysokość, dlatego też nie pozwolę, aby go obrażano. Co prawda, to prawda.
– Nynaeve ma rację – niechętnie przyznał al’Thor. – To dobry człowiek. Czasami może sprawiać wrażenie trochę nieokrzesanego, lecz jest wiernym przyjacielem. Mało się takich spotyka. Choć faktycznie zdarza mu się wadzić z własnym sumieniem.
– Uratował mi życie – oznajmiła marath’damane. – Narażając własne, kosztem wielkich wyrzeczeń, przyszedł mi na ratunek w chwili, gdy inni o mnie zapomnieli. – W jej oczach płonął ogień gniewu. – Nie da się zaprzeczyć, pije i gra zbyt dużo. Ale nie mów o nim, jakbyś go znała, ponieważ tak nie jest. Pod tym wszystkim w jego piersi bije złote serce. Jeżeli zrobiłaś mu coś złego.
– Ja? – żachnęła się Tuon. – To on mnie porwał!
– Jeżeli tak, musiał mieć swoje powody – rzekł Rand al’Thor.
Cóż za lojalność! Po raz kolejny powinna chyba przemyśleć swoją ocenę charakteru Matrima Cauthona.
– Niemniej te sprawy są pozbawione znaczenia – oznajmił Rand al’Thor i raptownie powstał. Któryś ze Straży Skazańców wyciągnął miecz. Al’Thor zmierzył go surowym wzrokiem, a Karede natychmiast dał mu znak, żeby schował broń. Tamten usłuchał, zawstydzony i ze spuszczonymi oczyma.
AI’Thor położył płasko dłoń na stole i wsparł się na niej. Pochylił się, spoglądając Tuon głęboko w oczy. Któż potrafiłby oderwać wzrok od tych szarych oczu, twardych niczym stal?
– Te sprawy nie mają znaczenia. Mat nie ma znaczenia. Rzeczy, które nas łączą, i rzeczy, które nas dzielą, nie mają znaczenia. Liczy się tylko to, czego potrzebuję. A potrzebuję ciebie.
Pochylił się jeszcze bardziej, górując nad nią. Nie zmienił się, lecz nagle zdał się jej olbrzymem wysokim na sto stóp. Mówił wciąż tym samym, spokojnym i przeszywającym głosem, lecz teraz brzmiała w nim wyraźna groźba. Surowe, obnażone emocje.
– Musisz zakończyć wszystkie swoje operacje wojskowe – rzekł głosem ledwie donośniejszym niż szept. – Musisz podpisać ze mną traktat pokojowy. To nie są prośby. Taka jest moja wola.
Znienacka Tuon przyłapała się na tym, że ze wszystkich sił chciałaby go posłuchać. Zrobić wszystko, aby go zadowolić. Traktat pokojowy był przecież znakomitym pomysłem, dzięki niemu mogłaby utrwalić swoją władzę na zajętych obszarach. Mogłaby przygotować plany przywrócenia ładu w rodzimym Seanchan. Mogłaby werbować i szkolić żołnierzy. Kolejne możliwości rozwijały się przed jej oczyma, jakby umysł już postanowił widzieć wyłącznie dobre strony propozycji, a złe zignorować.
Całą siłą woli spróbowała uzmysłowić sobie te złe strony, wszystkie problemy, jakie mógł pociągnąć za sobą ścisły sojusz z tym człowiekiem. Lecz one jakoś nie chciały się zmaterializować przed jej oczyma, wymykały się. Nie potrafiła ich sobie wyobrazić i przekuć w sensowne zastrzeżenia. Pod namiotem zapadła cisza, nawet wiatr ucichł.
Co się tu działo? Nie mogła zaczerpnąć oddechu, jakby jakiś wielki ciężar spoczął na jej piersiach. Czuła, że nic nie może na to poradzić, że musi ugiąć się przed wolą tego człowieka!
Na jego twarzy zastygł ponury grymas. Mimo zalewających świat promieni popołudniowego słońca, spowijał ją cień znacznie głębszy niż wszystkich pozostałych pod namiotem. Nie potrafiła wyzwolić się spod władzy jego spojrzenia, oddychała spazmatycznie, urywanie. Zdawało jej się, że kątem oka dostrzega coś wokół niego. Jakby ciemną poświatę, czarną aureolę, której źródłem jest on sam. Pod jej naciskiem powietrze zdawało się marszczyć jak od upału. Ze ściśniętego gardła wyrywały się słowa: tak, tak. Zrobię, o co mnie prosisz. Tak, muszę. Muszę.
– Nie – powiedziała, prawie niedosłyszalnym szeptem.
Jego twarz pociemniała jeszcze bardziej, dostrzegła, jak ze wściekłością wbija w stół opartą o blat rękę aż mu palce drżą z wysiłku. Jak zaciska szczęki. Jak jego oczy otwierają się coraz szerzej. Tyle pasji.
– Potrzebuję…
– Nie – powtórzyła, czując, jak powoli wraca jej pewność siebie. – Ukorzysz się przed mną, Randzie al’Thorze. A nie na odwrót. – Tyle mroku! Jak jeden człowiek może pomieścić go w sobie? Wydawało się, jakby rzucał cień rozmiarów góry.
Nie mogła się sprzymierzyć z tą istotą. Przerażała ją wylewająca się z niego nienawiść, a przerażenie było dla niej uczuciem zupełnie nowym. Ten człowiek nie miał prawa narzucać nikomu swej woli. Nie wolno było dopuścić, żeby robił, co chciał. Należało go powstrzymać.
Jeszcze przez moment przyglądał się jej.
– Bardzo dobrze – rzekł w końcu. W jego głosie pobrzmiewały lodowate tony.
Odwrócił się gwałtownie i wyszedł z namiotu, ani razu nie obejrzawszy za siebie. Jego orszak podążył za nim. Wszyscy, włączywszy w to marath’damane z warkoczem, wyglądali na skonsternowanych. Jakby sami nie byli pewni kim – lub czym – jest człowiek, po którego stronie się opowiedzieli.
Ciężko dysząc, Tuon patrzyła za nimi. Przede wszystkim nie wolno było dopuścić, aby jej ludzie zobaczyli, jak bardzo wstrząsnęło nią to spotkanie. Nie mogli się dowiedzieć, że w ostatnich chwilach bała się go. Więc tylko patrzyła za nim, póki konna sylwetka Smoka Odrodzonego nie zniknęła za nierównościami terenu. Ręce wciąż jej drżały. Nie odzywała się, ponieważ nie ufała swemu głosowi.
Przez cały czas zanim doszła do siebie w namiocie panowało grobowe milczenie. Może wszyscy czuli to, co ona. Może podzielali jej niepokój. Wreszcie, na długo po tym, jak postać al’Thora zniknęła, Tuon wstała. Odwróciła się, objęła wzrokiem zgromadzenie towarzyszącej jej Krwi: generałów, żołnierzy, gwardzistów.