– Jestem Imperatorową – oznajmiła cichym głosem.
Jak jeden mąż, wszyscy opadli na kolana, korzyli się nawet członkowie Szlachetnej Krwi.
Tyle tylko było trzeba, żeby dopełnić ceremonii. Oczywiście, czekała ją jeszcze oficjalna koronacja w Ebou Dar, której towarzyszyć będą parady, procesje i audiencje. Przyjmie też osobistą przysięgę wierności od każdego przedstawiciela Krwi, a zgodnie z wymogami tradycji otrzyma prawo stracenia każdego – i to bez podawania powodów – kto sprzeciwiał się jej wstąpieniu na tron. Wszystko to i jeszcze więcej miała przed sobą. Jednak sednem koronacji była ta właśnie deklaracja. Słowa wypowiedziane przez Córkę Dziewięciu Księżyców po zakończeniu okresu żałoby. Świętowanie zacznie się w momencie, gdy udzieli im pozwolenia na powstanie. Tydzień uroczystych obchodów. Konieczna chwila oddechu przed przystąpieniem do wypełniania obowiązków. Świat jej potrzebował. Potrzebował Imperatorowej. Od tej chwili wszystko miało wyglądać inaczej.
Gdy tylko da’covale powstali i zaczęli wyśpiewywać chwałę koronowanej, Tuon podeszła do generała Galgana.
– Przekaż słowo generałowi Ulanowi – rzekła cichym głosem. – Każ mu zacząć przygotowanie do ataku na marath’damane w Tar Valon. Musimy uderzyć w Smoka Odrodzonego. I musimy zrobić to szybko. Nie możemy dopuścić, aby ten człowiek jeszcze bardziej urósł w siłę.
36.
Śmierć Tuon.
– Początkiem mojej podróży była Łza – zaczęła opowiadać Verin, rozsiadając się w najlepszym krześle Mata wykonanym z ciemnego orzecha i obitym skórą. Thomas stanął za jej plecami z dłonią na głowicy miecza. – A chciałam dotrzeć do Tar Valon.
– Więc jakim sposobem znalazłaś się tutaj? – zapytał podejrzliwie Mat, sam zajmując miejsce na wyściełanej ławie. Nienawidził tego mebla, jakby się nie kręcić, nie sposób było na nim znaleźć wygodnej pozycji. Żadne poduszki nie pomagały. Jakimś sposobem czyniły go jeszcze bardziej niewygodnym. Przeklęte siedzisko musiało być chyba zaprojektowane przez szalonego, zezowatego Trolloka, który złożył je z kości potępionych. Innego wyjaśnienia nie było.
Właśnie zmienił pozycję na ławie i o mało co nie zawołał, żeby przynieśli mu drugie krzesło, lecz nie odważył się przerywać Verin. Mandevwin i Talmanes zajęli miejsca tuż obok wejścia do namiotu, pierwszy stał z założonymi na piersi rękami, drugi sadowił się właśnie na podłodze. Thom już siedział na ziemi, tyle że pod drugą ścianą namiotu, i przyglądał się Aes Sedai badawczym wzrokiem. Znajdowali się w namiocie konferencyjnym Mata, przeznaczonym głównie na krótkie narady z oficerami. Nie miał szczególnej ochoty prosić Verin do swojego głównego namiotu, jako że stół w nim zasłany był planami rajdu na Trustair.
– Sama zadaję sobie to pytanie, panie Cauthon – rzekła Verin, uśmiechając się. Jej posiwiały Strażnik stał bez ruchu. – Jakim sposobem skończyłam tutaj? Zaiste nie miałam takiego zamiaru. A jednak stało się, jak się stało.
– Sugerujesz, że to był czysty przypadek, Verin Sedai – zauważył Mandevwin. – Lecz mówimy tu przecież o odległościach liczonych w setkach lig!
– A poza tym – dodał Mat – potrafisz Podróżować. Skoro więc zamierzałaś dostać się do Białej Wieży, dlaczego nie skorzystać z przeklętego Podróżowania i w jednej chwili mieć całą drogę za sobą.
– Dobre pytanie – zgodziła się Verin. – I jedno, i drugie. Zaiste. Mogłabym dostać herbaty?
Mat westchnął, zmienił pozycję na upiornej ławie i gestem dał Talmanesowi znak, żeby wydał odpowiednie polecenie. Talmanes podniósł się, wyjrzał na zewnątrz, by przekazać słowo, i z powrotem zasiadł na swoim miejscu.
– Dziękuję – powiedziała Verin. – Wyschłam na wiór. – Roztaczała wokół siebie tę swojską atmosferę tak charakterystyczną dla Brązowych sióstr.
Przez te dziury w pamięci Mat tylko nadzwyczaj mgliście przypominał sobie pierwsze spotkanie z Verin. Po prawdzie, to wszystkie dotyczące jej wspomnienia były dość niejasne. Ale pamiętał, że miała temperament uczonej.
Kiedy teraz jej się przypatrywał, miał wrażenie, że jej maniera jest nieco przesadna. Jakby całkiem świadomie odwoływała się do stereotypów krążących na temat Brązowych i wykorzystywała je na swój sposób, zwodząc ludzi niczym uliczny hochsztapler nabierający wiejskich chłopców na grę w trzy karty.
Zorientowała się, że ją obserwuje. Odpowiedziała spojrzeniem. Ten uśmieszek wyginający kąciki ust? To był uśmiech kanciarza, którego nie obchodzi, że ten czy ów z widzów zorientował się w naturze jego sztuczki. Skoro już się zorientowałeś, możesz spokojnie przyglądać się grze, a niewykluczone, że później razem oszukamy jeszcze kogoś…
– Zdajesz sobie sprawę, jak silna jest twoja natura ta’veren, chłopcze? – zapytała Verin.
Mat wzruszył ramionami.
– Jeżeli chodzi ci o te rzeczy, lepiej poszukaj Randa. Szczerze mówiąc, w porównaniu z nim żaden ze mnie ta’veren. – Przeklęte kolory!
– Och, żadną miarą nie chciałabym obniżać rangi Smoka Odrodzonego – zachichotała Verin. – Lecz nie możesz skrywać się cały czas w jego cieniu, Matrimie Cauthon. To znaczy możesz, lecz zwiedziesz chyba tylko ślepca. W każdych innych okolicznościach byłbyś z pewnością najsilniejszym ta’veren spośród wszystkich żyjących obecnie ludzi. Może nawet najsilniejszym, jaki od wieków chodził po tej ziemi.
Mat nerwowo poruszył się na ławie. Krwawe popioły, nienawidził mebli, które sprawiały, że wyglądało się w nich jakby człowieka męczyło nieczyste sumienie. Może jednak powinien wstać.
– Co ty mówisz, Verin? – zapytał, pozostając jednak na miejscu. Założył ręce na piersi i dzielnie zdecydował przynajmniej udawać, że jest mu wygodnie.
– Mówię o tym, jak ciągnąłeś mnie za sobą przez pół kontynentu. – Na widok żołnierza z parującym kubkiem miętowej herbaty, uśmiech Verin stał się zdecydowanie szerszy. Wdzięcznie odebrała kubek z rąk mężczyzny, który zaraz bez słowa wyszedł z namiotu.
– Ciągnąłem cię? – zdziwił się Mat.– To ty mnie szukałaś.
– Dopiero od momentu, gdy zrozumiałam, że Wzór kieruje mnie w stronę kogoś. – Verin dmuchnęła na gorący napój. – Mogło chodzić tylko o ciebie lub Perrina. Randa wykluczyłam, ponieważ nie miałam najmniejszych kłopotów z opuszczeniem jego towarzystwa.
– Towarzystwo Randa? – zapytał Mat, ignorując następny rozbłysk barw. – Widziałaś go?
Verin przytaknęła.
– Jak.., jakim ci się zdawał? – spytał Mat. – Czy on… sama wiesz…
– Czy oszalał? – powiedział Verin.
Mat skinął głową.
– Też się tego boję – stwierdziła Verin, a kąciki jej ust wygięły się lekko w dół. – Sądzę wszakże, że jak dotąd wciąż panuje nad sobą.
– Cholerna Jedyna Moc – zaklął Mat, sięgając dłonią pod koszulę i szukając pocieszenia w dotyku medalionu.
Verin uniosła wzrok.
– Och, nie jestem tak do końca przekonana, że jedynym źródłem problemów młodego al’Thora jest Moc, Matrimie. Wiele sióstr chętnie zrzuciłoby na saidina całą winę za jego wady charakteru, osobiście jednak uważam, że jest to skutek ciężaru, jaki złożyłyśmy na barkach biednego chłopaka.
Mat zerknął na Thoma spod uniesionej brwi.
– Tak czy siak – Verin upiła łyk herbaty – skaza nie może tu wchodzić w grę, ponieważ problemy z nią już się skończyły.
– Skończyły? – głupawo powtórzył Mat. – Rand już nie przenosi?